Rynki surowcowe są bardzo wrażliwe na sezonowe wahania popytu i podaży. Doskonałym przykładem jest trwający dynamiczny wzrost cen miedzi. Rocznie na świecie zużywa się około 17 mln ton tego metalu. Połowa wszystkich zapasów trafia do Azji. Chiny kupują blisko jedną piątą produkcji. To, że miedź jest obecnie najdroższa od listopada 2006 r., wynika z drugiego oddechu chińskich przedsiębiorstw, którym kończą się zapasy metali przemysłowych.
W drugiej połowie zeszłego roku ceny zaczęły spadać, kiedy okazało się, że kopalnie, próbując sprostać wielkiemu popytowi, zwiększyły wydobycie bardziej, niż wymagał tego rynek. Jesienią podaż, mierzona przez londyńską giełdę LME, znacznie przewyższała potrzeby firm. Chińczycy zdążyli zaopatrzyć magazyny przed zimą i zmniejszyli import surowca. Od grudnia obserwujemy gwałtowny wzrost importu miedzi, co może sugerować rozpoczęcie drugiej fali wzrostów cen.
Według LME od połowy lutego zapasy miedzi przechowywane w Londynie spadły z 216 tys. do 179 tys. ton we wtorek. W tym samym czasie cena metalu wzrosła na nowojorskiej giełdzie Comex o ponad 80 USD za każde 100 funtów, a jedynie w marcu miedź podrożała o 14 proc. Do inwestorów instytucjonalnych handlujących kontraktami terminowymi na surowce podłączyli się spekulanci szukający rynków, na których występuje wyraźny trend. Tymczasem fundamenty przemawiające za kontynuacją wzrostów są znacznie poważniejsze w przypadku miedzi niż na większości giełdowych parkietów, gdzie chętnych do nabywania akcji po obecnych cenach zaczyna brakować. Wiosną ceny metali przemysłowych windują zaburzenia wydobycia w największych kopalniach. To okres corocznych negocjacji kontraktów z pracownikami, a te często kończą się żądaniem wysokich podwyżek i strajkami, jak to się działo w poniedziałek w Peru. Podobna sytuacja w 2006 r. doprowadziła do surowcowej hossy, a scenariusz może się powtórzyć w najbliższych tygodniach.