Czesi nie wpuszczą recydywistów

opublikowano: 17-07-2018, 22:00

Jeśli polscy producenci żywności znów sprzedadzą nam produkty nieodpowiadające normom, zakażemy im eksportu — zapowiada czeski minister rolnictwa

W tym tygodniu unijni ministrowie rolnictwa spotkali się w Brukseli na posiedzeniu Rady ds. Rolnictwa i Rybołówstwa. Przy okazji Miroslav Toman, szef czeskiego resortu, spotkał się ze swoim polskim odpowiednikiem — Janem Ardanowskim. Rozmawiali głównie o „niskiej jakości żywności, która trafia do Czech, i o tym, jak rozwiązać ten problem”. Tak przynajmniej wynika z oficjalnego komunikatu czeskiego ministerstwa.

CZŁOWIEK PREZYDENTA: Czeski minister rolnictwa Miroslav Toman (z prawej) uchodzi za człowieka Miloša Zemana, prezydenta kraju. W obecnym rządzie znalazł się z rekomendacji socjaldemokratów, ale kilka lat wcześniej startował w wyborach parlamentarnych z ramienia Partii Praw Obywateli – Zemanowcy, ugrupowania skupionego właśnie wokół Miloša Zemana.
Zobacz więcej

CZŁOWIEK PREZYDENTA: Czeski minister rolnictwa Miroslav Toman (z prawej) uchodzi za człowieka Miloša Zemana, prezydenta kraju. W obecnym rządzie znalazł się z rekomendacji socjaldemokratów, ale kilka lat wcześniej startował w wyborach parlamentarnych z ramienia Partii Praw Obywateli – Zemanowcy, ugrupowania skupionego właśnie wokół Miloša Zemana.

Dwie strony stołu

Miroslav Toman miał powiedzieć, że „niektórzy producenci żywności nie przynoszą Polsce chwały”, wspomniał przy tym o polskich jabłkach skażonych pestycydami, wykrytych ostatnio, i konserwach, które zawierały znacznie mniej mięsa, niż deklarowali wytwórcy. „Musimy sobie z tym poradzić i jestem gotów osobiście zająć się takimi sprawami i przedyskutować je z polskim ministrem. Jeśli jakiś producent wielokrotnie popełnił podobne przestępstwo, zabronimy mu sprzedaży do Czech” — stwierdził cytowany w komunikacie Miroslav Toman. Jan Ardanowski natomiast — jak wynika z informacji czeskiej strony — przyznał, że zdarzają się takie problemy, i obiecał „znaleźć winnych i naprawić sytuację”. Cel — „poprawienie jakości i tym samym reputacji polskiej żywności”. Inaczej brukselskie spotkanie relacjonuje nasze ministerstwo, do którego zwrócił się „PB”.

„Szef polskiego resortu rolnictwa zaprotestował przeciwko używaniu bardzo ostrych określeń na temat jakości polskiej żywności. Zwrócił się do swojego rozmówcy o podanie konkretnych firm, co do których strona czeska ma zastrzeżenia” — odpisała nam Małgorzata Książyk z biura prasowego resortu.

Lista nieprawidłowości

Przykładów takich firm jest sporo. Czeska Státní zemědělská a potravinářská inspekce (SZPI), czyli odpowiednik naszej Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, co kilka tygodni zgłasza takie przypadki. W zeszłym tygodniu zakwestionowała, jako szkodliwe dla alergików, sprzedawane w sieci Kaufland polskie herbatniki z kawałkami czekolady i rodzynkami. Miały zawierać ponad 100 razy więcej orzeszków ziemnych, niż można uznać za „śladowe ilości” opisane na etykiecie. Dwa tygodnie wcześniej okazało się, że w tej samej sieci sprzedawana jest szynka z Wielkopolskich Zakładów Mięsnych Agrico, która zawiera znacznie mniej mięsa, niż wynika z opisu na opakowaniu. Kilka dni wcześniej SZPI znalazła w sieci Ahold skażone polskie jabłka, w których norma zawartości pestycydów była 20-krotnie przekroczona. W lutym z podobnych powodów kontrolerzy zakwestionowali polskie jabłka sprzedawane w sieci MC&C.Podobnych przypadków było znacznie więcej. Tylko w 2017 r. SZPI siedem razy znajdowała pestycydy w sprowadzonych zza granicy jabłkach, aż sześciokrotnie w tych z Polski. Miesiąc temu inspekcja zakwestionowała orzeszki ziemne z wasabi z firmy Aksam z Osieka. Faktyczny skład produktu nie odpowiadał informacji na etykiecie. W kwietniu na celowniku SZPI znalazła się firma Pamapol z miejscowości Rusiec. Kilka gatunków jej wędlin marki Pikok, które oferowano w sklepach Lidl, miało zawierać nawet o 25 proc. mniej mięsa, niż opisano na etykiecie. Pamapol okazał się recydywistą, bo już wcześniej jego wędliny w Czechach nie spełniały norm.

Kruczki prawne

Zapytaliśmy stronę czeską, w jakim trybie miałaby wprowadzić zakaz, o którym Miroslav Toman mówił w Brukseli. Václav Tampír, szef biura prasowego resortu rolnictwa, wymienia m.in. rozporządzenie o instytucjach kontrolnych oraz ustawy o SZPI i żywności. „Nie chodzi jedynie o to, by Czechy miały większe państwowe kompetencje, ale o to, żeby wszystkie kraje mogły w większym stopniu decydować, jak będą wspierać np. młodych rolników, mniejsze i większe gospodarstwa rolne. Chodzi o to, aby w większym stopniu odpowiadało to lokalnej specyfice, która jest inna w każdym kraju” — wyjaśnił w mailu Václav Tampír. Nasze ministerstwo nie odniosło się do kwestii ewentualnych sankcji, jakie na poszczególne polskie firmy miałyby nałożyć czeskie władze. Zapewniło tylko, że dąży do tego, by „wyeliminować z rynku nieuczciwych producentów, którzy szkodzą wizerunkowi polskiej żywności”.

— Takie zapowiedzi oceniałbym jako element prowadzonej w Czechach populistycznej polityki — komentuje Marek Przeździak, prezes Stowarzyszenia Polskich Producentów Wyrobów Czekoladowych i Cukierniczych.

Zaznacza, że jego branża różne sprawy z przeszłości już sobie z Czechami wyjaśniła.

— Przyzwyczailiśmy się, że co jakiś czas odbywają się takie nagonki. Ostatnio producenci nie sygnalizowali jednak, żeby coś poważnego znowu zaczynało się dziać — twierdzi Marek Przeździak.

O szeroko zakrojonej akcji czeskich służb, które weryfikują jakość żywności pochodzącej z Polski, wspomina jeden z polskich przedsiębiorców ukarany przez Czechów.

— Czasami stosują metodologię niezatwierdzoną przez żadne niezależne ośrodki — wyjaśnia nasz rozmówca.

Pamapol, którego produkty kilka razy zakwestionowała SZPI, zapewnia, że dotrzymuje wszelkich europejskich standardów. Ponieważ Czechy są dla firmy istotnym rynkiem i chce ona nadal eksportować tam swoje produkty, będzie się starać spełniać europejskie i krajowe wymagania. Firma podkreśla, że europejski rynek handlowy działa w otwartej formule. Zwraca na to uwagę również inny ukarany biznesmen.

— Trudno sobie wyobrazić, aby jeden kraj wprowadził tego typu restrykcje wobec firm z innego. To byłoby sprzeczne z prawem — mam nadzieję, że do tego nie dojdzie — mówi nasz rozmówca.

 

 

Zagraniczne kontra lokalne

O żywności — także sprowadzanej z zagranicy — mówił w zeszłym tygodniu w parlamencie premier Andrej Babiš, ubiegając się o wotum zaufania dla swojego gabinetu.

— Należy się zastanowić, czy instytucje publiczne, szkoły i szpitale nie powinny, co do zasady, korzystać przede wszystkim z żywności z regionu, od mniejszych lokalnych producentów. Nie możemy też tolerować tego, że w sieciach handlowych oferowane są produkty, zwłaszcza artykuły spożywcze, po zaniżonych cenach, co poważnie zagraża krajowym producentomżywności — stwierdził w exposé szef rządu.

Przypomnijmy, że Andrej Babiš to numer 2 na liście najbogatszych obywateli Czech (jego majątek szacuje się na 3,4 mld USD). Jest założycielem chemiczno-agrarno-spożywczego holdingu Agrofert, trzeciej co do wielkości czeskiej grupy kapitałowej. W 2017 r. jej przychody wyniosły 155,3 mld CZK, czyli ok. 25 mld zł. Do firmy, zatrudniającej33 tys. osób, należy ponad 100 tys. hektarów użytków rolnych i dziesiątki fabryk, także spożywczych.

Do zeszłego roku Andrej Babiš był jedynym akcjonariuszem Agroferu, ale w związku z nowelizacją przepisów dotyczących konfliktu interesów przeniósł własność na dwa założone przez siebie fundusze powiernicze AB private trust I i AB private trust II. Ich zarządzającymi są członkowie zarządu koncernu — Zbyněk Průša i Alexej Bílek. Kiedy Andrej Babiš przestanie pełnić funkcje publiczne (jest nie tylko premierem, ale także parlamentarzystą), fundusze mają mu zwrócić koncern. Agrofert jest członkiem Izby Przemysłu Spożywczego i Izby Rolniczej, których szefem (odpowiednio: w latach 2007-13 i 2014-17) był Miroslav Toman, obecnie minister rolnictwa.

Czeski smak

Na początku czerwca czeskie media opublikowały wyniki ankiety dotyczącej gustów kulinarnych Polaków, Czechów i Słowaków (przebadano 2,4 tys. osób, po 800 z każdego z państw). Okazało się, że podczas gdy my uważamy polskie produkty za dobre (średnia ocena 2,3 pkt. w skali 5-1, gdzie 1 to nota najwyższa), w opinii naszych południowych sąsiadów są one niskiej jakości. Najgorzej ocenili polskie wyroby mięsne, którym przyznali 3,6 pkt., i jajka – 3,4 pkt. Mieszkańcy wszystkich trzech krajów za najlepsze uznali wyroby z Niemiec.

Media i prawo

Walka Czechów z polską żywnością to temat nie na zwykły serial, ale prawdziwy brazylijski tasiemiec. Liczne próby ukrócenia rosnącego eksportu Czesi zawsze usprawiedliwiali tym, że chcą jedynie żywności o jak najwyższej jakości, a polska tego standardu nie spełnia. Gazeta związana z Andrejem Babišem, miliarderem, ówczesnym ministrem finansów, a obecnie premierem, wprost tłumaczyła czytelnikom, że nie uświadczą jakościowej polskiej żywności, bo do Czech taka nie dociera, a sieci handlowe zamawiają produkty u małych producentów, niepodlegających kontrolom.

Zbyněk Semerád, jako szef Czeskiej Państwowej Inspekcji Weterynaryjnej, przekonywał z kolei, że weterynarze nie wszędzie pracują tak, jak powinni (w Polsce służby weterynaryjne pilnują swojej pozycji, zamiast kontroli), a czescy nie są w stanie skontrolować całej importowanej żywności.

Niejednokrotnie Czesi próbowali też wprowadzić przepisy uderzające w naszych eksporterów, chociażby nakazując podanie ceny odsprzedaży produktu dwie doby przed wprowadzeniem go do obrotu. Inny przykład to okólnik Państwowej Inspekcji Rolnej i Żywności, z którego wynikało, że polskie towary mają być szczególnie dokładnie kontrolowane.

OKIEM BRANŻY

Bezpieczeństwo, a nie jakość

ANDRZEJ GANTNER, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności

Teoretycznie istnieje możliwość zablokowania importu od danego producenta, ale tylko wtedy, gdy istnieje zagrożenie życia i zdrowia konsumentów w danym kraju, czyli żywność jest niebezpieczna, a czynnik ryzyka dotyczy całego sytemu produkcji tego przedsiębiorstwa. Nie ma możliwości takiej blokady ze względów jakościowych, czyli umownych, bo nie ma definicji jakości w prawie unijnym. Próba wprowadzenia embarga na produkty konkretnej firmy w każdej innej sytuacji powinna zostać potraktowana jako utrudnianie handlu wspólnotowego. Ewentualne przepisy krajowe, pozwalające na takie praktyki, musiałby być notyfikowane na poziomie unijnym. Jest to jednak mało prawdopodobne, bo otworzyłoby drogę do ręcznego sterowania rynkiem UE — każdy kraj mógłby sobie wybierać, od kogo importuje, a od kogo nie, na podstawie dowolnych preferencji. Doprowadziłoby to do szybkiego rozpadu wspólnego rynku.

OKIEM EKSPERTA

Spadek, czyli… wzrost

MARIUSZ DZIWULSKI, ekspert PKO BP

Do 2015 r. eksport polskiej żywności do Czech z roku na rok wzrastał. Potem się kurczył — w 2017 r. wyniósł około 1,2 mld EUR. Spadek rok do roku o ponad 15 proc. jest wyraźny, ale nie świadczy o tym, że Czesi odwracają się od polskiej żywności. Znacząco niższa, bo o ponad 160 mln EUR, była sprzedaż zagraniczna olejów i tłuszczów, a to należy uznać za efekt zmian regulacji — uszczelnienie podatku VAT ograniczyło fikcyjny eksport. Podobnie zmniejszył się też eksport w kategorii kawa, herbata, przyprawy i kakao. Gdyby ich nie uwzględniać, sprzedaż zagraniczna zwiększyłaby się o 7 proc. Za największą jej część, bo 22 proc., odpowiadało mięso, zwłaszcza drobiowe, a następne były przetwory mleczarskie, z 14-procentowym udziałem.

 

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartłomiej Mayer, Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Czesi nie wpuszczą recydywistów