Czytasz dzięki

Cesarz z Woli Łąckiej

opublikowano: 25-05-2017, 22:00

Sławomir Świerzyński, lider discopolowego zespołu Bayer Full, od 1991 r. sprzedał ponad 16 milionów albumów płytowych. Jest także biznesmenem — prowadzi duże gospodarstwo na Mazowszu, gdzie realizuje swoje pasje: hoduje konie i powozi.

Bayer Full można nazwać przedsiębiorstwem rodzinnym — w zespole Sławomira Świerzyńskiego, nazywanego czasem cesarzem disco polo, śpiewają obaj jego synowie i córka, a żona Renata jest menedżerem grupy. Do tego cała rodzina pracuje w dwunastohektarowym gospodarstwie przy sianokosach i żniwach.

Bayer Full święci tryumfy od dziesięcioleci, ich przeboje opierają się upływowi czasu, a koncerty przyciągają tłumy. Skąd taki sukces? Sławomir Świerżyński, lider zespołu, uważa, że muzycy zawdzięczają go naturalności i... nie przekraczaniu granic dobrego smaku.
Wyświetl galerię [1/3]

Bayer Full święci tryumfy od dziesięcioleci, ich przeboje opierają się upływowi czasu, a koncerty przyciągają tłumy. Skąd taki sukces? Sławomir Świerżyński, lider zespołu, uważa, że muzycy zawdzięczają go naturalności i... nie przekraczaniu granic dobrego smaku. Krzysztof Jarczewski

Ten nie spada, kto nie jeździ

Sianokosy w Woli Łąckiej na Mazowszu mimo pełnego parku maszynowego trwają kilka dni.

— Obiady jemy w polu, jak to kiedyś bywało. Zaczynamy pracę modlitwą, by nikogo nic złego nie spotkało. Wspólna praca to z jednej strony dobre rozwiązanie, nie mogę narzekać, że się długo z żoną czy wnukami nie widziałem, z drugiej strony jednak od bliskich trudniej wymagać — opowiada muzyk.

Na wsi, wbrew pozorom, nie jest łatwo znaleźć ludzi do pracy w gospodarstwie. Kolejne próby kończyły się szybkimi pożegnaniami, gdy wychodziło na jaw, że potencjalni pracownicy nadużywają alkoholu. Skąd to zainteresowanie wiejskim życiem? Rodzina Świerzyńskich ma ziemiańskie korzenie, a konie były w niej od zawsze, zaś muzyk w pracach polowych brał udział od dziecka, podczas wyjazdów na wieś do rodziny.

— Dziadek był kawalerzystą z Grudziądza, cieszę się, że mój najstarszy syn, Sebastian, odziedziczył tę pasję. Konie to przyjaciele dający radość i wypoczynek. Kupując pierwsze, ponad 20 lat temu, chciałem, by to odziedziczone po rodzinie żony gospodarstwo żyło, żeby ziemia była uprawiana. Teraz koni jest sześć, ale był rok, gdy w stajni stał jeden. Żona wchodziła tam wtedy i narzekała, że to nie jak u Świerzyńskich — wspomina muzyk.

Pierwszy w Polsce założył hodowlę koni fryzyjskich — karych, o bujnych grzywach i ogonach i efektownym chodzie. Teraz ma cztery ogiery rozpłodowe, które jeżdżą również w zaprzęgach.

— To są konie królewskie! — zachwyca się hodowca. Decyzja o zakupie koni musi być, zdaniem Sławomira Świerzyńskiego, w pełni świadoma, bo oznacza rezygnację z wakacji, urlopów, długich wyjazdów.

— Hazardzista budzi się rano z kacem, mówi: „Przegrałem 15 tysięcy złotych!” i może dalej spać. Koniarz, mający zwierzę za 15 tysięcy złotych, budzi się z kacem, ale musi dać jeść, wyprowadzić na padok… Jazdy konnej uczył nas rotmistrz Michał Gutowski, przedwojenny olimpijczyk, który mówił, że koń jest bardzo niebezpieczny z przodu, z tyłu i bardzo niewygodny pośrodku. Koń to nie skuter czy rowerek, jak myślą czasem mamy, które przyprowadzają tu dzieci na lekcje jazdy. Pytam wtedy, czy mają świadomość, że oddają nam skarb życia w ręce — opowiada hodowca.

Wszystko się może zdarzyć, choć zajęcia prowadzi doświadczony instruktor i absolwent Technikum Hodowli Koni Sebastian Świerzyński, syn muzyka. — Ten nie spada, kto nie jeździ — uważa Sławomir Świerzyński.

Sam zrezygnował z jazdy wierzchem z obawy o kręgosłup i zajął się powożeniem i rozbudową kolekcji powozów i uprzęży, jeździ również jako luzak podczas zawodów zaprzęgowych, w których startuje jego syn. Wielokrotnie był zapraszany na zawody aktorów do Spały, ale nadmiar obowiązków nie pozwolił mu na udział.

— Mogę ubrać dziesięć par koni, tyle mam uprzęży: szorowych, szlejowych, chomąt angielskich… Mają różne pochodzenie i przeznaczenie. Środowisko powożeniowe jest bardzo konserwatywne i posługuje się specyficznym kodem. Do wagonetki nie możemy założyć uprzęży chomątowej, bo nie wypada, można jej użyć do wozu towarowego. Do breku angielskiego, sportowego, mogą być stosowane tylko szory. Podobnie jest z lejcami — do czego innego służą wiedeńskie, do czego innego angielskie lub Achenbacha. Ważny jest strój powożącego, kolor cylindra, materiał, z którego jest wykonany bat — z leszczyny, ze skóry. To wszystko są znaki, po których odróżnia się domorosłego hodowcę od profesjonalisty — przekonuje muzyk.

Sport zaprzęgowy jest drogi. Samochód terenowy, który pociągnie przyczepę z końmi, kosztuje 100 tys. zł, przyczepa około 30 tys. zł, para koni zaprzęgowych 25-50 tys. zł. Kolejne 10-20 tys. pochłania ręcznie szyta uprząż. Trzeba mieć minimum dwa powozy, a to kolejne tysiące złotych. Świerzyńscy wypożyczają powozy na śluby i inne uroczystości i spotykają się ze zdziwieniem, że kosztuje to aż 2,5 tys. zł.

— Potrzebne są dwa samochody i trzech ludzi do obsługi. Poza tym przecież w konie się jeździ, żeby się pokazać, żeby nas widzieli, otwiera się budy, pięknie pokazani są młodzi, rodzice, świadkowie… Ale to kosztuje. Na weselu mojego syna było dziewięć zaprzęgów. Korek był od Gostynina do Płocka, ale wszyscy podawali informację: „Świerzyński syna żeni!”. Jak się chcesz pokazać, to się pokaż, ale licz się z kosztami — kwituje Sławomir Świerzyński.

„Majteczki w kropeczki” od 30 lat

Skład Bayer Full wielokrotnie się zmieniał. Powodem, jak twierdzi lider grupy, było zabójcze tempo pracy — członkowie zespołu nie umieli godzić nagrań i koncertów z życiem osobistym. Jemu to się udało. „Pokazywanie się” kosztuje, ale disco polo to wciąż muzycznie złote żniwa, a Sławomir Świerzyński wie, jak odcinać kupony od sukcesu.

Choć ta muzyka jest określana jako kicz i tandeta, to w Polsce się jej słucha, tańczy się do niej, zna na pamięć teksty piosenek. Bayer Full przejeżdża po kraju 150 tysięcy kilometrów rocznie, dając nawet 200 koncertów. Za każdy wystawiają rachunek na 17 tys. złotych. Poza tym zespół regularnie występuje w Chinach.

— Żeby być osobą tak rozpoznawalną w świecie, jak ja, trzeba pisać piosenki, które publiczność polubi. „Blondyneczka”, „Majteczki w kropeczki” nadal się podobają, choć to utwory sprzed 30 lat. Ludzie chcą ich słuchać. Pokażcie mi piosenkę, która sama się broni, a nie dlatego, że była tysiąc razy puszczona w radiu.

Tacy twórcy jak Seweryn Krajewski czy Jonasz Kofta potrafili pisać piękne piosenki, które się obroniły. My dajemy piosenki, które ludzie pamiętają i nucą po jednorazowym wysłuchaniu. Gdy ktoś mi mówi, że napisanie piosenki disco polo jest łatwe, odpowiadam mu — to pisz! Słowo „kocham” jest odmieniane na tysiąc sposobów, nie ma ładniejszego. Ale napisz piosenkę, używając go, a okaże się, że to nie takie proste — wyjaśnia muzyk. Publiczność to dla niego naturalny żywioł. Uważa, że magia jego zespołu polega na tym, że muzycy są naturalni.

— Wiemy, że cały czas balansujemy na krawędzi, po której biegnie granica między radością a wyuzdaniem. Niech to będzie rubaszne, ale bez przekraczania granic dobrego smaku. I to jest nasz sposób na sukces — konkluduje Sławomir Świerzyński. &

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: EWA TYSZKO

Polecane