Czemu warto bywać w pośredniaku

Sylwester Sacharczuk
opublikowano: 26-04-2006, 00:00

Spotkali się w urzędzie pracy. Jeden miał pomysł, drugi lokal — i tak powstała firma, która w swojej branży nie ma

na Podlasiu równych sobie.

Spółka Lega to największe dzisiaj w regionie centrum zaopatrzenia warsztatów blacharskich i lakierniczych. A wszystko zaczęło się 16 lat temu w białostockim pośredniaku. Spotkali się tam obecni współwłaściciele spółki — Eugeniusz Gawryluk i Krzysztof Lewonowski. Po krótkiej rozmowie wiedzieli, że założą firmę związaną z motoryzacją. Sprzyjało temu ich doświadczenie — pierwszy specjalizował się w narzędziach diagnostycznych i przez dziesięć lat pracował jako inżynier mechanik w Polmozbycie, drugi skończył policealne studium komunikacyjne.

— Mieliśmy potencjał, którego nie można było zmarnować. Kolega zaproponował, by zająć się sprzedażą lakierów, ja miałem lokal. I tak to ruszyło — wspomina Eugeniusz Gawryluk.

Wiedzieć, gdzie szukać

Urząd pracy dał wspólnikom dwa tysiące złotych pożyczki na rozpoczęcie działalności. Pierwszą siedzibę firmy urządzili w pokoiku o wymiarach 3 na 4 metry.

— Na rynku praktycznie nie było wtedy towaru i mieliśmy ogromny problem ze znalezieniem czegokolwiek. A trzeba było wiedzieć, gdzie szukać. Jeździliśmy na wszelkie targi, by podpatrywać, co jest na topie. To nam dużo dało. Do tego poszło kilkanaście anonsów w prasie i firma zaczęła się rozkręcać — opowiada Krzysztof Lewonowski.

Zaczęli od lakierów do drewna. Postawili na markę Sadolin firmy Akzo Nobel, praktycznie nieobecnej wówczas na polskim rynku.

— Choć nie można było tych lakierów u nas dostać, miały bardzo dobrą opinię. Cenili je zwłaszcza ci, którzy przebywali na Zachodzie. Kiedyś w Stanach Zjednoczonych był to najpopularniejszy środek w swojej klasie. Dlatego u nas szedł jak woda — mówi Eugeniusz Gawryluk.

Po towar jeździli osobowym mercedesem z przyczepką. Potem zamienili go na kupione w Niemczech ciężarowe isuzu. Bywało, że trasę Białystok — Warszawa pokonywali cztery razy dziennie.

— Ale się opłacało. Na Podlasiu nikt nie miał tego lakieru. Zero konkurencji. To były złote czasy — wspomina Krzysztof Lewonowski.

Zyski były niezłe, więc wspólnicy postanowili rozszerzyć asortyment.

— Nie przejadaliśmy wolnej gotówki, tylko inwestowaliśmy. Wzięliśmy się za artykuły motoryzacyjne. Klienci najczęściej przychodzili po lakiery, ale dużym powodzeniem cieszyły się także szpachlówki. Chcieliśmy stopniowo mieć wszystko, co wiąże się z blacharstwem i lakiernictwem — wyjaśnia Eugeniusz Gawryluk.

W walizce na Białoruś

W 1997 r. Lega otworzyła dużą hurtownię, dzięki czemu znacznie zwiększyła obroty.

Dziś zaopatruje klientów indywidualnych, punkty sprzedaży i warsztaty blacharsko-lakiernicze.

— Podlasie to specyficzny region, bo przypada tu mało mieszkańców na kilometr kwadratowy. Niekiedy trzeba pokonać wiele kilometrów, by dojechać tylko do jednego klienta — mówi Eugeniusz Gawryluk.

Dużymi odbiorcami Legi są zakłady związane z przemysłem metalowym i stocznie, na przyklad w Augustowie.

— Polska stała się zagłębiem stoczniowym, jeśli chodzi o małe i średnie jachty. My też na tym zyskujemy, bo nasze towary są im niezbędne — cieszy się Eugeniusz Gawryluk.

Oprócz polskich klientów w firmie coraz częściej pojawiają się też Białorusini.

— Łukaszenka wprowadził ochronę swojego rynku i w związku z blokadą gospodarczą Białorusini przyjeżdżają do nas, kupują towar i wwożą go do własnego kraju nawet w walizkach, nie płacąc cła ani podatku. Na Białorusi to sprzedają i są konkurencją dla tamtejszych firm — opowiada Eugeniusz Gawryluk.

Co przed nami

Teraz firma oferuje cztery tysiące różnych towarów. Najlepiej sprzedają się szpachle, ale nabywców znajdują też inne artykuły dla blacharstwa i lakiernictwa. Ostatnio Lega zajęła się także zaopatrzenim przemysłu stolarskiego — na jej półkach pojawiły się farby, lakiery i bejce. Ale są też problemy.

— Niestety, z dużej części naszych pieniędzy nie możemy korzystać, bo wciąż są u odbiorców. Mamy związane ręce, bardzo to utrudnia płynność finansową — stwierdza Eugeniusz Gawryluk.

Choć firma notuje coraz większe obroty, jej szefowie czują niedosyt.

— Nie wykorzystaliśmy możliwości kredytowych, jakie mieliśmy pod koniec lat 90. Trzeba było pokusić się o większe kredyty i zwiększyć skalę sprzedaży, a może nawet wejść w inny asortyment. Zamiast zaryzykować, postawiliśmy na pewność i bezpieczeństwo. Choć — z drugiej strony — wiele firm się na kredytach przejechało. Może więc nie ma czego żałować? Jakkolwiek by było — najważniejsze jest to, co przed nami — kończy Krzysztof Lewonowski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Sylwester Sacharczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu