Półroczne dane GUS potwierdzają wyraźne ożywienie w polskiej gospodarce. Od decyzji polityków zależy, czy będzie ono miało charakter długotrwały czy też w przyszłym roku wygaśnie. Największym zagrożeniem jest nierównowaga finansów publicznych. Jeżeli nie zmniejszymy kosztów obsługi zadłużenia, to może nie spotka nas kryzys argentyński, ale wzrost gospodarczy zahamuje do 2-3 proc., co w polskich warunkach oznacza stagnację.
Wzrost zatrudnienia będzie miał charakter bardzo powolny, ponieważ wydajność w polskich firmach jest średnio 2,5 razy niższa niż w Unii Europejskiej — poza sektorami wysokich technologii, nastawionymi na eksport. Aby poprawiła się sytuacja na rynku pracy, wzrost produkcji musi być bardzo wyraźny. W obszarach gospodarki pozostających w rękach państwa wydajność jest tak niska, że można mówić wręcz o ukrytym tam bezrobociu. Jeszcze jednym czynnikiem niekorzystnym jest niska skłonność do zmiany miejsca pracy i zamieszkania oraz do podnoszenia kwalifikacji. Tendencją korzystną — aczkolwiek brzmi to może brutalnie — jest zmniejszenie presji płacowej w sektorze prywatnym. Od czasu, kiedy pogorszyła się koniunktura gospodarcza i osłabł złoty, koszty pracy w Polsce i u naszych sąsiadów stają się porównywalne, zatem odzyskujemy w naszym regionie konkurencyjność.
Polską gospodarkę nadal ciągnie eksport, natomiast wciąż niewielkie pozostają nakłady inwestycyjne. W wielu firmach nawet majątek istniejący nie jest wykorzystywany. Jedynie w sektorze eksporterów inwestycje wzrastają, bo tam po prostu rosnąć muszą. Nadzieja na odbudowanie popytu krajowego związana jest z poprawą konsumenckiego optymizmu, a ten z kolei — z sytuacją na rynku pracy.
JEREMI MORDASEWICZ ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych