Po jedenaste: szanuj siły pracownika swego

opublikowano: 27-10-2020, 22:00

Trudna sytuacja rynkowa nie usprawiedliwia wyciskania z ludzi siódmych potów. Człowiek pod presją pracuje więcej. Ale tylko do czasu

W grupie pracuje się raźniej. Ale czy skuteczniej? W okresie prosperity niektóre spółki rekrutowały na potęgę — jak pewna włoska telewizja, która zatrudniała m.in. 114 fryzjerów i 67 garderobianych, a reporterów, kamerzystów i dźwiękowców było tam tylu, że jeden drugiemu deptał po piętach. W żaden sposób nie podnosiło to jednak wyników oglądalności. Przeciwnie — łatwo było odnieść wrażenie, że wraz z każdym kolejnym specjalistą to stacja traciła widzów, reklamodawców i jakość. Dziwne? Bynajmniej. W psychologii znane jest zjawisko określane mianem próżniactwa społecznego. Chodzi o to, że im więcej osób odpowiada za dane zadanie, tym mniej się staramy.

BEZ PRESJI:
BEZ PRESJI:
Intuicja podpowiada coś innego, aledopiero gdy damy pracownikom więcej przestrzeni, zaczynają działać nazdwojonych obrotach — mówi Sławomir Jarmuż, współwłaściciel firmy szkoleniowejModerator i autor książki „Paradoksalna psychologia”.
Fot. TOMASZ WALKÓW

— W tłumie łatwo się ukryć i tylko markować robotę. Co gorsza: nawet jeśli ktoś nie jest leniuchem, patrzy na pozostałych członków zespołu i przypuszcza, że ktoś inny lepiej poradzi sobie z napisaniem raportu lub bardziej profesjonalnie obsłuży klienta. Najgorzej, jeśli tak myślą wszyscy. Następuje wtedy całkowite rozproszenie odpowiedzialności i jakiekolwiek działanie zamiera lub staje się pozorowane — opisuje Marcin Przybyłek, trener biznesu.

Słowa te powinni wziąć sobie do serca wszyscy HR-owcy i menedżerowie, którzy wydłużają listy płac w przekonaniu, że to dobry sposób na wzrost wydajności i motywacji. Nic bardziej mylnego. Bardziej staramy się w pojedynkę, niż kiedy łączymy swoje wysiłki. Stąd wniosek, że produktywność może być odwrotnie proporcjonalna do wielkości zatrudnienia.

— Dziś, z powodu kryzysu, mamy jednak do czynienia z przeciwną sytuacją: szeregi pracownicze są odchudzane. A od, powiedzmy, 20 ludzi oczekuje się takich samych efektów jak wcześniej przy 30-osobowym składzie. Jeśli pandemia potrwa dłużej, obawiam się, że presja na to, by pracować coraz więcej, szybciej i lepiej, będzie rosnąć — mówi Marcin Przybyłek.

Mniej, a dobrze

Ale czy pracodawcy zbytnio folgują pracownikom, czy wyciskają z nich siódme poty, rezultat najczęściej jest identyczny: lecące na łeb na szyje wyniki i upadające morale kadr. Doświadczyła tego pewna spółka z Trójmiasta, która zmniejszyła zatrudnienie o prawie 30 proc., licząc na to, że każdy, kogo ominęły redukcje, z wdzięczności będzie pracował za dwóch. Gdy okazało się to niemożliwe, menedżerowie zorganizowali szkolenie z wielozadaniowości.

Lecz i tym razem srodze się rozczarowali. Podwładni zmuszani do wykonywania kilku czynności naraz szybko się męczyli, dekoncentrowali i popełniali więcej błędów. Pół biedy, że trzeba było po nich poprawiać. Cała produkcja siadła. Najgorsze zaś było to, że wyeksploatowani, zestresowani ludzie zaczęli masowo iść na zwolnienia lekarskie. Niewiele brakowało, żeby absencjei frustracja zatrudnionych doprowadziły przedsiębiorstwa do bankructwa. Dopiero po tym jak zwiększono stan załogi, sytuacja wróciła do normy.

— Multitasking to zwodniczy pomysł: obiecuje przyspieszenie i poprawę wykonywania zadań, a w większości przypadków przynosi spowolnienie i pogorszenie pracy. Wiąże się też z ryzykiem wypadków. Jeżeli skazany na wielozadaniowość asystent nie przekaże prezesowi dokumentów, wielkiej tragedii być może nie będzie. Ale jeśli kierowca tira musi w czasie jazdy odbierać każdy telefon od klienta lub szefa, tragedia jest tylko kwestią czasu — uświadamia dr Sławomir Jarmuż, współwłaściciel firmy szkoleniowej Moderator i autor wydanej niedawno książki „Paradoksalna psychologia — czyli zdrowy rozsądek na manowcach”.

Pułapka doskonałości

Byle więcej, byle szybciej. Bez chwili przerwy. A co z jakością? Ma pozostać na najwyższym poziomie. Co z tego, że dział zmniejszono o połowę i okrojono zarobki, premie oraz świadczenia socjalne? Dyrekcji to nie obchodzi. Pomyłki nie wchodzą w grę. Każdy projekt musi być zrealizowany idealnie, z uśmiechem na ustach. To kolejne nierealistyczne oczekiwanie, przynoszące z reguły efekt odwrotny do zamierzonego. Dotyczy to także — a może głównie — tych, którzy w promującym perfekcjonizm środowisku pracy czują się jak ryba w wodzie.

— Nawet w łaskawszym dla gospodarki okresie perfekcjonizm uważany był za cechę pożądaną. Tym bardziej ceni się go teraz, gdy wiele przedsiębiorstw walczy o przetrwanie. Presja na doskonałość ma jednak krótkie nogi: początkowo przyczynia się do wysokich osiągnięć, z czasem skutkuje zniechęceniem, nerwami, a nawet wypaleniem zawodowym — ostrzega Sławomir Jarmuż.

Zgadza się z nim Adam Bodziak, specjalista ds. PR, zdaniem którego w wielu firmach panuje kultura robotów — to ludzie, którzy pracują bez wytchnienia i nic, co zrobią, ich nie zadowala. Mają zakodowane, że muszą być wyjątkowi, bo tylko wtedy budzą sympatię przełożonych. Na domiar złego podobnej doskonałości wymagają od swoich koleżanek i kolegów z biura, co nierzadko jest źródłem nieporozumień w grupie.

— W każdym okresie widzimy wynaturzone dążenie do ideału. Niemniej w dobie pandemii ta tendencja u niektórych się nasila. Przypuszczam, że częstym powodemjest chęć zaimponowania szefowi. Część ludzi wychodzi z założenia, że dzięki zaangażowaniu przełożony zachowa ich w firmie, gdy nadejdzie czas zwolnień — uśmiecha się Adam Bodziak.

Ale czy osoby zalęknione pracują najlepiej i najwięcej? Michał Gembal, dyrektor marketingu w spółce Arcus, ma wątpliwości. Perfekcjonizm może według niego objawiać się w unikaniu zadań, które nie wychodzą nam za dobrze. Tak chronimy się przed popełnieniem błędu i wystawieniem się na krytykę. Przez ten mechanizm obronny firmy wiele tracą.

— Dekownictwo da się od biedy zrozumieć, lecz nie zaakceptować. To jest przepis na chwilową poprawę samopoczucia i samooceny. Ale szansy na rozwój w asekuranctwie nie widzę — przekonuje Michał Gembal.

Żegnajcie czasy, w których tolerowano rozdęte listy płac. Już żadna telewizja nie pozwoli sobie na 114 fryzjerów i 67 garderobianych. I żaden prezes, nawet dużej korporacji, nie będzie miał tuzina osobistych sekretarek (chyba że chodzi o aplikacje w smartfonie). Musimy się pogodzić z realiami uciekających etatów — co ma też pozytywne strony. Gdzie znika masowość, tam obiboki i pozerzy natychmiast zostają wykryci. I dobrze. Ale nie tylko próżniactwo społeczne jest kontrproduktywne — jak mawiają psycholodzy organizacji. Równie złe jest wykorzystywanie ludzi. Działamy w mniejszych grupach? Trudno. To jednak nie oznacza, że każdy z nas będzie robił za dwóch. A firma, która zmusza do tego pracowników, szybko przekona się, że to droga donikąd.

Weź udział w III Konferencji "Employer Branding w praktyce" >>

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane