Demokracja też może walić pałą

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2014-01-23 00:00

Komentarzowi bezpośrednio po plajcie szczytu partnerstwa wschodniego Unii Europejskiej w Wilnie (28-29 listopada 2013) nadałem tytuł przypomniany poniżej.

Wyrażał on resztki naiwnej nadziei, ale szczerze mówiąc — sam nie wierzyłem. Wywołane odwrotem Ukrainy od umowy stowarzyszeniowej z UE demonstracje na kijowskim Majdanie Niepodległości wyciszyły się w okresie świątecznym, ale odżyły i wczoraj przekroczyły cywilizacyjną granicę tragicznymi starciami, już z ofiarami śmiertelnymi. W krótkim okresie spokoju władze nakręciły spiralę konfliktu zmianami przepisów, zbliżającymi Ukrainę do standardów Białorusi i Rosji — od których siostrzyca Polski z czasów organizacji EURO 2012 jednak się odróżniała.

Zdalnym triumfatorem dramatu pozostaje rosyjski car Władimir Putin. W listopadzie całkiem realnym szantażem gospodarczym wobec ukraińskiego władcy Wiktora Janukowycza zablokował podpisanie przez niego umowy z UE. Ale postępująca od szczytu w Wilnie chwiejność tronu w Kijowie jest Kremlowi oczywiście na rękę. Im więcej chaosu, tym lepiej. A erozja ukraińskiego państwa z dnia na dzień przyspiesza. Majdan zjednoczony jest żądzą obalenia prezydenta, ale absolutnie nie ma zgody co do jego następcy. Spontanicznie ukształtowany triumwirat przywódców opozycyjnych partii — Witalij Kliczko, Arseniusz Jaceniuk i Oleg Tiahnybok — natychmiast po hipotetycznej rezygnacji Wiktora Janukowycza starłby się wewnętrznie jak oba triumwiraty w starożytnym Rzymie. Trudno wszak zapomnieć o klęsce pomarańczowej rewolucji, którą zniszczyła wojna podjazdowa między premier Julią Tymoszenko a prezydentem Wiktorem Juszczenką.

Bezwzględnie potępiając brutalność władzy wobec demonstrantów, wypada jednak przypomnieć, że ma ona w pełni demokratyczny mandat. O wynikach wyborów decydują przecież głosy nie tylko z serca Kijowa i innych wielkich miast, lecz ich suma z całej Ukrainy. Również ze zniszczonych zagłębi przemysłowych blisko granicy z Rosją oraz dramatycznie biednych chutorów, których mieszkańcom skok na głowę do unijnej wody kojarzy się tylko z ogromną podwyżką cen i zamarzaniem w zimie.

Niestety, w ukraińskim konflikcie zupełnie nie może się odnaleźć Unia Europejska. Przyjęty z inicjatywy Polski, wspartej przez Szwecję, program partnerstwa wschodniego na razie jest tylko opakowaniem zastępczym. To nie poczekalnia dla przyszłych państw członkowskich. Gotowa do podpisu umowa stowarzyszeniowa UE z Ukrainą nie zawiera kluczowego zdania traktatowego, że wszystkie europejskie narody mają prawo ubiegać się o przystąpienie do wspólnoty. Układ stowarzyszeniowy Polski z 1991 r. od razu zawierał stanowczy zapis, że umowa, tak naprawdę głównie handlowa, jest dopiero środkiem na drodze do pełnego członkostwa. Zdecydowana większość demonstrujących w Kijowie o tej subtelnej różnicy nie ma pojęcia.