Cztery dekady temu debiut Mercedesa 190 wzbudził niemałe kontrowersje. Pojawienie się małego i tańszego modelu w ofercie marki słynącej z dużych i drogich aut niektórzy potraktowali jako skazę na wizerunku marki. Auto zyskało przydomek Baby Benz, co z jednej strony pieszczotliwie odnosiło się do jego rozmiarów, z drugiej podkreślało, że prawdziwym Benzem to on nie jest. 40 lat później już jest, bo – jak to z dziećmi bywa – dorósł.
Zmieszany, nie wstrząśnięty

Dziś to właśnie klasa C, czyli spadkobierca stodziewięćdziesiątki, uchodzi za ten klasyczny samochód z gwiazdą na masce. Dziś też już wiadomo, że podjęta przed laty decyzja o rozszerzeniu oferty o propozycję dla uboższych (co nie znaczy ubogich) klientów stała się podwaliną obecnej pozycji marki. Patrząc z tej perspektywy, można o klasie C myśleć jak o najważniejszym modelu Mercedesa. Możemy zatem przyjąć, że do salonów właśnie wjeżdża piąta generacja najjaśniejszej gwiazdy w konstelacji Mercedesa. Jaka jest? Jak to w Mercedesie: łączy klasykę z twardym stąpaniem po ziemi i domieszką poprawności politycznej. A teraz tłumaczę, o co mi chodzi.
Dlaczego klasykę? Bo to cały czas sedan i kombi. A to, w zalewanym SUV-ami, corossoverami i innymi mieszańcami łączącymi cechy różnych typów nadwozi, coraz większą rzadkość. Tu sytuacja jest jasna. Sedan to prostu sedan, a kombi – kombi. Klasyka gatunku. Wypada się z tego cieszyć, bo mieszańce zalewają świat (dziś to już ponad połowa sprzedaży). Końca tej powodzi nie widać. Zatem klasyka staje się wyjątkiem. A to do Mercedesa pasuje.
Wymiary. To spore auto. Zwłaszcza jak na określenie „baby”. Dziś w Mercedesie sporo jest mniejszych modeli. No, ale ustaliliśmy, że Baby Benz już dawno wyrósł z krótkich majtek i swego przydomku. Nowa generacja klasy C (oznaczona kodem W206) ma 4751 mm długości. Jeden rzut oka w specyfikację poprzednika (W205) i staje się jasne, że to o 6,5 cm więcej. Rozstaw osi wzrósł o 25 mm (do 2865 mm). W W206 jest też nieco szersza i niższa od poprzedniej generacji. W tym wypadku nieco to dokładnie 1 cm. Bagażnik ma 450 litrów (w sedanie) i 490 lirów (w kombi) pojemności, czyli gra w tej samej lidze co ten z W205. Wierność tradycji o wspomnianą klasyczność klasy C potwierdza również zawartość komory silnika. Tak! Są diesle (w tym ten najbardziej popularny w Polsce dla tego modelu – 200-konny C 200d). Rolę bazowej jednostki ma pełnić benzynowe C 180. To 1,5-litrowy silnik dostępny w wariancie 170- i 204-konnym. Dalej mamy dwulitrową benzynę C 300 o mocy 258 KM oraz dwa diesle: wspomniany C 220d – 200 KM i C 300d – 265 KM. Układ miękkiej hybrydy jest montowany do każdego z tych silników, podobnie jak automatyczna 9-biegowa skrzynia. W wersjach C 200 i C 300 będzie można też wybrać opcjonalny napęd na cztery koła 4Matic. Skrzyni manualnej w ofercie nie stwierdzono. I tą informacją powoli kończymy opisywać klasyczne cechy nowej klasy C i dochodzimy do udowodnienia, że Mercedes twardo stąpa po ziemi…
…bo musi

Układ miękkiej hybrydy w każdym silniku nie jest dowodem na uwielbienie marki dla takich rozwiązań, lecz koniecznością. Rzecz jasna idzie o normy emisji i ich doganianie. Dowodem na konieczność liczenia się z realiami jest również to, że klasa C będzie w niedalekiej przyszłości dostępna również jako hybryda plug-in. Ma być oparta zarówno na jednostkach benzynowych, jak i dieslach. Choć Mercedes na razie nie pochwalił się specyfikacją żadnego z tych napędów, wiadomo, że silnik elektryczny w nich stosowany ma mieć niemal 130 KM mocy i 440 Nm momentu obrotowego. Akumulator (o pojemności 25,4 kWh) ma zapewniać 100-kilometrowy zasięg na samym prądzie. Jeśli te przechwałki się sprawdzą, to będzie swego rodzaju rewolucja, bo dziś żaden z konkurentów tego nie potrafi. Ta rewolucja dopiero przed nami. Inna – i to jest ważna informacja – właśnie się wydarzyła. Klasa C Anno Domini 2021 nie będzie dostępna z silnikiem, który ma więcej niż cztery cylindry. Informacja ta pozostanie również aktualna w wypadku przyszłych wersji AMG tego modelu. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że wraz z W205 bezpowrotnie pożegnaliśmy 6- i 8-cylindrowe silniki w klasach C. Powód? Jak zawsze. Normy i groźba kar za ich przekroczenie. Kolejnym dowodem na owo twarde stąpanie po ziemi jest wygląd auta. Mercedes chwali się, że klasa C może pochwalić się imponującym oporem powietrza wynoszącym 0,24 w sedanie i 0,27 dla kombi. Mercedes dodaje, że udało się to osiągnąć bez utraty charakterystycznych dla marki rozwiązań i tym samym dizajn nie pozostawia złudzeń, czyja fabryka powiła to dziecię. I wypada się z Mercedesem zgodzić. I dodać, że choć widać już z daleka, że to jedzie Mercedes, to nie do końca wiadomo jaki. Modele od lat są do siebie podobne i trudno odróżnić, czy mija nas klasa A (sedan), C, E czy nawet S. Czy to wada? To już zależy od posiadacza któregoś z tych aut.
Ową domieszkę poprawności politycznej, o której wspominałem, opisując koncepcję nowej klasy C, stanowi pewna zapowiedź. O ile klasa C to sedan lub kombi (czyli esencja klasyki), o tyle Mercedes nie zapomina, że to nie kombi i sedany mają największy rynkowy potencjał. Mają go oczywiście mieszańce. Dlatego klasa C (w nadwoziu kombi) będzie również dostępna jako tzw. All Terrain. To nowość, bo taka uterenowiona wersja z większym prześwitem i plastikowymi osłonami nie była dotychczas dostępna w tym modelu (występowała wyłącznie w klasie E).
Skurczy S…

Wspominałem o podobieństwie różnych sedanów Mercedesa. Najbardziej jednak klasa C przypomina flagowca, czyli S. Szczególnie we wnętrzu. Jest tam trochę jak w wypranej w zbyt ciepłej wodzie klasie S. To samo, ale w mniejszym wymiarze. Ot, skurczona eska. Ale nie powinno to być zaskoczeniem. Mercedes C ma kokpit według tego samego pomysłu jak w najnowszej klasie S. Kierownica, nawiewy, dwa ekrany. Koniec. Mamy więc wielki 12-calowy wyświetlacz przed oczami i mniejszy, prawie 12-calowy pośrodku. Na pokładzie jest oczywiście najnowsze wcielenie systemu MBUX z możliwością sterowania głosowego. Stała łączność z siecią zapewni nie tylko kontakt ze światem i dostęp do aktualnych informacji, ale i np. serwisów streamingowych, wliczając w to autorską kolekcję muzyki udostępnianą przez producenta. Standardem będą również zdalne aktualizacje oprogramowania. Auto można wyposażyć w wielu asystentów, tak wielu, że trudno wymienić. Nowością jest system skrętnej tylnej osi. Ten dostępny jako opcja gadżet pozwala zmniejszyć promień skrętu o 43 cm i uczynić prowadzenie bardziej bezpośrednim. Oczywiście w opcji jest również adaptacyjne zawieszenie. Jest też ciekawostka. Znane z klasy S reflektory digital light. To rozwiązanie wykorzystujące 1,3 mln mikrolusterek pozwalające skierować strumień światła w dowolne miejsce, a także wyświetlać pomocne iluminacje, np. linie lub symbole na jezdni. Wszystko po to, by zapewnić optymalne doświetlenie przestrzeni przed pojazdem bez oślepiania innych uczestników ruchu.
Takie lub podobne rozwiązania są oczywiście i u konkurencji. I w tym sęk. Kiedyś świat motoryzacji był prostszy. Audi miało pięciocylindrowe silniki, BMW słynęło z doskonałego prowadzenia, a Mercedes był tym poukładanym, klasycznym elegantem. Dziś – to tylko moje wrażenie – te wyraźne różnice w charakterze się zacierają. Auta tych samych segmentów i klas są do siebie w prowadzeniu bardzo podobne. Myślę, że w teście w ciemno (jeśli taki byłby możliwy) trudno byłoby wychwycić różnice. Modele różnią się sposobem podania (żeby nie napisać: pokolorowania) przestrzeni, na jaką pozwalają im normy. A te dla wszystkich są identyczne. Zatem i wyraźnych różnic mniej. Oczywiście w prowadzeniu. Bo na zewnątrz i wewnątrz jeszcze jest kilka różnic. Nowa klasa C ma genialny system multimedialny i paskudnie niefortunny sposób obsługi wielofunkcyjnej kierownicy. Gładziki zamiast przycisków sprawiają, że ani razu nie udało mi się za pierwszym razem ustawić tego, co chciałem. Zamiast tego miałem losowo wybraną funkcję. Być może to wina moich niezgrabnych paluchów, niemniej irytująca, choć oczywiście nie stanowi o być albo nie być klasy C. Nawet dla mnie.
Pean naszych czasów
Mercedes C pozostał sobą. Oczywiście na tyle, na ile pozwalają mu normy i przepisy. Rezygnacji z dużych silników nie miałbym mu za złe… bo to nie wina tej marki, tylko rezultat chęci pozostania w grze. Zresztą to samo dzieje się u innych, konkurencyjnych dostawców aut. I mimo oczywistych podobieństw stara się za wszelką cenę pozostać Mercedesem. To świetna wiadomość dla wielbicieli gwiazdy. Dla mnie nie. Jakoś nie po drodze mi z tą marką. Nie iskrzy (albo bardzo rzadko – G i S) między mną a ich sposobem na podanie samochodu. Niemniej za osiągniecie uważam, że stara się być sobą w świecie, który nieustannie próbuje go zmienić.










