Opolska firma robi znaki drogowe tak dobrej jakości, że łaszczą się na nie wandale.
Jacek Burzyński uśmiecha się, gdy wręczam mu przyniesiony w prezencie podręczny kodeks drogowy.
— Oczywiście, że muszę znać format, kolorystykę, krój liter i cyfr na znakach, ale całego kodeksu nie muszę znać na pamięć — zastrzega.
Wyjmuje z kąta podwójnie zaginany znak drogowy.
— Proszę przejechać palcem. Gdyby jakiś nieuważny przechodzień zderzył się z nim, nie rozetnie sobie głowy. W 1996 roku pierwsi w Polsce produkowaliśmy tak bezpieczne i trwałe znaki — chwali się Jacek Burzyński.
W 1991 r. rozstał się z państwowym Beton Stalem. Miał dwa tysiące złotych. Założył firmę. Zatrudnił dwie osoby i zaczął od czyszczenia i regeneracji znaków pionowych.
— To najgorsza praca. Kruszący lakier był we włosach, w aucie i w drugim śniadaniu. Później udało się przekonać zarządy dróg, że mogę wykonać trwałe znaki. Uwierzyli — wspomina przedsiębiorca.
Pracowali używanymi urządzeniami. Jedyne, na co mógł postawić, to solidność.
— To zaprocentowało. Zleceń przybywało, mogłem kupić lepsze maszyny, wprowadzać nowoczesne technologie, trwalsze folie odblaskowe, od których zależy bezpieczeństwo na drodze — zapewnia Jacek Burzyński.
Podczas powodzi z 1997 r. cały sprzęt znalazł się pod wodą, ale to od tego czasu do Restalu zaczęły masowo napływać zlecenia.
— Konkurencję też zalało. Stanęliśmy na uszach i uruchomiliśmy produkcję na nowo. Szansą była budowa autostrady A4. Portugalska Mota zamówiła u nas wykonanie i montaż oznakowania pionowego — wyjaśnia Jacek Burzyński.
Przejmują innych
W 1999 r. zapadła decyzja o budowie nowej siedziby firmy i hal produkcyjnych. Rok później przedsiębiorstwo przekształciło się w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Udziałowcami są: Jacek Burzyński (85 proc.) i jego syn Tomasz (15 proc.). Firma jest druga w Polsce pod względem liczby wyprodukowanych znaków (120 tys. w 2005 r.).
— Specjalizujemy się też w montażu i konserwacji oznakowania pionowego, wykonywaniu oznakowania poziomego cienkowarstwowego, montażu i remoncie barier energochłonnych i ekranów akustycznych oraz utrzymaniu zimowym dróg krajowych i autostrad — wylicza przedsiębiorca.
To ostatnie stało się możliwe dzięki przejęciu firmy Tramat.
— Przejęliśmy załogę i utrzymaliśmy w Brzegu biuro zajmujące się inżynierią ruchu na czas wykonywania prac drogowych — mówi Jacek Burzyński.
700 zł za metr
Trwałość znaku drogowego zależy od folii. Najczęściej jest to folia tzw. pierwszej i drugiej generacji o żywotności szacowanej na 10 lat.
— Mamy nowoczesną lakiernię proszkową, z huty dostajemy dobry surowiec, ale nawet kamienie nie są dla znaków tak groźne jak wandale — stwierdza przedsiębiorca.
Po każdej sobocie dziesiątki znaków tracą tarcze: są zabierane, wyginane, przestawiane. Tymczasem metr kwadratowy znaku może kosztować nawet 600-700 zł.
— Łatwo obliczyć, ile jest wart potężny znak informacyjny o powierzchni 30 mkw. Ich produkcja jest szczególnie skomplikowana, składa się je z modułów — wyjaśnia Jacek Burzyński.
Opowiada, jak niedawno na A4 koło Wrocławia podjechała pod rusztowanie ekipa przebrana za drogowców i w biały dzień zdemontowała warte wiele tysięcy złotych oznakowanie.
— Robimy je z blachy ocynkowanej, czasami z aluminium. Przetapiają je i sprzedają na złom. Problem jest też ze znakami z zasilaniem, np. baterią słoneczną. Stosujemy system zabezpieczeń, ale chyba trzeba by zacząć od świadomości ludzi. Przecież doszło do wielu wypadków, gdy zabrakło znaku — mówi przedsiębiorca.
Dobrze się ustawić
W halach produkcyjnych leżą szare niepomalowane jeszcze znaki. Dziwnie wyglądają, puste i nieme. Na stole obok — wielki foliowy zakaz ruchu. Produkcja powoli wyhamowuje, w zimie część pracowników ma wolne, wracają w marcu.
— W zimie zajmujemy się utrzymaniem dróg. Mamy trochę własnych solarek, część dzierżawimy. Chcemy też zacząć produkcję znaków na eksport, właśnie podpisaliśmy umowę z partnerem z Ukrainy — zdradza Jacek Burzyński.
Znak może zamówić każdy. Rozmawiamy o takim z wizerunkiem Gazeli Biznesu (jakieś 500 zł, tylko gdzie go postawić?).
Przed siedzibą firmy właściciel ostrzega przed zbyt szybką jazdą.
— Ostatnio dostałem tu 10 punktów — przyznaje ze skruchą.
Nie mógł zrzucić winy na to, że znak ograniczający prędkość był ustawiony w złym miejscu.



