W świetle wstępnych wyników niedzielnych wyborów utworzenie koalicji rządowej Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości wydaje się oczywiste. Obie partie stwierdzają zgodnie, że czas na dyskusje personalne przyjdzie dopiero po drugiej turze wyborów prezydenckich, w której zmierzą się ich liderzy, Donald Tusk i Lech Kaczyński. Takie odłożenie w czasie tworzenia rządu jest nawet uzasadnione, chociaż automatycznie opóźni prace nad budżetem i praktycznie uniemożliwi terminowe uchwalenie ustaw okołobudżetowych wchodzących w życie od 1 stycznia 2006 r. — w tym podatkowych.
Powyżej oraz na sąsiedniej stronie krótko przypominamy historie koalicji rządowych w dwóch ostatnich kadencjach Sejmu. Ich starty były triumfalne, ale finisze raczej opłakane. W trakcie biegu kadencji następował nieuchronny rozkład. I tu wypada zacytować klasyka, iż prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, lecz po tym jak kończy. Notabene sam autor owej maksymy, Leszek Miller, kończy politycznie bardzo marnie.
Jeśliby szukać historycznych odniesień, to nakazany wczoraj politykom przez wyborców związek PiS z PO programowo przypomina relacje Akcji Wyborczej Solidarność wobec Unii Wolności z roku 1997. I trudno się temu dziwić, skoro w obu ekipach znajdujemy wielu starych graczy, tyle że występujących pod zmienionymi szyldami. Różnicą zasadniczą są proporcje koalicjantów — osiem lat temu ich liczebna nierówność przytłaczała funkcjonowanie rządu i w końcu doprowadziła do wycofania się unitów. Teraz partnerzy mają tego samego rzędu poparcie społeczne oraz siłę parlamentarną. Razem zebrali jednak, według wstępnych wyników, mniej niż 307 mandatów poselskich, co oznacza, iż nie mają większości gwarantującej uchwalenie zmiany Konstytucji RP. Poszukiwanie mniej lub bardziej egzotycznych koalicji utrudni pracę, bo gdy przychodzi do konkretów — zaczynają się strome schody. Oto pierwszy z brzegu przykład zasadniczego konstytucyjnego sporu PO z PiS — losy Rady Polityki Pieniężnej. No a dalsze istnienie Senatu...?
Dotychczasowa praktyka życia politycznego w Polsce dowodzi, że na drugą kadencję może zostać ewentualnie wybrany nie wadzący nikomu prezydent, ale już premier nie ma na to żadnych szans. Kolejni szefowie polskich rządów okazują się produktami jednorazowego użytku. Pamiętając o tej przypadłości, POPiS-owemu premierowi wypadałoby życzyć, aby chociaż dotrwał do końca kadencji. Jeśli ta koalicja się posypie — będziemy mieli kolejne wybory znacznie wcześniej niż planowo w roku 2009.