Twórca
Dominet Banku
nie boi się
inwestować w firmy w tarapatach
Widzew, potem Sfinks i Redan. Inwestor uważa, że kryzys sprzyja przejęciom. I nie wyklucza kolejnych. W Polsce oraz za granicą.
Co łączy Widzew, Sfinksa i Redana? Wywodzą się z Łodzi, wpadły w tarapaty finansowe i znalazły tego samego wybawcę: Sylwestra i Dorotę Cacków. Inwestorzy, których majątek według "Forbesa" jest wart 420 mln zł, deklarują, że to nie koniec zakupów.
— Cały czas zajmujemy się zarządzaniem majątkiem, a czas kryzysu sprzyja inwestycjom bezpośrednim. Dlatego nie wykluczamy kolejnych inwestycji w spółki, niekoniecznie jednak muszą one dotyczyć Polski. Na pewno kryzys sprzyja inwestycjom i przejęciom — opowiada Sylwester Cacek.
Bez branżowego klucza
Czy na wsparcie mogą liczyć tylko łódzkie firmy?
— Rzeczywiście, moje trzy najbardziej medialne inwestycje są związane z Łodzią, a dwie dotyczyły polskich spółek giełdowych, stąd być może wrażanie jakiejś tendencji. Nie jest to jednak jedyne miejsce, gdzie lokujemy kapitały. Poszukujemy różnych możliwości inwestycyjnych i głównie inwestujemy za granicą — mówi Sylwester Cacek.
O ile o polskich inwestycjach małżeństwa Cacków było głośno, o tyle niewielu wie o tym, że od października 2008 r. jest ono właścicielem 13,3 proc. biotechnologicznej spółki notowanej na giełdzie w Kanadzie (czytaj tekst obok). Inwestor nie jest więc przywiązany do jednej branży.
— Przedmiot działalności nie jest czynnikiem decydującym o naszym zaangażowaniu. Inwestujemy w bardzo różne sektory, a sport, gastronomia i moda to tylko część naszego portfela. Angażujemy się w biznesy, które rozumiemy i które mają potencjał społeczny oraz szanse przyniesienia satysfakcjonujących zwrotów — wyjaśnia Sylwester Cacek.
Spółek z problemami się nie boi.
— W dzisiejszych czasach więcej jest spółek w ciężkiej sytuacji niż w dobrej. Okres kryzysu stwarza szanse inwestycyjne. Ważne, by wybierać firmy o zdrowych podstawach i możliwościach wzrostu. I inwestujemy właśnie w spółki, w których dostrzegamy to coś, co pozwoli na znaczny wzrost wartości — dodaje Sylwester Cacek.
Na brak propozycji nie narzeka.
— Mamy różne propozycje, nie tylko od firm w kłopotach, także od przedsiębiorstw w dobrej kondycji czy osób mających pomysł na biznes — mówi Sylwester Cacek.
Wśród giełdowych graczy krąży plotka, że inwestor wybawi z opresji kolejną łódzką spółkę w tarapatach: Monnari. Ponoć dobrze zna się z Markiem Banasiakiem, głównym akcjonariuszem.
— Nie odnosimy się do spekulacji i plotek — ucina Sylwester Cacek.
Ta pomoc to biznes
Wszystkie polskie inwestycje Cacków to dawanie nadziei. W czerwcu 2007 r. kupił Widzew Łódź i zapowiedział, że klub, który został za korupcję zdegradowany do II ligi, odzyska blask. Pod koniec marca 2009 r. za 30,5 mln zł kupił od Amrestu 32,99 proc. Sfinksa, operatora sieci gastronomicznej, czym zakończył wielomiesięczny konflikt akcjonariuszy i uratował spółkę od upadku. W połowie maja podpisał umowę inwestycyjną o objęciu za 13 mln zł akcji odzieżowej spółki Redan, właściciela sieci Top Secret, Troll i Textilmarket. Tymi inwestycjami zyskał miano wybawcy firm w tarapatach. Sylwester Cacek przestrzega jednak, że jego pomoc to nie działalność charytatywna.
— Cieszę się, że mogłem pomóc firmom, które znalazły się w kłopotach, a mają pomysł na biznes i perspektywy dalszych wzrostów. Nie uważam się jednak za wybawcę, wprost przeciwnie: jestem wymagającym inwestorem — mówi Sylwester Cacek.
I podkreśla, że chce zarobić
— Inwestycje w Sfinksa i Redan są typowymi inwestycjami kapitałowymi. Obie spółki mają dobre perspektywy, a zastrzyk finansowy daje im szansę na dalszy rozwój. Na tym etapie nie chcę określać horyzontu inwestycyjnego w tych spółkach. W przypadku Redanu wciąż nie ma pewności, czy inwestycja zostanie sfinalizowana — mówi Sylwester Cacek.
Zupełnie inaczej traktuje Widzew Łódź.
— Sukces tego przedsięwzięcia może potwierdzić, że profesjonalne podejście do zarządzania klubem piłkarskim pozwala regularnie osiągać sukcesy nawet tam, gdzie wielu wydaje się to niemożliwe czy zależne wyłącznie od losu — mówi Sylwester Cacek.
Na 420 mln zł wycenia "Forbes" majątek Doroty i Sylwestra Cacków, co daje im 27. miejsce na liście najbogatszych Polaków. Pracę zaczynali w szkole: ona uczyła angielskiego, on — zajęć praktyczno- -technicznych (ZPT). W latach 80. założyli sklep z zabawkami, a potem handlowali telewizorami. Klientom brakowało pieniędzy na zakup sprzętu, co zainspirowało Cacków do wejścia na rynek kredytów. Najpierw podsyłali klientów bankom, a w 1998 r. kupili Cuprum Bank. Zmienili nazwę na Dominet, rozwinęli i w pod koniec 2006 r. sprzedali pakiet 50,1 proc. (resztę miał fundusz Merrill Lynch). Według nieoficjalnych informacji, Fortis Bank zapłacił za przejęcie 500-700 mln zł. W połowie 2007 r. Cackowie kupili klub piłkarski Widzew Łódź. W październiku 2008 r. przejęli 13 proc. kanadyjskiej spółki Helix Biopharma, a w marcu 2009 r. 33 proc. Sfinksa. Ostatnio Sylwester Cacek podpisał warunkowe porozumienie dotyczące objęcia 22 proc. akcji Redanu.
okiem eksperta
Jacek Chwedoruk
prezes Rothschild Polska
Nie traktowałbym inwestycji pana Sylwestra Cacka jako ratowania firm, ale jako szukanie okazji inwestycyjnych i maksymalizacji zysku. Dziś nie kupuje się firm na aukcji, płacąc za przyszłość, bo perspektywy gospodarcze są niepewne. Inwestorzy mogą wykorzystywać niedobór kapitału i przejmować firmy, które kiedyś nie miały problemu z uzyskiwaniem finansowania, a dziś są w trudnej sytuacji, bo przeinwestowały i mają problemy z bankami. To dobry czas, by stosunkowo tanio je przejąć. Ale nie zawsze tanio znaczy dobrze, bo są branże, od których lepiej trzymać się z daleka.
Pan Cacek działa w modelu rodzinnego biura inwestycyjnego. Taka forma ma przewagę nad funduszami private equity, bo szybciej się podejmuje decyzje. Fundusze mają procedury, komitety inwestycyjne, a inwestorzy prywatni mogą podjąć decyzję w kilka dni. Biorą też na siebie większe ryzyko. Portfel inwestycyjny jest często zbudowany z projektów w różnych branżach i o różnej skali.