Dom kupiony w deszczu

28-06-2018, 22:00

Zabytkowa willa Bożeny i Tomasza Jankowskich przyciąga filmowców. Pracowały tu ekipy „Cudownego lata”, „Komisarza Alexa”, „Ultravioletu”. Powstało kilka reklamówek, a młode pary robiły sobie zdjęcia. Zdaniem właścicieli, ten dom budzi pozytywne emocje.

Bożena i Tomasz Jankowscy przez trzy lata szukali swojego miejsca na Ziemi. Domu z historią i charakterem, nadającego się do zamieszkania i prowadzenia w nim firmy. Poszukiwania, które zapowiadały się jako przyjemność, okazały się gehenną — trafiali na ruiny określane jako „do niewielkiego remontu”. Pewnej listopadowej niedzieli 2006 r. odwiedzili willę przy ulicy Okulickiego-Niedźwiadka w Łodzi. Po obejrzeniu domu, gdy odjeżdżali w siąpiącym kapuśniaczku, Bożena Jankowska rozpłakała się i powiedziała: „Nie wiem, za co, nie wiem, jak, ale ten dom musi być nasz!”. W końcu znaleźli miejsce, które stało się ich domem, siedzibą firmy i… pasją.

Wyświetl galerię [1/12]

Zabytkowa willa Bożeny i Tomasza Jankowskich przyciąga filmowców. Pracowały tu ekipy „Cudownego lata”, „Komisarza Alexa”, „Ultravioletu”. Powstało kilka reklamówek, a młode pary robiły sobie zdjęcia. Zdaniem właścicieli, ten dom budzi pozytywne emocje. FOT. KRZYSZTOF JARCZEWSKI

Lokalny patriotyzm

Radogoszcz, dziś dzielnica Łodzi, przed wojną była wsią pełniącą funkcję modnego letniska. Na przełomie XIX i XX w. wśród zamożnego mieszczaństwa i fabrykantów nastała moda na stawianie domów letniskowych w podłódzkich miejscowościach. Uciekali na letni wypoczynek od dymiących kominów miasta. Nawet niemieckojęzyczna gazeta „Neue Lodzer Zeitung” propagowała spędzanie wakacji na podmiejskich letniskach jako wyraz lokalnego patriotyzmu. Okazałe wille zaczęto stawiać w okolicy w latach 20. i sporo z nich przetrwało do dziś. Na Radogoszczu większość to jednak domy komunalne, obrośnięte przez przybudówki, z praniem powiewającym na sznurach rozwieszonych w wypieszczonych niegdyś ogrodach.

— Byliśmy gotowi się poddać i zrezygnować z domu marzeń, ale wtedy coś mnie tknęło. Dzień był naprawdę paskudny, na miejscu okazało się, że gospodarze dzień wcześniej zrobili imprezę, więc większości domu nie można było obejrzeć, bo jeszcze spali w nim goście. Zobaczyliśmy odpadający tynk, pozalewane ściany, leżące tu i ówdzie kupy gruzu. Dom jest piętrowy, oni używali tylko parteru, góra była odcięta od ogrzewania i wody. Coś jednak sprawiło, że poczuliśmy, iż to nasze miejsce. Byliśmy tam w niedzielę, a w środę wpłaciliśmy zaliczkę z całych naszych oszczędności — wspomina Tomasz Jankowski.

Przedwojenna historia domu nie jest znana obecnym właścicielom. Na pewno była to willa letniskowa wybudowana przez kogoś zamożnego. Podejrzewają, że mieszkał tu lekarz albo dentysta, bo gdy kopią w ogrodzie, znajdują mnóstwo charakterystycznych, szklanych butelek.

— Kiedyś wykopaliśmy stetoskop, znalazłem nawet wrośnięte w kasztan stare cęgi do wyrywania zębów. Pieczołowicie przechowujemy — także znalezione — przepiękne kafle ażurowego pieca. Może wpadniemy na pomysł, jak je wykorzystać — mówi Tomasz Jankowski.

Nieco więcej wiadomo o powojennej historii willi. Początkowo mieszkały w niej cztery rodziny, później dom, jako jedyny z ośmiu w okolicy, trafił w prywatne ręce.

— Z tego, co nam przekazali poprzedni właściciele, dom dostał niejaki Stanisław Mamiński za pomoc generałowi Michałowi Roli-Żymierskiemu. W czasie wojny działał w podziemiu i wyrobił Roli-Żymierskiemu fałszywe dokumenty. Zachowała się powojenna korespondencja na ten temat, poprzedni właściciele znaleźli ją w skrytce na strychu, razem z haftowanym złotą nicią portretem marszałka. Niestety przy wyprowadzce zabrali wszystko ze sobą, zgodzili się jedynie, byśmy zrobili kopie — opowiada Bożena Jankowska.

Jej mąż przypomina, że podczas remontu odkryli pustą skrytkę w łazience.

— Myślę jednak, że przed nami jest jeszcze wiele tajemnic do odkrycia. Gdziekolwiek zaczynamy kopać, tam znajdujemy coś ciekawego. Dlatego tak chętnie sadzę rośliny, choć moje pojęcie o ogrodnictwie początkowo było marne… — przyznaje Tomasz Jankowski.

Firmy familijne

Rodzina w życiu Bożeny i Tomasza Jankowskich to coś więcej niż grupa ludzi połączonych więzami krwi. Przedsiębiorstwo, w którym działają, jest firmą o rodzinnych korzeniach, kolejna firma rodzinna remontowała dom, który stał się też miejscem spotkań i zlotów familijnych.

— Zaczęliśmy racjonalnie, od przygotowania części biurowej oddzielonej od mieszkalnej. Gdy skończyliśmy, wzięliśmy się za dom. W rodzinie jest firma budowlana Zdzisława Jankowskiego, GTA Zakład Remontowo-Budowlany, którą tworzy czterech fachowców starej daty. Pracują wolno, co na początku bardzo nas irytowało, jednak technologie, którymi się posługiwali, pozwoliły np. na zbudowanie murów z cegły rozbiórkowej, które zastąpiły betonowy płot po poprzednikach. Dom jest w ewidencji zabytków, więc wszystkie elementy zewnętrzne muszą być uzgadniane z konserwatorem. Współpraca układała się znakomicie, konserwator widział, że zależy nam na utrzymaniu prawdy historycznej. Nie wszystko było możliwe — chcieliśmy uratować oryginalne, drewniane okna, ale udało się tylko z jednym. Pracowaliśmy nad nim półtora miesiąca, zdzierając warstwy starej farby. Nigdy nie chcieliśmy domu zmieniać, chcieliśmy odtworzyć stan z przeszłości, lecz z powodu braku zdjęć, planów i dokumentów musieliśmy działać instynktownie — opowiada Tomasz Jankowski.

Po trzech latach wprowadzili się do firmy, po kolejnym roku — do domu. Remont trwał jeszcze przez następny rok. Fachowcy pracowali powoli i bez komputerów, bazując na doświadczeniu, co przyniosło znakomite rezultaty.

— Proporcje motywów zdobniczych od strony ogrodu były przenoszone na front metodą skalowania na pudełku po zapałkach. Nasze konsultacje architektoniczne wyglądały tak, że Zdzisław Jankowski rano przyjeżdżał, ja wstawiałem kawę, wyrywaliśmy kartki z zeszytu i rysowaliśmy plany. To znaczy ja mówiłem, co byśmy chcieli, a on sprawdzał, czy to jest możliwe. Jest inspektorem budowlanym, technologię ma opanowaną perfekcyjnie, realizował wszelkie nasze pomysły. W tym domu pokazał swój talent, uważamy go za współautora obecnego wyglądu willi — chwali fachowca Tomasz Jankowski.

Hrabiowskie korzenie

Pochodzi z rodziny arystokratycznej, z rodu Skarbków, który posługiwał się herbem Abdank. Legenda herbowa głosi, że nazwa pochodzi od podziękowania, jakie cesarz niemiecki skierował do polskiego posła Skarbimira (Skarbka) w czasach Bolesława Krzywoustego. Władca, chcąc zaimponować Polakowi bogactwem, pokazał mu wielkie skrzynie ze złotem.

Skarbek zdjął wówczas z palca pierścień i ze słowami: „Idź złoto do złota. My, Polacy, bardziej się w żelazie kochamy i żelazem bronić będziemy” wrzucił go do cesarskiego skarbca. Zaskoczonemu cesarzowi nie pozostało nic innego, jak powiedzieć: „Habdank” — dziękuję. Słowa te stały się nowym zawołaniem rodu, którego ostatnim przedstawicielem był dziadek Tomasza Jankowskiego hrabia Teodor Jędrzejewski. W czasie powojennych prześladowań ukrywał swoje pochodzenie. Ten dom jest swego rodzaju zadośćuczynieniem za te trudne lata, którego niestety nie doczekał. Przez historyczne zawieruchy ze starannie przechowywanych pamiątek rodzinnych zostało niewiele, ale sympatia do przedmiotów z historią pozostała.

— Wyszukane starannie meble kupiliśmy w internecie i sklepach z antykami. Robiliśmy też zamówienia w pobliskim antykwariacie Lamus, którego właścicielka, podróżując po Polsce, wynajdywała perełki, np. kamienna kolumna stojąca w ogrodzie jest pozostałością jakiegoś ogrodzenia. Dom, w którym mieszkaliśmy wcześniej, również był wyposażony w stare meble. Podczas remontu jeździliśmy po Łodzi i kupowaliśmy przedmioty, które naszym zadaniem pasowały do wnętrza, ale prosiliśmy o ich przechowanie do ukończenia remontu. Kiedy przyszło do przewożenia, okazało się, że mamy problem: otóż wiedzieliśmy, że coś kupiliśmy, ale nie pamiętaliśmy, w którym sklepie... Buszowaliśmy więc po magazynach, żeby zobaczyć, co jest nasze — wspomina Bożena Jankowska.

Przy remoncie podzielili się kompetencjami — Tomasz Jankowski zajął się budową, jego żona — ogrodem i aranżacją wnętrz. Teraz ogród to jej chluba, a nie jest łatwy do zagospodarowania. Dom stoi wśród dającego dużo cienia starodrzewia i resztek wiekowego sadu. Priorytetem właścicieli było zachowanie drzew, więc nasadzenia i zagospodarowanie terenu dopasowali do nich. Każdą roślinę wybierali sami i sadzili własnymi rękoma.

— Początkowo nie mieliśmy wprawy, nie wszystko się przyjmowało, a jeden z krzewów został posadzony korzeniami do góry... — przyznaje Tomasz Jankowski.

Remont pochłonął dużo pieniędzy.

— Szczerze mówiąc, mieliśmy wtedy wiele szczęścia. Trafiliśmy na korzystne dla nas zmiany cen nieruchomości. Poprzedni dom kupiliśmy tanio, a sprzedaliśmy z dużym zyskiem. Zainwestowaliśmy kiedyś niewielką kwotę w działkę, którą sprzedaliśmy z sześciokrotnym zyskiem. Do tego doszedł dobry okres w firmie — wyjaśnia Tomasz Jankowski.

Firmę, z którą współpracują od 21 lat, założył w Poznaniu Edmund Gajowy, teść siostry Tomasza Jankowskiego. Do 1996 r. firma Hit zajmowała się uzdatnianiem wody. Tak dobrze funkcjonowała, że zainteresowała inwestorów z Francji i przekształciła się w spółkę joint venture Epuro Polska. Tomasz Jankowski rozpoczął z nią współpracę w 1997 r., tworząc oddział w Łodzi. W 2006 r. amerykański koncern, którego częścią jest firma Eco Water, wykupił spółkę. W 2010 r. podjęto decyzję o jej podziale na dwie — jedną zajmującą się systemami dla domów i drugą — dla przemysłu. Tomasz Jankowski, członek zarządu Epuro Polska Industrial Water, odpowiada za sprzedaż urządzeń dla przemysłu. Natomiast jego żona prowadzi firmę TBT, autoryzowanego przedstawiciela Epuro. Zmiany własnościowe wpłynęły na dynamiczny rozwój firmy akurat w czasie, który zbiegł się z remontem domu. Odrestaurowany, wyróżnia się spośród ośmiu przedwojennych willi w sąsiedztwie. Pozostałe to budynki komunalne, stopniowo niszczejące, straszące wybitymi szybami…

— Staramy się zarazić sąsiadów chęcią zadbania o te staruszki. Powolutku chyba się to udaje, zaczęli częściej sprzątać, sadzić kwiaty — uważają Jankowscy. Wcześniej, gdy to oni posadzili kilka róż, następnego dnia dwie ukradziono.

— Posadziliśmy kolejne, zaopatrzone w zaklęcia na kartkach: „Rosnę tylko przy tym domu, jeśli mnie wyrwiesz, to uschnę, ale najpierw cię ukłuję i twoja ręka uschnie, tak jak ja”. Po tym kradzieże się skończyły — śmieje się Bożena Jankowska.

Właściciele są zdania, że ich dom wyzwala pozytywne emocje.

— Często, gdy coś ci się udaje, spotykasz się z zazdrością. Nam nigdy się to nie przydarzyło. Zdarza się, że obcy ludzie zatrzymują się i komplementują to, co zrobiliśmy. Oczywiście mniej czasu i pieniędzy pochłonęłoby pewnie zbudowanie domu od zera niż przywracanie mu urody sprzed 100 lat. Uważamy jednak, że warto było, a gdyby pozostałe domy też dostały taką szansę, to mogłaby to być jedna z najpiękniejszych ulic w Łodzi — konkluduje Tomasz Jankowski. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: EWA TYSZKO

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Dom kupiony w deszczu