Danie dnia: ferrari w pomidorach

opublikowano: 20-12-2017, 22:00

Kiedyś nie do przełknięcia, a dzisiaj rarytas. Specjalista RM Sotheby’s Jake Auerbach pokazuje, jak smak zmieniał się co dekadę — każdej z nich przypisując właściwe kolekcjonerskie auto

Lata 20. Rolls-Royce Silver Ghost

Wyświetl galerię [1/5]

FOT. RM SOTHEBY’S

Przebierając w grudniowym katalogu aukcji „Icons”, jako symbol lat 20. ekspert wytypował rolls-royce’a eleganckiego jak Titanic — co daje przyzwolenie na analizę akcji filmu, chociaż nie tyle scen w ładowni, co tych na paradnych schodach. Pochodzący z 1923 r. egzemplarz silver ghosta koresponduje z liniowcem właśnie wystawnością wnętrza, a najbardziej pielęgnuje tę więź jego deska rozdzielcza i jej kunsztownie wykonana intarsja. Termin pozornie obcy motoryzacji opisuje dekorację z wstawek jednego drewna w drugie, tworzących w tym przypadku eleganckie liściaste ornamenty w mahoniu. Cała ikona lat 20. wylicytowana została do 307,5 tys. USD (1 mln zł), ale — co również rodem ze statku — luksus deski rozdzielczej nie był dla ulicy, tylko na zamówienie przemysłowca, któremu w okolicznościach morskich przypadłby pewnie lepszy pokład.

Lata 30. Marmon Sixteen

Wystawiony na licytację model z 1932 r. jest jednym z ośmiu, jakie przetrwały, upamiętniając nie tylko smak epoki, ale przede wszystkim zmagania ze słynnym 16-cylindrowym widlastym silnikiem. Howard Marmon, założyciel amerykańskiej marki, rozpoczął prace nad nim w 1927 r., a więc jako pierwszy na świecie, jednak m.in. z uwagi na załamanie na giełdzie nie udało mu się ukończyć modelu Sixteen do 1931 r. W tym czasie, najnowszym typem silnika zdążył popisać się cadillac, choć nie bez czynnego udziału inżyniera, który opuścił załogę Marmona. Większym przywiązaniem wykazali się natomiast poprzedni właściciele wylicytowanego egzemplarza, bo samochód nie przechodził z rąk do rąk przez 27 lat, co po części mogło mieć wpływ na końcową stawkę 962 tys. USD (3,4 mln zł).

Lata 40. Cadillac Series 62

Samochód z prawdziwego końca klasycznej ery — wyprodukowany w 1948 r. kabriolet kosztował na grudniowej licytacji 857,5 tys. USD (3 mln zł), a zdecydował o tym w dużej mierze nieżyjący już Jacques Saoutchik. Francuska wersja jego rosyjskiego nazwiska uchodzi wśród kolekcjonerów aut za symbol ówczesnego europejskiego szyku, znajdującego ujście w ekstrawaganckich karoseriach: płynnych, wymyślnie okrąglących się liniach i kolorystyce odważniejszej niż dzisiaj. Titanic razem ze stylistyką swoich drewien zdążył już całkowicie zazielenić się na mokrym dnie, bo francuska karoseria amerykańskiego cadillaca miała być dla bogacącego się po wojnie jankesa — czarno-fioletowa, drapieżna i przede wszystkim wpisana w zachodnią manię wielkich opakowań.

Lata 50. Bentley R-Type Continental

Dokładnie to Bentley R-Type Continental Fastback Sports Saloon by Franay, jak podaje katalog, w ogonie tej długiej nazwy umieszczając autorów nadwozia. Dla inwestora wyjątkowo uwrażliwionego estetycznie kolejność może i powinna być odwrotna, jednak w tym przypadku równie uważnie co na linię, należy spojrzeć na licznik — czyli zawrotne 192 km/h na torze testowym. Mimo że prędkość tego rzędu rzadko kiedy jest zgodna z przepisami, w opisach wiekowych aut pobrzmiewa czasem pobłażanie, dlatego warto przypomnieć, że wystawiony saloon — a więc sedan — był w swoim czasie najszybszym czterodrzwiowym autem, jakie w ogóle produkowano.

Lata 60. Volkswagen Deluxe Microbus

„Hippie bus” kołysze się na rozmiękczonym od słońca asfalcie, Woodstock tętni, a Janis Joplin jeszcze nie wie, jak prędko przyjdzie jej zamknąć oczy — obły volkswagen przypominający obwoźną szklarnię jest równoprawną ikoną lat 60. o wartości nawet 207,2 tys. USD (741 tys. zł). Taką cenę osiągnął wariant najbardziej pożądany, z 23 oknami i wyposażony w takie smaczki z epoki, jak opcja płóciennego dachu chroniącego przed upałem o sugestywnej nazwie Samba. Co istotne, katalog podaje, że stan zachowania auta jest nawet lepszy niż wtedy, kiedy było nowe — a to oznacza zwykle dwie opcje: renowację wyjątkowo drobiazgową, ale poprawną, albo nadgorliwość słusznie ujętą w ironię.

Lata 70. De Tomaso Pantera L

Tym razem wszystko przywodzi na myśl Włochy, a już szczególnie buduje te pozory przynależąca do tego egzemplarza końcówka „by Ghia”. Nadwozia z Turynu, marka z Modeny, tymczasem samochód skierowany był właściwie głównie na amerykański rynek, za czym nie mógł wtedy nie stać legendarny Lee Iacocca. Jak twierdzi ekspert Jake Auerbach, na początku lat 70. był to najlepszy osiągalny sportowy samochód, a przy tym mniej uszczuplał budżet niż porównywalne lamborghini czy ferrari. W niższej cenie rozpościerał przed Amerykanami wachlarz swoich zachodnich wygód — jak klimatyzacja czy szyby chowające się bez nadwyrężania nadgarstka.

Lata 80. Lamborghini Countach

W tym przypadku mowa dokładnie o modelu z końca lat 80., a dokładnie edycji „25 Anniversary”, która błyskawicznie zbudowała dla siebie oddzielną kategorię samochodu z plakatu gładzonego tak uporczywie, że stracił formę. Jak twierdzą eksperci, motoryzacyjne marzenia skrywane w piórniku to obecnie jeden z najsmakowitszych kąsków w kontekście inwestycyjnym, bo pokolenie, które dorosło do realizacji swoich fantazji, stanowi źródło popytu, który się za długo nie waha. Countach pasował w końcu nad biurko nastolatka, chociażby stanowiskiem, że skoro wszystkie drzwi otwierają się na zewnątrz, trzeba zrobić takie, które się nastroszą i będą sterczeć w niebo.

Lata 90. Lamborghini LM002

Gdyby owadzi wygląd buntowniczego lamborghini stracił grozę i wydał się chwilowo rozczulający, czas na równie ujmujące wspomnienie lat 90. — samochód niby-wojskowy. Nie bez przyczyny producent wolał zwlekać latami do czasu, aż ośmieli go boom gospodarczy, bo model LM002 rzeczywiście opiera się na dawniejszym prototypie dla wojska, tyle tylko, że wnętrze stanowi w tym kontekście przymrużenie oka. Opony przystosowane nawet do upału pustyni, a środek jak z limuzyny, w szlachetnym drewnie i skórze tak miękkiej, że pięcioletnia renowacja auta kosztować musiała prawie 70 proc. ceny uzyskanej na aukcji, czyli 325 tys. USD (1,2 mln zł).

Milenium: Porsche Carrera GT

Jako symbol bliższych już czasów, rozchwytywany model porsche odbija też jak lustro zachowania wykształcone stosunkowo niedawno na rynku. Kiedy tylko pierwsze egzemplarze carrera GT zalśniły we fleszach, firma utonęła pod lawiną zamówień, mimo że podaż zakrojona była początkowo na 500 aut. Pod naciskiem popytu zdecydowano się ją podwoić, a ostatecznie fabrykę opuściło 1270 sztuk, z czego prawie połowa popłynęła za ocean. Co znamienne, eksperci wskazują, że spora część tej skąpej produkcji bardzo szybko przestała być widywana na drogach, bo zamiast pasjonata czerpiącego radość z jazdy na rynku dobrze poczuł się inny typ nabywcy — inwestor — który osiągi auta woli obserwować na wykresie cen.

Dzisiaj: Ferrari F12tdf

Na księgarnianych półkach „Delfin w malinach”, mający uchwycić lokalne obyczaje ostatniej dekady, tymczasem rynek kolekcjonerskich samochodów proponuje w tym charakterze najnowszą powtórkę z F12 Berlinetty. Model F12tdf ma być jej najszybszą wersją, przy czym prędkość odnosi się również do wkraczania na półkę motoryzacyjnych legend mimo całkowitego braku historii. Samochód wyprodukowany w ubiegłym roku już dzisiaj uznawany jest za wysoce kolekcjonerski, szczególnie jeśli jest w nim coś, co uprawnia do użycia słowa „unikat”. W przypadku egzemplarza wylicytowanego powyżej 1,1 mln USD (3,9 mln zł) jest to kolor: rosso dino, między czerwonym a pomarańczowym, czyli niedojrzale pomidorowy. Tapicerka unikatu równie wystrzałowa — canna di fucile, a więc nie fotele czarne po prostu, tylko czarne bezwzględnie jak „beczka prochu”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Danie dnia: ferrari w pomidorach