Ciało w ciepłym rosole

Jacek Pałkiewicz
opublikowano: 2007-12-17 00:00

W wodach Morza Martwego człowiek unosi się niczym korek od butelki. Odstresowuje się, regeneruje, uodparnia. No cud!

Pogranicze Izraela i Jordanii kryje najniżej położone miejsce na Ziemi: wielkie, śródlądowe jezioro zwane Morzem Martwym. Bardzo wysokie zasolenie — 40 razy większe niż wód Bałtyku — przyciąga przybyszów z całego świata. Jadę tam i ja — od strony Ammanu, stolicy Jordanii.

Pustkowie. Surowy krajobraz. Kamienny znak przy szosie informuje, że znajdujemy się na poziomie morza. Zjeżdżamy 400 metrów niżej, by trafić nad brzegi legendarnego akwenu. Wybrzeże nie jest zamieszkałe ani zabudowane uzdrowiskami czy hotelami. Wzdłuż 90-kilometrowej linii brzegowej brakuje nawet wydzielonych kąpielisk, da się jednak znaleźć miejsca, gdzie zainstalowano prysznice.

Co z Archimedesem?

Zatrzymuję się na takim niby-kąpielisku (natryski są niezbędne po pluskaniu się w tak słonej wodzie). Sympatyczna pani o rubensowskich kształtach prosi o zrobienie pamiątkowego zdjęcia. Kładzie się na wodzie, która unosi ją z łatwością. Kobieta leży bez ruchu i udaje czytanie rozłożonej gazety.

Już pierwsze kroki w mulistej cieczy potwierdzają, że prawo Archimedesa odczuwa się tu inaczej. Zdążam truchtem na głębszą wodę i — tracąc koordynację ruchów — potykam się. Nieoczekiwanie: leżę. Dobrze, że się nie zachłysnąłem, ale oczy zaczynają szczypać. Nie chcę myśleć, co bym czuł, gdybym miał na ciele jakieś świeże rozcięcie... Próbuję wystartować kraulem, ale nic z tego. Gęsta woda nie nadaje się do pływania. Jedyne, co pozostaje, to położyć się na wznak w ciepłym „rosole” i leżeć bez ruchu jak na dmuchanym materacu.

Rozmyślam o reklamowanych właściwościach leczniczych tych wód — ponoć odstresowują, łagodzą bóle reumatyczne i artretyczne, wspomagają leczenie chorób skóry. Cóż, stężenie rozpuszczonych w nich soli jest średnio dziesięciokrotnie wyższe niż w Morzu Śródziemnym (28-33 proc.). Ta woda zawiera też 20 razy więcej bromu, 15 razy więcej magnezu i 10 razy więcej jodu.

Bezczynne, chociaż przyjemne, leżenie pod niemiłosiernie palącymi promieniami słonecznymi wkrótce zaczyna nudzić. Szybko nacieszyłem się magicznym miejscem i z przyjemnością korzystam z prysznica, aby zmyć osad z ciała i wypłukać oczy. Idę raz jeszcze w stronę wody, by pełniej wykorzystać walory zdrowotne tego dziwnego morza. Rozmazuję na całym ciele muł i czekam, aż wyschnie. Niektórzy leżą tak „zabalsamowani” godzinami, ale ja po kwadransie mam już dość. Zmywam błoto.

Przed powrotem do hotelu obfotografowuję na brzegu biało-różowe formy skrystalizowanej soli. Sądziłem, że zabawię tu cały dzień, lecz starczy kilka godzin, aby zadowolić się niepowtarzalną przecież rozrywką.

Hekatomba bohaterów

Masada zadziwia nawet takiego weterana podróży, jak ja. Dociera się do niej wzdłuż wybrzeża Morza Martwego, turystycznym szlakiem na południe od oazy (i parku narodowego) Ein Gedi.

Twierdza leży na stołowym płaskowyżu i pozostaje symbolem męstwa narodu żydowskiego. Wciąż zdaje się mówić: „nigdy nie wezmą nas żywcem”!

Chcę wspiąć się na szczyt pieszo, a nie wjechać kolejką linową, jak zazwyczaj robią turyści, bo liczyłem na dobre zdjęcie. Wysoko stojące już słońce nie pozwoliło jednak na odtworzenie piękna ścian skalnego masywu na tle zielonej oazy i słonej pustyni.

Wejścia do fortyfikacji, należącej do najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych Izraela, chroni — okrążający ją — 1,5-kilometrowej długości mur i 40 wież obronnych. Teoretycznie była nie do zdobycia i, prawdę mówiąc, nie wzięto jej szturmem, w bezpośrednim starciu wręcz.

Historia Masady wiąże się z hekatombą rebeliantów żydowskich. Pustynna kryjówka, wzniesiona w pierwszych latach nowej ery przez króla Judei Heroda Wielkiego, wkrótce przygarnęła uczestników wielkiego powstania Żydów przeciwko Cesarstwu Rzymskiemu. W 73 r. n. e. pięciotysięczna armia Flawiusza Silwy przez dwa lata bezskutecznie próbowała zdobyć fortecę, w której ukryło się prawie tysiąc mężczyzn, kobiet i dzieci. Wreszcie — po wzniesieniu wysokiego wału ziemnego i rampy oraz użyciu taranów — wojsko weszło do wnętrza. A tam — masakra: uchodźcy, zamiast się poddać, wybrali samobójczą śmierć.

Kompleks archeologiczny, składający się z umocnień fortecznych, term, pałacu, synagogi, kościoła bizantyjskiego i czynnego w lecie amfi- teatru, jest na liście dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Podziwiając malowniczy widok na Morze Martwe i otaczające je góry, spotykam Eitana Campbella, dyrektora Masady. Widać, że czuje się zaszczycony swą funkcją.

— Izrael nie ma złóż ropy naftowej czy diamentów, ale są skarby kultury. Oczywiście, że przychodzi nam borykać się z kłopotami, bo 10 mln szekli (prawie 2 mln euro) na konserwację twierdzy nie wystarcza. Część murów, uszkodzona przez długotrwałe ulewy w grudniu 2003 r., może runąć — martwi się.

Teraz głębiej w pustynię... Wczoraj poznałem tę kamienną, poprzecinaną głębokimi kanionami i spaloną niemiłosiernym słońcem, mikroskopijną w stosunku do Sahary, Pustynię Judzką. Na tym jałowym terytorium wzdłuż Morza Martwego natknąłem się tylko na nieliczne obozowiska Beduinów i — częściej — na wojskowe posterunki. Kiedyś przez 40 dni przemierzał ją pieszo Jezus Chrystus, żyli tu pustelnicy, schronienie znalazł Dawid, uchodząc przed rozgniewanym Saulem, pierwszym królem Izraela.

Mistyczne klimaty

Kierunek: południe, gdzie Pustynia Judzka przechodzi w zajmującą prawie połowę powierzchni kraju pustynię Negev. Znam podobne jej, bezlitosne środowiska, ale po raz pierwszy podróżuję po takich okolicach autem, a nie w karawanie wielbłądów. Wyborna, asfaltowa droga wiedzie przez posępny, wyjałowiony z wszelkich form życia — lecz o surowym pięknie — krajobraz. Z bezchmurnego nieba bucha żar, ale — na szczęście — mam klimatyzację.

Jazda przez spowitą aureolą tajemnicy pustynię, to nie tylko fascynująca wędrówka przez kosmiczne pustkowie. To także przeżycia mistyczne — tu Bóg ukazał się Mojżeszowi, Jezus oparł się pokusie szatana, a Mahometowi objawił się archanioł Gabriel...

Izraelowi udało się, dzięki supernowoczesnej technologii, zagospodarować ten wybitnie suchy obszar w niepowtarzalny sposób. Pustynia, miejscami nawadniana, kwitnie, rodzi żywność i przekształca energię słoneczną w elektryczność. Warto zobaczyć na własne oczy — to naprawdę godne podziwu.

Jacek Pałkiewicz, członek rzeczywisty Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie.

Foto: autor, Forum