China made in Poland

Rafał Fabisiak
opublikowano: 28-05-2010, 00:00

Sprzedawcy z całej Polski i z niektórych części Europy zjeżdżają tutaj po towary. Dla nich to mekka, tyle że chińska.

Mała Azja, polskie China Town lub po prostu Wólka Kosowska. W tej niewielkiej wsi w gminie Lesznowola pod Warszawą znajduje się jedno z największych w Polsce skupisk Azjatów — Chińczyków, Wietnamczyków, Koreańczyków. Pojęcie mniejszości narodowej nabiera tu nowego znaczenia.

Pomysł był prosty — stworzyć centrum handlowe, w którym sprzedaje się hurtowo chińskie produkty. Otwarto je w 1994 r. Najpierw była jedna hala, teraz jest pięć i hotel dla handlowców pracujących w centrum. Już budują kolejną. Choć na razie powstał tylko szkielet, a otwarcie przewidziano na lato 2010 r., wszystkie stoiska już wykupiono. Szósta hala wprowadzi nowe towary: elektronikę i sprzęt AGD.

Nie lubię poniedziałków

— Największy ruch jest w poniedziałki. Wtedy panuje tu chaos. Ludzi jest mnóstwo, a miejsc parkingo-wych niewiele. Każdy parkuje gdzie i jak mu się podoba. O, tam stają Bułgarzy, po nich zawsze największy syf zostaje — opowiada jeden z ochroniarzy.

Znaleźć miejsce parkingowe tego dnia to cud. W poniedziałki co chwila ktoś z ochrony podaje przez mikrofon numery i markę samochodu, który trzeba przestawić, bo blokuje inne. Ale choć to dla ochroniarzy kiepski dzień, to dla handlowców — ulubiony.

Jeden z kupców wózkiem blokuje miejsce parkingowe dla kolegów.

— Dawajcie, dawajcie, bo mnie tu rozjadą — pośpiesza znajomych przez telefon.

— Ja panu wiele nie powiem. Drugi raz tu jestem dopiero. Ze Śląska przyjeżdżamy po towar. Daleko, ale, niestety, tu się przyjeżdża, bo jest tanio — mówi.

Korytarzem hali przechodzi Chińczyk. Idący za nim Azjaci się podśmiewają, bo na plecach ktoś przykleił mu karteczkę: "Tanio — 5 zł". Takich kartek jest tu mnóstwo. Bo wszystko jest tanie. Po 5, 10, 20 zł. Ale hurtowo. Tylko nieliczni handlowcy decydują się na sprzedaż pojedynczych produktów, dlatego główną klientelą centrum są sprzedawcy detaliczni.

Na hulajnodze

Chińskie Centrum Handlowe (CCH) to kulturowy miszmasz. Handlują tu także Turcy, Bułgarzy, Rosjanie i Polacy, nie licząc przejeżdżających. Bo nie tylko Polacy pokonują setki kilometrów, by tutaj kupić towar. Pojawiają się też Litwini, Łotysze, Estończycy.

Felix Wang, dyrektor marketingu spółki GD Poland Investment, znanej jako Chińskie Centrum Handlowe, mówi, że nie starają się za wszelką cenę łączyć kultur. Z reguły każda nacja trzyma się osobno i podobnie jest tutaj. W jednych halach dominują Chińczycy, w innych Wietnamczycy czy Polacy.

— Jednak Chińczycy już się zaadaptowali do tutejszych zwyczajów — ocenia Felix Wang.

Hale tętnią życiem. Czasem to bardziej życie zawodowe, a czasem towarzyskie. Co kilka metrów na korytarzach urządzono palarnie. Ludzie siedzą na ławeczkach i dyskutują. Gromadzą się całe rodziny Bułgarów lub Turków. W innej hali Chińczycy grają w szachy. Wokół grających gromadzi się grupka Azjatów. Zaglądając szachistom przez ramię, komentują przebieg rozgrywki.

Między boksami i korytarzami przemykają kupcy, handlowcy, wózki z towarami i… hulajnogi. Prawie każdy pracownik centrum ma swoją. Ten zwyczaj się przyjął, kiedy centrum zaczęło się powiększać. Wielu przewozi na hulajnogach spore kartony. Niektórzy do spodu przybijają nawet dodatkowe deski, by łatwiej układać pakunki. Im więcej klientów, tym mniej hulajnóg, i na odwrót. I jak w życiu — jedni jeżdżą bardziej, inni mniej przepisowo. Kiedy robi się luźniej, więcej pracowników używa hulajnóg, a wtedy o kolizję łatwo. Bywa że na skrzyżowaniach korytarzy mijają się dosłownie o centymetry.

W przejściach zawsze stoi mnóstwo kartonów. Jedni dowożą je hulajnogami przed drzwi wejściowe, inni rozwożą do boksów. Tam kartony stoją w rogach, czekając na rozpakowanie. Gdy jedni pośpiesznie rozwożą kartony, inni korzystają z chwili odpoczynku. Kładą się na kartonach lub wystawiają fotele na korytarz.

Dominują stoiska z odzieżą, butami. Jedne to zwyczajne boksy zapchane towarem do granic możliwości, mniej lub bardziej chaotycznie. Sprzedawców ledwo widać z korytarza, bo zasłaniają ich bluzki i manekiny. Inne są urządzone na kształt markowych sklepów z najlepszych centrów handlowych. Na ścianach potężne grafiki, telewizory LCD, światła podkreślające elegancję wnętrza. A w nich sprzedawcy, najczęściej trzymający w jednej ręce dokumenty lub kalkulator, a w drugiej widelec, którym sięgają do styropianowego opakowania po obiad.

W większości hal można spróbować tradycyjnych azjatyckich potraw z tutejszych barów. Jest nawet sklep z żywnością sprowadzaną z Chin i z Wietnamu. Sosy, oleje, ciasteczka, krewetki, glony, tofu — wszystko, co żołądkowi Azjaty do szczęścia potrzebne. I właśnie raczej Azjaty, bo na opakowaniach brak polskiego czy chociaż angielskiego opisu zawartości.

Jak podkreśla Felix Wang, w chińskiej kulturze jedzenie jest bardzo ważne. Nie chodzi tylko o zaspokojenie głodu. Chińczyk, jeśli nie zje, nie zacznie pracować. Widać to na każdym kroku. A zwyczaj ten chętnie przejęli zatrudnieni tu Polacy.

Komunikacja przede wszystkim

W handlu umiejętność porozumiewania się jest przydatna jak nigdzie. W podwarszawskim centrum większość boksów należy do Azjatów. Wielu z nich zatrudnia Polaków. Opinie co do komunikatywności Azjatów są podzielone.

— Jestem tu dopiero dwa tygodnie. Przeniosłam się z Maximusa. Z niektórymi w ogóle nie można się dogadać. Już mnie to wpienia — opowiada jedna z Polek.

— Ja nie mam problemu z komunikacją, bo od 20 lat jestem żoną Wietnamczyka — śmieje się pani Marzena, współwłaścicielka jednego z boksów.

Na korytarzach często widać Polaków dyskutujących z Azjatami jak ze swoimi — na papierosie lub gdy się mijają, rzucą żartem. A jak ktoś czegoś nie zrozumie, to inni chętnie pomogą.

— Gadać dużo i źle — jeden z Polaków tłumaczy dwóm Chińczykom, co to znaczy pieprzyć głupoty. — To teraz powiedz mu tak: pieprzysz głupoty.

Koegzystencja

Marek Ruszkowski, zastępca wójta gminy Lesznowola, pamięta Wólkę Kosowską sprzed czasów CCH. To była zwyczajna rolnicza wieś, a w miejscu dzisiejszych hal — szczere pole.

— Dzisiaj trudno sobie wyobrazić Wólkę Kosowską bez tego centrum. Pamiętam, jak wmurowano kamień węgielny. Odbyło się to w namiocie cyrkowym. Pierwsza hala stała przez jakiś czas pusta. Czekano na odpowiedni moment, a teraz… wystarczy spojrzeć — z roku na rok idzie im coraz lepiej — twierdzi Marek Ruszkowski.

I oby tak było nadal, bo dla mieszkańców Wólki Kosowskiej chińskie centrum to nie tylko miejsce pracy czy zakupów. Właściciel jest jednym z największych chińskich inwestorów w Polsce i największym podatnikiem w gminie. Za własne pieniądze wybudował we wsi drogę. Teraz planuje następną. Pieniądze już są, ale projekt zatrzymał się na ścianie polskiej biurokracji. Gmina niewiele ma tu do gadania, bo projekt uwzględnia skrzyżowanie z drogą krajową.

— W Chinach, jeśli ktoś chce zainwestować własne pieniądze, to stwarza mu się jak najlepsze warunki, by projekt zrealizować jak najszybciej. Tutaj napotykamy pewne problemy, ale współpraca z panią wójt układa się bardzo dobrze, dlatego — jeśli koniunktura dopisze — planujemy tu kolejne inwestycje — zapewnia Felix Wang.

Inwestycja z rozmachem, czyli magia liczb

120 tys. mkw. — tyle wynosi powierzchnia zabudowy Chińskiego Centrum Handlowego

800 — tylu importerów działa obecnie w Chińskim Centrum Handlowym

1080 — a tyle boksów znajduje się we wszystkich pięciu halach.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Fabisiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu