Był maj, bzy i Saska Kępa

Stanisław Majcherczyk
opublikowano: 2010-06-25 00:00

I były też naleśniki z rakami w Domu Polskim na Francuskiej. Główny magnes dla naszej tam, po latach, wizyty. No, może także kaczka.

Restauracja Dom Polski

Naleśniki z rzecznymi rakami
Naleśniki z rzecznymi rakami
None
None

Zawsze lubiliśmy to miejsce, nie tylko ze względu na jego uroczą lokalizację. Także za tę trochę "międzywojenną" atmosferę. Trudną do odtworzenia w innych warszawskich popeerelowskich blokowiskach.

Gdy tylko zasiedliśmy, zaczęliśmy się rozglądać po lokalu. Wyrwano nas jednak nagle z tej przyjemnej zadumy. Zasygnalizowano nadejście przystawki. Naleśniki podano jak niegdyś: w powiewach kopru, na cienkich plasterkach ogórka. Bez żadnych zahamowań od razu przydusiliśmy je widelcem. Tak, to był ten sam co kiedyś zapamiętany smak. Może jedynie soczystość sosu, którym otuliły się raki, była mniej intensywna. Z troską rozważaliśmy, że może wyparował (raczej z receptury).

Przystawka spiekła raka

Początkowo zaproponowaliśmy rakom między szczypce hiszpańskie rosado. A to okazało się dużym błędem — raki się wściekły i jeszcze bardziej zaczerwieniły. Musieliśmy natychmiast zmienić im partnera. Poprosiliśmy o nalanie do kieliszków sprawdzonego wcześniej przyjaciela z Francji. Riesling Beyer, 2007, Alzacja (150 zł). Naleśniki posyłały mu z talerza całuski. A gdy polaliśmy je dodatkowo śmietaną — na podniebieniu z Alzatczykiem była już tylko bajka.

Na przerywnik przed daniem głównym zaproponowano chłodnik. Był więcej niż "taki, jak trzeba". Aromatyczny, zawiesisty, pełen płatków z ogórka i rzodkiewki. Także kąsków mlecznej cielęciny. Można zaryzykować: pyszny!

Z daniem głównym mieliśmy kłopoty. Długo nie mogliśmy się zdecydować, co wybrać. Czy comber z sarny, czy legendarną tu pieczoną kaczkę? Ostatecznie, zdecydowaliśmy się na ptactwo.

Zjawiskowa kaczka

Kaczka przybyła pełna delikatnych powiewów majeranku w majestacie śliwkowego sosu. Daleko gdzieś smętnie przygrywał jej czosnek. Do tego wystąpiła w duecie z modrą kapustą podduszoną z miodem i rodzynkami , która sama w sobie jest kulinarnym dziełem sztuki. Ale to nie wszystko. Na talerzu było jeszcze pieczone jabłko wypełnione własnym musem, ale z dalekim akcentem moreli. Zaproponowaliśmy kaczce Zinfandela z Kalifornii. Długo nie trzeba było czekać na hałaśliwe kwakanie. Nie mogliśmy dojść, o co jej chodzi. W końcu wydusiliśmy z kaczki prawdę: Amerykanin za bardzo ją dominował. Za to podany później szlachetnie urodzony przybysz z Francji (Pauillac Baron Nathaniel 2007, Chateau Mouton Rothschild — 249 zł) zrobił na niej pozytywne wrażenie. Zwłaszcza gdy go trochę napowietrzyliśmy (bynajmniej nie dlatego, że był za bardzo nadęty). Po zabiegu zrobił się łagodny, wręcz aksamitny. Nawet podejrzliwa kapusta, a także jabłko, przyjaźnie się do niego uśmiechały. Wtedy Baron zdecydował się poprowadzić na podniebieniu smakowego poloneza. Były ukłony i sygnały ogólnej radości. Najwyraźniej wszystkim ze sobą było bardzo dobrze.

Bezy na bani

Uwieńczeniem wieczoru był tort kajmakowy. Z bezami wyraźnie pod wpływem alkoholu, przełożonymi na wszelki wypadek przymilną dla wszystkich masą. Zaproponowano mu do towarzystwa kieliszek polskiego krupnika. Kierunek był dobry, ale alkohole się zmieszały i zrobiło się mocno. Zasłaniając się kartą win, dyskretnie rozcieńczyliśmy więc krupnik wodą. Gdy go podaliśmy ponownie, tort kajmakowy zaczął cichutko nucić jakiś hymn narodowy.

Szlachetnie urodzony

Pauillac Baron Nathaniel, Chateau Mouton Rothschild po napowietrzeniu stał się akasamitny. Spodobało się to gęsi i jej doborowemu towarzystwu: kapuście i jabłku.

Wśród bujnej zieleni

Restauracja kryje się w dużej, przedwojennej willi w sercu Saskiej Kępy. Po generalnym remoncie dom powiększył się o przytulną oranżerię.