Dziś zatańczy na giełdowym parkiecie po raz pierwszy. Filozof. Zbił fortunę na archiwach, paletach, „szampanach” i gorzałce.
Szefowa agencji PR, od lat w polskiej branży spirytusowej:
— Już po rozmowie z Palikotem? I co? Bardzo elokwentny? Za bardzo...
— Jak to?
— Zanim cokolwiek się o nim napisze, trzeba pamiętać: w tej branży nie ma grzecznych chłopców! Gra o najwyższe stawki (jedna z ostatnich transakcji warta była 300 mln funtów!). Oni są zdolni do wszystkiego. Proszę uważać...
Niby krótka pamięć
Wola Duża 45 pod Biłgorajem. Szumi dokoła las. Śnieg, zimno. Portierzy (Agencja Ochrony Bako) robią groźne miny. Pilnują wejścia do Ambry, największej wytwórni win musujących w tej części Europy.
— Palikot? Nie znamy, nie pamiętamy. Przecież nie musieliśmy tu pracować, jak to było jego. No nie?! — rzuca przez ramię ochroniarz. I daje wizytówkę:
— Tam dzwonić. Jak się zgodzą, wpuścimy.
W biłgorajskim sekretariacie Ambry odsyłają do siedziby zarządu w Warszawie. Dzień wcześniej rzecznik spółki oświadczył, że nie wypowiada się o byłych akcjonariuszach spółki. No to do Biłgoraja. Nie mija pięć minut...
— Właśnie dzwonił do mnie zdenerwowany pan Janusz. Ktoś jeździ po Biłgoraju i o niego wypytuje. Może coś panom wiadomo... — to Joanna Tauber, szefowa Tauber Promotions, dbająca o wizerunek Polmosu Lublin.
A tak zarzekali się, że nie pamiętają Palikota...
KUL życie
— Brat i trzej kuzyni skończyli matematykę. Ja też chciałem. Ale miałem tzw. wilczy bilet po stanie wojennym. Jedyną uczelnią, która mogła mnie przyjąć, był KUL. A tam nie było matematyki. Nie zacząłem od bólu istnienia i tego, co myśleć o świecie... Tylko od wyboru negatywnego: filozofia jest przynajmniej podobna do matematyki. Przez 2 lata studiów wstawałem czasami o 5 rano i zanim jeszcze zaczęły się zajęcia, byłem już po kilku godzinach lektury — wspomina Janusz Palikot.
Latami nie mógł się doprosić paszportu. Kiedy składał wniosek, czasami był aresztowany na 48 godzin, rewizja w domu... Dopiero chyba w 1987 roku dostałem po raz pierwszy paszport — przypomina sobie.
Czym się władzom naraził?
— Kurator zakazał mi uczęszczania do szkoły średniej w Zamojskiem. Przyszła Solidarność, wybrano mnie na przewodniczącego samorządu uczniowskiego. Pyskowałem: dlaczego na historii nie mówi się o Armii Krajowej i innych białych plamach, dlaczego nauczyciele nie przestrzegają uczniowskich praw? Dyrektor mnie zawiesił. Poszedłem do radiowęzła, ogłosiłem strajk jednoosobowy, ale nie bez apelu: nazajutrz każdy, kto ma choć krztę honoru, nie powinien przyjść do szkoły. Takie emocje... Nikt nie przyszedł! W grudniu, tuż przed stanem wojennym... W 1982 r. wyrzucono mnie z liceum — m.in. za ulotki. Nie byłem pełnoletni, więc mnie tylko przesłuchiwali... Potem uczyłem się w Warszawie. Za butelkę wódki dostałem przepustkę, by przekroczyć granicę województwa... Przyjechałem do ciotki — mówi Palikot.
Skuteczne było dopiero czwarte podejście do szkoły — wylądował w liceum im. Ruy Barbosa.
— Chodziliśmy do tej samej szkoły, mieliśmy zainteresowania muzyczne. To był rok 1980 — wiadomo, sierpień. Jeszcze jako uczeń Janusz włączył się w ten ruch... Miał nieprzyjemności — wspomina Janusz Rosłan, burmistrz Biłgoraja.
Palikot na KUL-u: po dwadzieścia kilka egzaminów rocznie. Porcje wiedzy gigantyczne! Kiedy wykładowca proponował, by zajęcia się nie odbyły — protestował. Odmieniec, niezbyt lubiany przez kolegów. Setki książek. Prawie patologia... Pasja, ale i kierat. Mechanizm.
Po 2 latach Palikotowi udało się przenieść na Uniwersytet Warszawski. Gdy dziekan Marek Siemek poznał, ile zdał już egzaminów, powiedział: „Proszę zaliczyć jeszcze kilka egzaminów przez następne dwa lata i rób pan, co pan chcesz”. Studia (indywidualny tok) trwały tylko 4 lata. Wyróżniał się w tłumie. Studiował z nim — też mocna indywidualność — Marek Kamiński, późniejszy zdobywca biegunów.
Pieniądze z domu? I w Lublinie, i w Warszawie zjadały je wynajem mieszkania i utrzymanie. Życiorys przykładny. Żył skromnie jak mnich.
— Bułka, herbata... Często nawet nie miałem pieniędzy na śniadanie, bo zaraz wydawałem wszystko na książki. Romantyczne czasy: kiedy człowiek jest głodny i wie, że zje za parę godzin, a i tak mu nie wystarczy na cały dzień... Kiedyś kolega ze stancji w Lublinie przywiózł od ciotki z Chełma jajka, pasztety, strudle. Do dziś pamiętam tę ucztę — po trzech tygodniach biedowania! — uśmiecha się biznesmen.
W Warszawie wydatki się mnożyły — książki, teatr, życie towarzyskie...
— Wpadłem na pomysł. Mój lubelski kolega był archiwistą — z uprawnieniami. A wtedy obowiązkowe uprawnienia do porządkowania archiwów w zakładach państwowych miały tylko spółdzielnie emerytów i studenci. Dlaczego się tym nie zająć? — wspomina Palikot.
Zaczął pracę w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, gdzie w Zakładzie Estetyki pisał pracę doktorską o fenomenologii nauk i kryzysie kultury europejskiej według Edmunda Husserla. Ale nie napisał...
— Zapowiadał się na dobrego filozofa. Bardzo inteligentny, z poczuciem humoru i uczynny. Z tego, co pamiętam, zachorował jego ojciec i — ze względów finansowych — musiał się zająć biznesem. Jak kilka innych osób z naszego środowiska na przełomie lat 80. i 90. — wspomina prof. Stanisław Borzym z IFiS PAN.
Jakiś uraz
Uprzejmy burmistrz Janusz Rosłan, choć zaskoczony propozycją spotkania, nie odmawia. W sekretariacie młoda, urocza asystentka wzdycha ze smutkiem na wspomnienie o Palikocie:
— Już do nas tak często nie zagląda... Dawno go nie było. Wielka szkoda, że wyniósł się z Biłgoraja.
Januszowi Rosłanowi Palikot podpadł tylko raz:
— W telewizyjnym wywiadzie powiedział, że jest z Lublina. Zapomniał? To mnie uraziło! Widocznie się wtedy przejęzyczył. Biłgoraj powinien być mu wdzięczny, bo — rzeczywiście — ten strumień pieniędzy płynie... Ile razy zwrócimy się do pana Palikota, tyle razy otrzymujemy wsparcie — podkreśla Rosłan.
I dodaje, że Palikot wręcz wymyśla wydarzenia kulturalne w Biłgoraju. Pół roku temu uczestniczył w posiedzeniu rady miasta. Próbował zainteresować radnych Izaakiem Singerem, który w Biłgoraju kiedyś mieszkał i tworzył.
— Namawiał, by to wykorzystać w promocji miasta. Obiecał, że jeżeli pojawi się jakaś inicjatywa, to 100 tys. zł daje na początek. I właśnie podjęliśmy decyzję o nazwaniu jednej z ulic imieniem pisarza — chwali się burmistrz.
Podaje numer do Stefana Szmidta, dyrektora Biłgorajskiego Centrum Kultury i fundatora-założyciela Fundacji Kresy 2000 — Nadrzecze. Znany aktor o biłgorajskich korzeniach może wiele rzec „na temat Janusza”...
— Świetny chłopak — mówię tak o nim, bo się znamy od dziecięctwa. Dużo młodszy, ale z jednej pompy laliśmy wodę... Otwiera serce, umysł i portfel (ważna kolejność!), jeżeli w pomyśle widzi przyszłość. Jeden warunek: trzeba go zadziwić, a to niełatwe... Mnie się wydaje, że głównym celem jego działania nie jest pomnażanie majątku w nieskończoność, tylko realizowanie samego siebie — Stefan Szmidt mógłby chyba tak kadzić bez końca...
Palikot wykłada w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. Jako wiceprezes Polskiej Rady Biznesu zainicjował wykłady literacko-filozoficzne prowadzone przez Miłosza, Kapuścińskiego czy Nowaka-Jeziorańskiego. I światowe prawykonania sonat Scarlattiego. Wspiera lubelski teatr Kompania/Provisorium. Bywa felietonistą — choćby w „Tygodniku Powszechnym”. Wraz z prof. Krzysztofem Obłojem publikował felietony o zarządzaniu firmami w polskich realiach — w „Rzeczpospolitej”. W 2003 r. ukazały się w książce. „Myśli o nowoczesnym biznesie” — nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria. Wcześniej 50 proc. udziałów w tej oficynie objął... Janusz Palikot.
— Kiedy na rynku wydawniczym nastąpiło poważne załamanie, z dwójką innych założycieli szukaliśmy kogoś, kto pomógłby nam finansowo. Wybraliśmy Janusza Palikota, bo miał i pieniądze, i zainteresowania humanistyczne, co gwarantowało utrzymanie charakteru wydawnictwa — wspomina Stanisław Rosiek, prezes oficyny.
W bibliotece Palikot ma prawie 6 tys. książek, na które — twierdzi — wydaje ok. 50 tys. zł rok w rok. Kolekcjonuje też fotografie artystyczne i wina.
— Nie znoszę salonów, bankietów, tego blichtru, bywania... W tym sensie jestem zupełnie niewarszawski, taki chłopak z Biłgoraja. To strata czasu — Palikot lubi konkret.
Mimo naturalnej dla filozofów skłonności do abstrakcyjnego myślenia, bywa praktyczny. Dobrych kilka lat temu jeździł luksusowym audi. Kilkakroć na trasie między stolicą a Biłgorajem próbowano mu go ukraść. W końcu zmienił auto na tańszy samochód japoński.
Cały ten kram
Było już po reformach Rakowskiego. Z pierwszych 300 ofert spółki Palikota Akt powróciło 30. Był rynek! Studentom porządkować archiwów się nie chciało, a emerytów wynagradzano za dniówkę, więc ciągnęli robotę miesiącami. Akt za te same pieniądze, ale błyskawicznie, robił, co do niego należało. Potem wspólnicy zaczęli wynajmować innych studentów.
— Kiedy tak jeździliśmy po zakładach, ktoś rzucił: „Pan jest z Biłgoraja, tam chłopi mają lasy, może pan się popyta o drewno? Tu nie ma gdzie kupić, bo są limity... Może by pozbijali palety?”. Wziąłem paletę na wzór — pamięta Palikot.
Jego ojciec — syn kułaka, też bez prawa do studiów, na bakier z systemem — dostarczał towar do sklepów z parkietami i boazerią, skupując go od chłopów. Zapytał ich: zbijecie te palety? Na gotowym towarze wypalali licencjonowany numer. Trafiły do Baltony. Zaczęło się kręcić! Przyszedł rok 1989 i wolna gospodarka.
— Nagle dopadły mnie telefony z Belgii, Holandii — tam, gdzie Baltona posyłała towary. Klienci szukali nas po numerze na paletach. Chcecie palet? Dlaczego nie? Z miesiąca na miesiąc z kilkadziesiąt wiosek zaczęło dla nas pracować. Mówiłem chłopom: za 30 dni wam zapłacę. Odbierałem towar. Ciężarówki nie mogły wracać puste. Mówiłem kontrahentom: za pieniądze, które mi jesteście winni, kupcie towar — wody mineralne, jogurty, właściwie jak leci... W Polsce wtedy wszystko szło! Jeszcze wtedy nie rozumiałem tego mechanizmu — cash flow. Po prostu życie mnie zmuszało do takiego działania. W końcu 40-50 ciężarówek krążyło tam i z powrotem — relacjonuje Palikot.
W 1988 r. ożenił się, rok później urodził mu się pierwszy syn. Wrócił do Biłgoraja — do domu rodziców. W 1991 roku zbudował tam dom.
— W 1989 r. do nowej spółki zaprosiłem 9 wspólników z Biłgoraja. Nazywało się to na początku Kram (z przekształcenia spółki Akt)... Mieliśmy kapitał 20 tys. dolarów. Kram to było właściwe miano, bo handlowaliśmy szwarc, mydłem i powidłem. W 1990 r. ministerstwo zaczęło rozdawać koncesje na hurtowy handel alkoholem. A my już mieliśmy kilka hurtowni (m.in. Szczecin, Poznań, Czeladź k. Katowic, Zamość, Biłgoraj). Na każde województwo przypadała określona liczba koncesji. I dostaliśmy koncesję z rozdania — na podstawie zwykłego wniosku — Palikot jakby się dziwi. I kontynuuje:
— Zastanawialiśmy się: nie można już handlować wszystkim, co się da — telewizory, jogurty, zegary z Tajlandii. I wyszło, że brandy i wina musujące miałyby najmniejszą konkurencję. W Polsce było praktycznie tylko Russkoje Igristoje i jakiś węgierski „szampan”. Pojechałem do Włoch z tłumaczem — do producentów. Na wariata — kowbojskie czasy! O 5. rano wyjeżdżało się z Biłgoraja rozklekotanym mercedesem, dojeżdżało się późnym wieczorem pod Wenecję... Włosi zaproponowali niskie ceny. Ale po doliczeniu polskich opłat, podatków, ceł — wychodziła w Polsce zaporowa cena dla masowego klienta. I Włosi rzucili: zbudujcie fabrykę wina u siebie. Problem, by do was dojechało wino w zbiornikach z Wenecji? Zaszczepi się drożdżami, fermentacja i już... Mówię: „Ale ja się na tym nie znam”. A oni: „Mamy technologię, tylko dajcie gwarancje, że będziecie od nas kupowali wino”. No i założyliśmy oddzielną spółkę Canelli, w której mieli udziały i ustaliliśmy, że kiedy spłacimy maszyny i technologię, oni te udziały nam odsprzedadzą...
W grudniu 1992 r. ruszyli z produkcją — pierwsza w historii Polski naturalna fermentacja wina! Dorato — pierwsza ich marka, nr 1 na rynku do dziś. 16 tys. butelek sprzedali w dzień!!! Potem już ciągła praca — na trzy zmiany. Przed sylwestrem telefon do Włochów: po nowe dostawy! Po kwartale okazało się, że trzeba nowej fabryki. I kupili od syndyka masy upadłościowej zakład naprawy torów kolejowych linii hutniczo-siarkowej, biegnącej koło Biłgoraja.
Powolna specjalizacja. Wódką handlowali chyba jeszcze do 1994 r. Rok wcześniej Kram połączył się z Canelli, Polacy odkupili udziały.
— Widmo bankructwa zaglądało nam codziennie w oczy: inwestycje przez nas niedoszacowane, bankrutujące hurtownie, zmieniające się ciągle przepisy, najazdy urzędów... Nagle w jakimś Biłgoraju pojawiły się miliony dolarów obrotu! Gówniarze robią biznes! Miałem 28 lat. Zacząłem zarabiać górę pieniędzy — sumuje Palikot.
Sprzedaż rosła. Od 1991 do 1994 r. niemal dziesięciokrotnie: z 57 mld starych zł do 550 mld starych zł. Powstała spółka Ambra.
Koncertowe wyjście
W 1994 r. 25 proc. udziałów w spółce Ambra — za 6 mln marek — objął niemiecki producent wina Sektkellerei Schloss Wachenheim AG z Trewiru. Spółka gwarantowała know-how i 2 mln marek w formie zabezpieczenia kredytu inwestycyjno-obrotowego. W roku 1999 Niemcy mieli już ponad 50 proc. udziałów w Ambrze, pozostała część należała jeszcze do braci Bogdana i Janusza Palikotów.
Dzisiaj Janusz już nie ma udziałów w biłgorajskiej spółce. Ostatnie 9 proc. sprzedał niemieckiemu partnerowi pod koniec 2003 r. — by spłacić zobowiązania wynikające z umowy prywatyzacyjnej. Tak to branżę winiarską zamienił na spirytusową. Dość zresztą spektakularnie. 28 lipca 2002 r. ogłosił decyzję o przejściu z funkcji prezesa zarządu Ambry na stanowisko przewodniczącego rady nadzorczej — wtedy już był mocno zaangażowany w lubelski Polmos. Z tej okazji urządził dla pracowników Ambry, współpracowników, rodziny, przyjaciół i znajomych koncert Budki Suflera w swej posiadłości w Jabłonnie pod Lublinem. Nie zapominał o zbiórce pieniędzy i licytacji pierwszej butelki — niedostępnej wówczas w sprzedaży — wódki Palikotówki (sprzedano ją za 25 tys. zł) na rzecz Fundacji Fundusz Lokalny Ziemi Biłgorajskiej.
— Więcej Pan robi od Tadka Chmiela, producenta mebli Black Red White?
— Nie, on robi mniej. Dlatego że jako Świadek Jehowy, mając większe pieniądze niż ja, ma jednak bardzo określone zasady. Wielu rzeczy nie robi z definicji. To człowiek etyczny, skromny. Odniósł o wiele większy sukces ode mnie — w sensie organizacyjnym i ekonomicznym. Uważam go za najwybitniejszego przedsiębiorcę z tamtych stron. Nie wiem, na co wydaje pieniądze, ale wiem, że na pewno wspiera swój Kościół. A ja? Rok Gombrowiczowski — ktoś pewnie słyszał. Ale od 10 lat wydaję 200-300 tys. do 1 mln zł (jak w ostatnim roku) na sponsorowanie kultury. Wspomagam też lokalne pomysły — w Biłgoraju np. Agencję Rozwoju Regionalnego, Fundusz Lokalny Ziemi Biłgorajskiej, Kolegium UMCS — wylicza Palikot.
Mówi się, że region zapłakał, gdy przedsiębiorczy filozof wyniósł się do Lublina na dobre. Ludziom zabrakło jego dyscypliny — poza tym lubią chwalić się jego sukcesem. Na Zamojszczyźnie uzbierałaby się spora grupka osób, które kiedyś „na Palikocie” nieźle zarobiły — zaczynały razem z nim, ale im się nie powiodło. Dlaczego? Bo — wieść gminna niesie — Palikot umiał pieniądze spożytkować.
— Jego przyszywani koledzy pierwsze duże zyski od razu przetupali: przepłacali za drogie samochody, budowali wielkie domy, część forsy przepili... — wspomina dawny wspólnik.
Cyrki Gombrowiczowskie
Lublin. Ulica Spółdzielcza 6. Wjazdu do lubelskiej wytwórni wódek pilnują panowie z Agencji Ochrony Bako... Budynki — na zewnątrz — przywodzą na myśl upadłą firmę... Aż dziw, że „coś takiego” wchodzi na giełdę! Po wjeździe na plac świat się zmienia. W miarę nowe rampy, kilka TIR-ów, a pośrodku kilkumetrowa rzeźba: człowiek stojący na koniu... Trzeba poczekać, bo szefowa marketingu, która miała pokazać zakład, jest na niespodziewanym spotkaniu z zarządem.
Pod jej nieobecność wizerunku firmy strzeże pani Małolepsza z sekretariatu prezesa.
— Co to stoi na placu?
— Jak to?! Toż to Gombrowicz!!! — krzyczy oburzona sekretarka.
Opowiada, jak został stworzony z okazji ubiegłorocznych „świąt gombrowiczowskich”, stał na placu Litewskim w Lublinie podczas imprez na otwartym powietrzu, towarzyszących uroczystościom sponsorowanym przez prezesa Palikota. Później Gombrowicza po nocy wieźli do Polmosu, wstrzymywano ruch...
— Cyrki z nim były, bo to gigant przecież! Ludzie na początku w szoku po firmie chodzili, ale teraz już się wszyscy przyzwyczaili — i nawet go lubimy. Podobno mają go zabrać na dziedziniec UMCS, ale ja wiem, czy wytrzyma? On podobno jest w środku ze styropianu — przycisza głos pani Małolepsza.
Mija godzina. W końcu Wiesław Skrobowski, prezes zarządu Polmos Lublin, telefonicznie wyznacza panią, która właśnie „robiła słupki”. Chyba pracuje w księgowości, lecz zna całą fabrykę jak własną kieszeń. Ciepła, uprzejma osoba. Pracuje tu od dawna. Pamięta, jak zapanował Palikot. Ludzie się bali — wiadomo, kończy się państwowe, zaczyna prywatne. Jaki jest Janusz Palikot — szef?
— Ciężko mi obiektywnie mówić o kimś, kto mnie nieraz równo zjechał — śmieje się przewodniczka.
Mówi, że wejściem na giełdę raczej nikt się nie ekscytuje — ludzie, jak zwykle, ciężko pracują. Wszystko i tak się odbywa w Warszawie, tu w Lublinie trzeba robić swoje.
— Łatwo chyba nie jest, tyle wódki wokoło... Ciężko utrzymać załogę w trzeźwości?
— Co pan?! Tu nikt nie pije! Do tego na portierni losowo codziennie kontroluje się ludzi. Myśli pan, że co? Każdemu zależy na pracy.
Gorzki smak burdelu
Janusz Palikot pojawił się — kapitałowo — w Lublinie we wrześniu 2001 r. Ministerstwo Skarbu Państwa sprzedało 80 proc. akcji Lubelskich Zakładów Przemysłu Spirytusowego i Drożdżowego Polmos w Lublinie warszawskiej spółce Jabłonna. Jej jedynym akcjonariuszem był Janusz Palikot, wówczas jeszcze prezes Ambry. Wartość transakcji szacowano na 16 mln zł. W umowie prywatyzacyjnej przewidziano, że inwestor w ciągu 24 miesięcy od jej podpisania podwyższy kapitał zakładowy lubelskiej spółki co najmniej o 2 mln zł.
— Polmos Lublin był wtedy dziadowską firmą, której nikt nie chciał kupić. Byłem jedynym oferentem. Dlaczego? Bo przez trzy ostatnie lata przynosił straty, miał naruszone kapitały własne, sztywny pakiet socjalny, roszczeniowe związki zawodowe, brak zdolności kredytowej, tylko 60 proc. praw do Żołądkowej Gorzkiej (która przynosiła wtedy blisko 80 proc. obrotów) i tylko 1,8 proc. udziałów w rynku — przypomina Janusz Palikot.
Biłgorajski biznesmen kupił w końcu Polmos Lublin, ale wcale nie był zadowolony, bo 40 proc. praw do „żołądkówki” pozostawało w gestii Polmosu Starogard Gdański, przejętego wówczas przez Grupę Sobieski.
— Musiałem je odkupić. Inaczej dzisiaj nie rozmawialibyśmy o giełdowym debiucie — podkreśla Palikot.
Za mniejszą część praw »Żołądkowej« należało zapłacić 38 mln zł — tyle chciał Sobieski.
— My chcieliśmy, oni się zgadzali. Ale nikt nie chciał dać kredytu — w mediach głośno o stoczni gdyńskiej, zapaści, recesji itd. Banki wpadły w panikę! Pięć negatywnych odpowiedzi. Tylko ci z BRE mówią tak: „Jeśli powstanie spółka celowa „Żołądkowa”, Palikot wyłoży z własnej kieszeni 10 mln zł i da gwarancje (weksle i zabezpieczenia na majątku własnym), to pożyczymy 28 mln zł Polmosowi”. Idę do ministra skarbu Wiesława Kaczmarka i mówię: zgodnie z umową prywatyzacyjną, mam podnieść o 2 mln zł kapitał w Polmosie Lublin, ale pożyczam tej spółce 10 mln zł. Czy wywiązałem się ze zobowiązań? — Palikot jeszcze dzisiaj przeżywa tamte dni.
Minister Kaczmarek miał mu wtedy odpowiedzieć: „Niech pan przyśle pismo. Nie ma mowy, byśmy w tej sytuacji żądali tych 2 mln” — i składa dymisję. Następuje trzykrotna zmiana ministra skarbu: z Kaczmarka na Cytryckiego, po nim był Czyżewski, w końcu nastał Kaniewski.
— Trafiłem fatalnie... Co rusz zmiana ministra. Kompletny burdel, nikt nie mógł podjąć wiążącej dla mnie decyzji. I ja to nawet rozumiem — bo w urzędzie było ciężko, ale skarb państwa nałożył na nas karę! Terminy z umowy się posypały i naliczono nam dodatkowo 1,4 mln zł! — irytuje się Janusz Palikot.
Właściciel lubelskiego Polmosu podkreśla, że zmuszono go do zapłaty kary i — zgodnie z prawem — może się domagać zwrotu tych pieniędzy, wraz z karnymi odsetkami od 2002 roku do dzisiaj:
— Gigantyczna suma. Tylko proszę sobie nie myśleć, że przed prywatyzacją Polmosu Białystok wytoczę proces ministerstwu skarbu. Dziesięć lat jest na przedawnienie, więc być może później... Tymczasem delegatura lubelska ministerstwa skarbu pisemnie potwierdziła, że wywiązaliśmy się z zobowiązań prywatyzacyjnych — podkreśla Palikot. I po chwili zarzeka się:
— Parę grzechów na sumieniu mam — jak każdy. Ale nigdy nie brałem udziału w przekrętach gospodarczych!