Być sobą? Tylko nie to

Mirosław Konkel
opublikowano: 06-11-2018, 22:00

Wierzymy, że podnosząc samoocenę, uwolnimy się od lęków i złych skłonności. Czyżby lekarstwo było gorsze od choroby?

W kalifornijskim San José 21 osób uległo poważnym oparzeniom po tym, jak na seminarium „Wyzwól wewnętrzną energię” chodziły boso po rozżarzonych węglach. Zajęcia prowadził Tony Robbins, światowej sławy mówca motywacyjny i autor bestsellerowego poradnika „Obudź w sobie olbrzyma”, mający fanów także w Polsce. Trudno opanować złośliwość i nie zapytać: czego spodziewali się amatorzy stąpania po ogniu? Jeśli robią to nieumiejętnie, zapewne trafią do szpitala z czymś gorszym niż ogromne bąble. Niemniej Tony Robbins i jego pomagierzy wolą mówić, że sprawne pokonanie ognistej ścieżki to kwestia mentalnej wolności, wiary w siebie i głębokiego przekonania, że chcieć to móc.

Samochwała w kącie stała. Od kołyski słyszymy, że kto nie jest pewny swojej wartości, niczego w życiu nie osiągnie. Trenerzy rozwoju osobistego wiedzą zaś, jak wzmocnić samoocenę: powinniśmy praktykować autoinformację, czyli powtarzać w myślach podnoszące na duchu slogany: „Jestem wybitny”, „Mam nieograniczony potencjał”, „Wszechświat uwielbia spełniać moje marzenia”. To najkrótsza droga do depresji — ostrzegają psycholodzy z kanadyjskiego Uniwersytetu w Waterloo, według których takie optymistyczne mantry wprawiają zakompleksione osoby w stan euforii, ale po chwili czują się one jeszcze gorzej. Każde pozytywne stwierdzenie na swój temat — tłumaczą — wywołuje kontrargument: tak naprawdę nic mi się nie chce i jestem do niczego. Zależność między wysoką samooceną a sukcesami w nauce, pracy czy biznesie jest faktem, ale przebiega w przeciwnym kierunku, niż chciałby Tony Robbins i jego koledzy po fachu. Dowód?

W pewnym teście matematycznym najlepiej wypadli Azjaci, choć nie postrzegali się nawet w połowie tak pozytywnie jak Amerykanie. Niech za komentarz posłużą słowa psycholog społecznej, prof. Wilhelminy Wosińskiej: „Wysoka samoocena sprzyja osiąganiu sukcesu — głosi powszechne przekonanie. Tymczasem często bywa na odwrót: trzeba osiągnąć sukces, żeby ją zbudować”. Mierne mniemanie o sobie popycha ludzi do łamania prawa, przemocy i autodestrukcji — brzmi poradnikowo-coachingowa mądrość. Walka z kompleksem niższości, który dręczy miliony ludzi, ograniczy więc przestępczość i inne złe zjawiska: narkomanię, bezrobocie, niechciane ciąże nastolatek. Nic bardziej mylnego — dowiódł amerykański socjolog Martin Sánchez-Janowski, który przez 10 lat obserwował członków gangów. W większości przeceniali swoje zdolności i lubili się chwalić. Nieuzasadniona duma wywołuje, a przynajmniej nasila, wiele problemów społecznych. „Czy to ważne, by mieć o sobie wysokie mniemanie?” — zastanawia się amerykański publicysta polityczny Dinesh D’Souza. „Nie jestem pewien. Kiedy ogarnia mnie zadufanie, natychmiast zapala mi się czerwone światełko, bo wiem, że zaraz zrobię coś głupiego”.

Jestem, jaki jestem. Popularna psychologia promuje absolutną autentyczność rozumianą jako kompletny brak poczucia obciachu i samokrytycyzmu. Nie przejmujmy się swoimi wadami i świństwami, które robimy innym. Akceptujmy siebie bez zastrzeżeń. Idźmy za swoimi naturalnymi skłonnościami i zachciankami. Dinesh D’Souza uważa, że „bądź sobą” to najgorsza rada — raczej nie należy sugerować czegoś takiego Charlesowi Mansonowi czy Hitlerowi. Podobnie nie należy sugerować niektórym ludziom — jak to robi Tony Robbins — by myśleli o rozżarzonych węglach jako o wilgotnym mchu. Ogień to ogień, problem to problem, wyrządzone komuś świństwo to świństwo. Prawdziwy rozwój osobisty zaczyna się nie od zawyżonej, ale od adekwatnej oceny siebie. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Być sobą? Tylko nie to