Detoks

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2016-10-27 22:00

Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. I choć do wszystkiego można się przyzwyczaić, strasznie nie lubimy się odzwyczajać. A właśnie trzeba będzie. Czym prędzej ruszam na odwyk.

Remont miałem w mieszkaniu. Mieszkanie małe, kuchnia ciemna. Włącznik światła tuż za futryną. Wystarczyło przekroczyć próg, sięgnąć prawą dłonią i już. Światłość. Robiłem to setki, może tysiące razy. I zrobiłem po raz iluśtysięczny pierwszy podczas remontu. To wystarczyło.

Do dziś na samą myśl o prądzie widzę Andromedę. Ale nie córkę Kefeusa, tylko gwiazdozbiór. A może jedno i drugie? Okazało się, że w miejscu gdzie ileś tysięcy razy włącznik był, teraz są tylko kable. Pan, który podjął się remontu, zdemontował włącznik. Trzepnęło mną zdrowo. Leżałem sobie potem na podłodze i podziwiałem uroki Andromedy. Obu Andromed. I co? Nauczyło mnie to czegoś? Skąd! Następnego dnia znowu zafundowałem sobie darmowe planetarium. Siła przyzwyczajenia za nic ma ból i swąd palonej skóry. A potem jeszcze raz, tego samego dnia. I pewnie podłączałbym się do tego prądu jeszcze kilka razy, gdyby w końcu włącznik nie wrócił tam, gdzie być powinien.

Odzwyczajanie

Z przyzwyczajeniami walczymy codziennie. Choć tak naprawdę trudno obcowanie z nimi nazwać walką. Są doskonałym wzmacniaczem używek. Czasem synonimem uzależnienia albo wręcz esencją dobrego humoru. Jak tylko coś nie idzie tak, jak się do tego przyzwyczailiśmy, od razu pojawiają się złość, frustracja czy coś jeszcze gorszego. Prawdę mówiąc, przyzwyczajenie to potwór. Potwór, który pożera wszystko. Albo razi prądem i każe gwiazdy podziwiać. Ponieważ przyzwyczaiłem się do kilku różnych zjawisk, teraz mam problem. Poważny i — nomen omen — elektryczny.

Wizyta na tegorocznej wystawie motoryzacyjnej w Paryżu nie pozostawiła złudzeń. Choć próbowałem oglądać nowości przez palce, choć ostentacyjnie odwracałem głowę lub usiłowałem nie słyszeć (wiecie, metoda z palcami w uszach i śpiewanie: „nic nie słyszę, lalalalala, nic nie słyszę”), nic to nie dało.

Zgodnie z zasadą, że niedostrzeganie problemu nie powoduje jego dezintegracji. Co to za problem? Elektryczne samochody. Dlaczego śpiewam z palcami w uszach? Bo jestem przyzwyczajony do spalinowych. Plujących CO 2 i budzących rykiem wszystkich sąsiadów. Każde przekręcenie kluczyka musi (tak każe przyzwyczajenie) kończyć się bruum! A nie… niczym.

Zupełnie, jakbym wpakował paluchy w tamto gniazdko na kuchennej ścianie. I to po raz kolejny. Tymczasem… Tymczasem teraz jestem przynajmniej trzy razy starszy niż wtedy, gdy przyzwyczajenie fundowało mi randkę z Andromedą. I teraz chcę (i poniekąd muszę) zacząć się odzwyczajać.

Od zapachu etyliny, gorącego oleju silnikowego. Od subtelnej woni spalin pełnej aromatów tlenków wszelakich i dwutlenków najróżniejszych, od symfonii dźwięków, rasowych pomruków czy nawet zupełnie tendencyjnych warkotów. Wreszcie od wibracji przenoszonych przez spalinowy silnik na konstrukcję auta, od dzikości boksera, skłonności do przechyleń V8 czy wzdłużnych rezonansów rzędowych czwórek lub szóstek. Co więcej, nawet od rozmerdania trzycylindrowych maluchów.

Dlaczego? Bo spalinowe auta odchodzą w zapomnienie. I nie, nie przesadzam, bo choć pewnie przed nimi jeszcze kilkanaście lat, ja już dziś wolę się odzwyczajać. I odzwyczajając, zastanawiać, jak będę się bawił samochodzikami z wnukiem. Bo przecież nie „brum, brum”…

Elektrowarunek

To, że spod masek samochodów znikną benzynowe i wysokoprężne agregaty, jest pewne. Dlaczego? A chociażby dlatego, by uzasadnić miliardy wydane na rozwój samochodów na baterie. Auta na prąd (lub też na prąd) mają już prawie wszyscy wielcy gracze. Prognozują, że szala sprzedaży zacznie się przechylać w stronę gniazdek z prądem już za 10, najdalej za 15 lat.

Nie oznacza to, że spalinowce znikną, ale oznacza, że czas zacząć się odzwyczajać, by nie cierpieć za bardzo, kiedy przyjdzie czas pożegnania. Ale jak się odzwyczaić od dźwięków, zapachów i drgań? Jak przestać zwracać uwagę na cechy aut, do których jesteś przyzwyczajony tak jak do włącznika światła w konkretnym miejscu?

O tym, że porażenie (nawet trzykrotne) nie jest skuteczne, wiem od lat. To może spróbować polubić? Próbuję. Zacząłem dawno temu od Peugeota iOn. Brzydki był jak dziobak na kacu. Ale całkiem niegroźny. Wtedy był tylko ciekawostką i jako taka mi się podobał. Potem w moich rękach pojawiły się kolejne tego typu auta — Tesla, Chevrolet Volt i BMW i3. Nie powiem, podobało mi się. BMW i3 nawet wpisałem na swoją osobistą listę, opatrzoną tytułem „chcę to”.

Ale wystarczyło, że przekręciłem kluczyk w stacyjce swojego Subaru, by pojawił się ten uśmiech, o który chodzi. „Jak to?” — zapytacie — „BMW i3 wisi na liście chcę to, a teraz jakieś tęskne pieśni za odchodzącymi powoli spalinowcami?”. Tak. Uwielbiam elektryczne samochody, ale jako uzupełnienie motoryzacyjnych doznań, a nie ich pień. I liście. I wszystko inne.

Pokolenie E

Stoję jak wmurowany. Od kilku minut. Wlepiam oczy w pojazd przyszłości. Przecieram uszy ze zdziwienia, bo słyszę, że bardzo niedalekiej. W zasadzie już za chwilę. Za chwilę do Mercedesa (jednej z najbardziej „spalinowych” marek świata) dołączy EQ. Marka nowa. Zapowiada ją pojazd Generation EQ.

To już nie jest samochód, to platforma, po której Mercedesy zaczną podróżować ze świata spalinowego do elektrycznego. I choć ten tekst nie jest podsumowaniem targów motoryzacyjnych w Paryżu, to niewątpliwie stoją one autami elektrycznymi. Takimi jak EQ. I to Paryż jest miejscem, w którym zdałem sobie sprawę, że elektryczne pojazdy nie są już uzupełnieniem rynku.

Stały się następcą tronu. Z ogromnym parciem na koronę. Oto koncern (mowa o Daimlerze), który dotychczas raczej się przyglądał elektrykom, ogłasza wszem i wobec, że idzie w takie właśnie rozwiązania. Coś tam dodali, że diesel jeszcze długo, i że to nie żadna rewolucja, by zakończyć wystąpienie słowami: „przyszłość to pojazdy na prąd”. A jeśli dodać do tego podobne proroctwa, płynące z innych światowych koncernów, jak nic trzeba się żegnać. I witać zarazem.

Umarł król, niech żyje król

Generation EQ to całkiem nowa historia. Bardzo futurystyczna. Wersja produkcyjna ma wyglądać niemal identycznie jak koncept, który widzicie na zdjęciach. Będzie w pewnych szczegółach zmieniona (np. lusterka boczne), wszędzie ekrany (ten w środku ma 24 cale!). Poza kilkoma przełącznikami i przyciskami wszystko ma być obsługiwane dotykiem.

Mercedes Generation EQ ma też być skomunikowany z innymi pojazdami. Idea ta oznacza, że auto będzie przesyłało pewne informacje na temat aktualnej sytuacji na drodze do centralnej bazy danych, z której inne samochody mogą je pobrać. Ma być autonomiczny (bardziej niż dzisiejsze auta), ale ma też być (i jest) elektryczny. Wyłącznie. Dwa silniki na prąd napędzające wszystkie koła mają oferować maksymalnie 300 kW mocy (około 408 KM), 700 Nm, co ma w efekcie dać przyspieszenie do 100 km/h poniżej pięciu sekund. Pojemność baterii ma wynosić 70 kWh, co pozwoli na maksymalny zasięg do 500 km.

Te parametry wyraźnie wskazują, że Generation EQ nada się nie tylko do miasta, ale także pozwoli przejechać całkiem spory odcinek w trasie. Na koniec najważniejsze — Generation EQ to jedynie przykład auta zbudowanego na tej platformie.

Możemy się spodziewać, że tym razem Mercedes bardzo poważnie podszedł do tematu elektrycznych samochodów. To i wiele innych elektrycznych aut zaprezentowanych na tegorocznych targach w Paryżu świadczy też o tym, że stoimy przed historyczną zmianą: auta napędzane tradycyjnym silnikiem spalinowym będą miały coraz mniejszy udział w rynku. Ruchy w tym kierunku obserwowaliśmy już od jakiegoś czasu, ale wydaje się, że właśnie dziś wrzucono kolejny bieg.

Pean z wyborem (jeszcze)

Dziś światowa sprzedaż aut na prąd nie przekracza 1 proc. Ale ogromne inwestycje Daimlera w ten kierunek nie tyle podgrzeją rozwój tej tendencji, ile rozpędzą ją tak, jak bobsleiści rozpędzają swoje sanki (to się nazywa sanki?). Potem będzie już tylko szybciej i szybciej. Czy to dobrze, czy źle, zależy pewnie od podejścia każdego z was. Podobnie jak ocena wyglądu tego samochodu. Koncepcja auta na prąd podobała mi się, dopóki nie zagroziła moim przyzwyczajeniom. Tak jak lubię zakończyć dzień w swoim fotelu we własnym mieszkaniu, tak lubię dźwięk i zapach silnika spalinowego. Tego koncerny jakoś nie biorą pod uwagę. I choć Mercedes — przynajmniej na razie — rozwija różne gałęzie i pozostawia mi wybór, nie mogę sobie wyobrazić motoświata na prąd. Ale powoli trzeba zacząć się przyzwyczajać. Szok będzie mniejszy. &

Ile z portfela.

Cena aut elektrycznych jest wysoka, a elektrycznych premium — bardzo wysoka. Tymczasem produkcyjna wersja EQ Generation ma kosztować nieco ponad 200 tys. zł.