Główny Urząd Statystyczny to kopalnia danych obrazujących rzeczywistość. Jednak do potocznej świadomości ma szansę przejść tylko kilka jego najważniejszych wskaźników, a i to w postaci finalnej liczby. A każdy wskaźnik ma swoją głębię i interesujące wnętrze.
Dla przykładu: elementarny, miesięczny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych. Jest ogłaszany w połowie następnego miesiąca i w poważniejszych gazetach zasługuje na większą notkę. I człowiek nawet się cieszy, że w lutym 2006 r. te ceny nie zmieniły się w stosunku do poprzedniego miesiąca. Wskaźnik, wyrażany w punktach procentowych, wyniósł 100,0. I tyle, w najlepszym razie, zostaje w pamięci: inflacji w lutym nie było. Inflacji, bo tak rozumie przeciętny obywatel ruchy cen towarów na półkach sklepowych — i można na to przystać.
Tymczasem wskaźnik zerowej inflacji w lutym jest wypadkową dwunastu wskaźników cząstkowych. Każdy dotyczy zmian cen w grupach towarów i usług. Każdy jest też rozbudowany w głąb, a na końcu łańcuszka znajduje się zwykle koszyk dóbr branych przez statystyków pod uwagę. Każda grupa i podgrupa ma wagę, z jaką uczestniczy w obliczeniach. Aby było jeszcze trudniej — ten system wag jest corocznie modyfikowany. Obecne wagi grup towarów i usług tworzących wskaźnik ostateczny: żywność i napoje bezalkoholowe — 27,2, alkohol i tytoń — 5,7, odzież i obuwie — 5,0, użytkowanie mieszkania i energia — 20,3, wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego — 4,7, zdrowie — 5,3, transport — 8,5, łączność — 5,6, rekreacja i kultura — 6,6, edukacja — 1,4, restauracje i hotele — 4,5, pozostałe (tu m.in. ubezpieczenia, fryzjer i mydło) — 5,2. W sumie 100 procent. Przy okazji mamy tu informację, jak GUS, a za nim organa rządowe, widzą codzienne wydatki Polaków „na życie”. A to jest podstawą wielu decyzji.