Początki były prozaiczne. Choć to sam środek PRL-u, Jacek Wójcicki ma szansę zwiedzać świat z Chórem Chłopięcym Filharmonii Krakowskiej. Repertuar poważny, z "Jutrznią" i "Pasją" Krzysztofa Pendereckiego na czele.

— To był koniec lat 60., początek 70. A ja jako mały chłopiec miałem szansę na bardzo egzotyczne podróże. Liban, Iran — śpiewaliśmy przed samym szachem! Pamiętam, kiedy pierwszy raz wsiadłem do samolotu. Ten zapach lotniska, ten czar. Okienka, przez które można było patrzeć na świat z góry… — rozmarza się piosenkarz.
Lot z Warszawy, mimo upływu lat, pamięta jak dziś.
— To był Ił 18, turbośmigłowy, niezawodny, bezwypadkowy, cztery silniki, bardzo głośne — wspomina.
Rzeczywiście, wtedy podróże to było coś.
— Podróże zagraniczne, zwłaszcza samolotem, to dla zwykłego śmiertelnika było wydarzenie. Towar luksusowy, coś nietuzinkowego, ekscentrycznego, niedostępnego — jak dzisiaj zegarek ze szczerego złota.
Czar już prysł
Panta rei… Dziś loty stały się dla Polaków powszechne. Ale i na świecie Wójcicki zauważa niepokojące zjawisko.
— Wszystko się zunifikowało. Trudno właściwie odróżnić Airbusa 319 czy 320 od Boeinga 737, dawniejsze Boeingi 707 czy DC8 wyszły z użycia, Antki 24 już nie latają na polskich trasach, jeden taki rozbił się pod Zawoją w słynnej katastrofie — roztrząsa aktor.
Wójcicki szybko zjednywał sobie życzliwość obsługi naziemnej i pokładowej.
— Kiedyś leciałem z Brukseli do Edynburga samolotem Vickers Viscount, produkowanym do 1964 r. Na pokład mógł zabrać 75 pasażerów, miał cztery silniki turbośmigłowe. W barwach LOT-u latały trzy takie maszyny. W Brukseli wzbudziliśmy sensację, kiedy daliśmy na lotnisku mały koncert. Za takie występy często dostawaliśmy od obsługi drobne prezenty: ulotki, prospekty, modele — wspomina Jacek Wójcicki.
Z tych młodzieńczych wspomnień została jednak nieduża trauma.
— Oj tak, do dzisiaj nie mogę się z tym pogodzić. Lecieliśmy Swissairem w Boeingu 747 i — jako ten najmłodszy i najsłabszy — poszedłem do stewardess i załatwiłem dla chłopaków prospekty. Wspaniałe były: wielkie, rozkładane, z modelem samolotu w środku. Ale dla mnie oczywiście zabrakło, starsi koledzy rozdrapali wszystkie. Prawie się poryczałem… — widać, że to rzeczywiście bolesne wspomnienie.
Ale jest jeszcze coś, co powoduje, że przyjemność z latania jest coraz mniejsza. Zmieniają się podniebne obyczaje.
— Czar prysł. Pamiętam, że można się było żegnać ze znajomymi przy rękawie, a jeszcze niedawno w Canberrze przyjaciele odprowadzali mnie prawie pod same schody. Dziś lotniska przypominają raczej kurniki. Albo twierdze. Serwis i obsługa schodzą na psy. Loty stały się tanie, a przez to dostępne dla wszystkich. Człowiek czuje się przepychany z miejsca w miejsce. Jak w PKS-ie!
A do tego jeszcze nie ma z kim pogadać…
— Ubolewam nad tym! Nie ma z kim zamienić słowa, bo albo ma słuchawki na uszach, albo laptop na kolanach. A ja uprawiam wolny zawód, nie jestem przykuty do klawiatury, chętnie rozmawiam z ludźmi. Ale coraz rzadziej mam okazję, pojawił się bowiem nowy gatunek: człowiek korporacyjny. To zamknięte kosmosy — narzeka aktor.
Wzmożona ochrona i coraz ostrzejsze środki bezpieczeństwa też robią swoje. Już nie da się ot tak wejść do kabiny pilotów i usiąść na specjalnym siedzeniu.
— Kiedyś to było nawet w zwyczaju, że małymi grupkami wchodziliśmy do kabiny pilota, witali, pytali o jakieś szczegóły. Później to się urwało, ale dzięki znanej gębie udaje mi się czasem uprosić obsługę i usiąść w kabinie. Pamiętam, wracaliśmy z Piwnicą pod Baranami Iłem 62 (ten sam model rozbił się w Lesie Kabackim) i nie było problemu, żeby odwiedzić kabinę pilota. W ten sposób podchodziłem do lądowania w Rzymie, tak startowałem z Toronto. Piękne wspomnienia! Teraz to zakazane, z rzadka jeszcze mi się udaje. Głównie w samolotach LOT-u — Wójcickiemu świecą się oczy, kiedy wspomina wizyty w kabinie pilota.
Kiedyś wolno też było w samolotach palić.
— Wprawdzie sam nie palę, ale jestem przeciwnikiem bezwzględnego zakazu. Kawiarnie bez zapachu tytoniu czy starych książek stają się jakieś bezduszne. Jak te sterylne samoloty.
Magia długich dystansów
Mimo to Wójcicki nie wyobraża sobie życia bez latania.
— Ja to po prostu uwielbiam, zwłaszcza długie dystanse. Mam wtedy wyłączony telefon, czuję się zawieszony pod niebem, mogę poczytać, zdrzemnąć się, wyalienować od bieżących spraw, poobserwować świat, zobaczyć zorzę polarną z okien samolotu — zwłaszcza, kiedy się leci z Ameryki do Europy zimą — ożywia się aktor.
A strach? Są ludzie, którzy nigdy nie wsiądą do samolotu. Ze statystycznego punktu widzenia to irracjonalne, ale…
— Nie mam złych myśli, jestem optymistą. Raczej mnie fascynuje fakt, że te tony żelastwa podrywają się do lotu tak lekko, że pokonują tak duże odległości w tak krótkim czasie. Jasne, człowiek zamknięty w takiej klatce nawet bezwiednie myśli o różnych scenariuszach, ale ten dreszcz emocji, kiedy samolot podrywa się do lotu — tego się nie da z niczym porównać! — ekscytuje się piosenkarz.
O nieszczęściach lepiej nie myśleć, chociaż Wójcicki zna historię niemal każdej katastrofy lotniczej. Jego ulubionym serialem jest dokument "Słynne katastrofy lotnicze", emitowany na Discovery. Jednak jedno wspomnienie utkwiło mu w pamięci.
— 11 września 2001 roku lecieliśmy z Chicago do Orlando w dziewięć osób. My weseli, rozbawieni, a tu nagle komunikat, że musimy lądować w połowie drogi, w Louisville. Dopiero na dole powiedziano nam dlaczego. Przez tydzień nic nad Stanami nie latało, nasz koncert został odwołany. Potem, lecąc z powrotem do Polski, widzieliśmy jeszcze dymiący Manhattan — opowiada.
Złe wspomnienia szybko są rekompensowane przez bonusy związane z lataniem. Wójcicki, jak na urodzonego krakusa przystało, zbiera wszelkie promocyjne punkty.
— Ostatnio za zebrane punkty zafundowałem sobie powrót z Vancouver klasą biznes. Za moje przeloty najczęściej płacą organizatorzy, a ja sobie ciułam te punkty. W ogóle fajnie jest być artystą, bo można zasmakować nietypowych przygód, jak lot prywatnym odrzutowcem, którym polecieliśmy z Beatą Rybotycką do Wenecji na ślub. Nie nasz wprawdzie, ale było to romantyczne en deux. Albo lot awionetką nad Chicago, blisko linii brzegowej, o zmroku. Wtedy miałem szansę trzymać stery w ręku — znowu rozmarzył się Wójcicki.
No właśnie — teraz własny samolot i licencja pilota stają się dostępne każdemu w miarę majętnemu człowiekowi.
— Nie ciągnie mnie to. Podziwiam tę pracę, ale to nie dla mnie. Mnie kręci samo latanie, wolę być wożony. I modele samolotów. Ostatnio dostałem na swój jubileusz od Zbyszka Wodeckiego piękny, metalowy model Boeinga 747 Air Force One.
Jakieś marzenia?
— Marzenia to może za dużo powiedziane. Ale nie mogę się doczekać nowego Dreamlinera, który za dwa, trzy lata ma się pojawić w barwach LOT-u. Ma mieć niespotykane dotąd bajery! — emocjonuje się piosenkarz.
To się dopiero nazywa fan lotnictwa! l
Jacek Wójcicki
Gwiazda Piwnicy pod Baranami i Kabaretu Olgi Lipińskiej, porzucił karierę aktorską na rzecz śpiewania, ma na koncie kilka znaczących ról filmowych, m.in. w „Korczaku” Andrzeja Wajdy, „Ostatnim dzwonku” Magdaleny Łazarkiewicz i „Liście Schindlera” Stevena Spielberga, a także nagrody na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu i na Krajowym Festiwalu Piosenki w Opolu. Znany też z programów dla dzieci (Pan Tenorek w „Budziku”) i z gal piosenki biesiadnej, a także z udziału w wymagających projektach, jak „Nieszpory Ludźmierskie” Jana Kantego Pawluśkiewicza. Obecnie uczy śpiewu Ewę Wachowicz w polsatowskim „Tylko nas dwoje”.
