W maju obchodzimy Europejski Miesiąc Różnorodności. Podobnych inicjatyw w zachodnim świecie jest coraz więcej. Włączają się w nie państwa, organizacje międzynarodowe, fundacje, uniwersytety i wielkie firmy. Trudno się temu dziwić. Sama idea wydaje się rozsądna. Ludzie różnią się między sobą pod wieloma względami, a różnice nie muszą być przeszkodą. Mogą być wartością.
I właśnie dlatego cały problem jest tak trudny do zauważenia. Bo kłopot nie zaczyna się od samej różnorodności. Zaczyna się wtedy, gdy część jej promotorów uznaje, że tylko niektóre poglądy, style życia i tożsamości zasługują na ochronę, a inne należy poprawiać, osłabiać albo spychać na margines.
Pluralizm czy selekcja
Normalny człowiek rozumie, że świat nie składa się z identycznych osób. Jedni wierzą w Boga, drudzy odrzucają religię. Niektórzy żyją tradycyjnie, inni bardziej postępowo. Demokracja powstała właśnie po to, żebyśmy mogli żyć obok siebie, zamiast skakać sobie do gardeł.
Nowy kult różnorodności nie uznaje jednak takiego współistnienia. Chce nas wychowywać. Ustawiać. Dzielić na dobrych i złych. Jeśli masz odpowiednią flagę, poprawny język i słuszne poglądy, jesteś nowoczesny. Jeżeli myślisz inaczej, stajesz się problemem. To już nie jest pluralizm, lecz selekcja.
Cenzura (nie tylko) na miękko
Zaczęliśmy ważyć każde słowo. Czyżbyśmy stali się bardziej uprzejmi? Bynajmniej. Po prostu ogarnia nas strach. Tak rodzi się nowa cenzura. Czasem miękka, czasem całkiem twarda. Raz dotyka po cichu — algorytm obcina zasięg, platforma blokuje konto, redakcja woli nie ryzykować. Innym razem uderza jawnie — utratą pracy, ostracyzmem, procesem, a czasem nawet więzieniem za rzekomą mowę nienawiści.
Nikt nie musi oficjalnie ograniczać wolności słowa. Wystarczy, że jednostka zrozumie, czego lepiej nie mówić. Jakich pytań nie zadawać. Jakich wątpliwości nie formułować. To osobliwe, bo ruch, który miał bronić różnorodności, coraz częściej narzuca jednorodność poglądów.
Uniwersytet jednej wrażliwości
Na uniwersytetach widać to najlepiej. Profesorowie zachęcają studentów do otwartości umysłu, tymczasem całe wydziały myślą niemal tak samo. Badanie Mitchella Langberta z 2016 r. pokazało skalę tego zjawiska w Stanach Zjednoczonych. Na wielu prestiżowych uczelniach przewaga demokratów nad republikanami była ogromna: wśród historyków — trzydziestu kilku do jednego, wśród psychologów i przedstawicieli mediów — kilkunastu do jednego.
Można by oczekiwać zdrowej równowagi, a przynajmniej zwykłej przewagi jednej strony. Zamiast tego coraz częściej widać dominację jednego sposobu patrzenia na świat. W gruncie rzeczy to uniformizacja zdobywa monopol. Dobrze ujął to Thomas Sowell, jeden z najwybitniejszych amerykańskich ekonomistów: „Kiedy następnym razem jakiś akademik ci powie, że różnorodność jest ważna, spytaj go, ilu republikanów jest na wydziale socjologii”.
Można by oczekiwać równowagi albo przynajmniej nieznacznej przewagi jednej strony. Tymczasem coraz częściej widać coś innego — dominację progresywnego spojrzenia na świat. Czy to znaczy, że konserwatyści nie spełniają wysokich standardów merytorycznych na kierunkach społecznych i humanistycznych? Nie.
Możliwe są dwa wyjaśnienia. Pierwsze — osoby o poglądach prawicowych częściej wybierają nauki ścisłe. Wolą równania, które da się sprawdzić, i teorie, które można zderzyć z rzeczywistością. To różni je od części środowisk liberalno-lewicowych, gdzie niektóre koncepcje pozostają bardziej interpretacją niż twardym testem empirycznym.
Po drugie — w niektórych środowiskach akademickich trudniej ostać się jednostkom myślącym inaczej niż większość. Presja bywa silna. Niewielu daje sobie z nią radę. Wyjątkiem jest Thomas Sowell. Ma ogromny dorobek naukowy i jest Afroamerykaninem, czyli należy do mniejszości, którą świat uniwersytecki chętnie wspiera. Ale on często spotyka się z ostracyzmem, ponieważ jego poglądy wykraczają poza dopuszczalny zakres debaty.
Kiedy dywersyfikacja ma sens
Gdyby chodziło tylko o akademickie gierki, można by machnąć ręką. Ale podobne mechanizmy widać także w biznesie. Menedżerowie i HR-owcy lubią powtarzać, że zróżnicowane zespoły pracują lepiej. Czy na pewno? Metaanaliza Lukasa Wallricha z brytyjskiego Uniwersytetu Birkbeck, obejmująca ponad 600 badań, pokazuje, że odmienność płci, wieku, wykształcenia czy doświadczeń może sprzyjać lepszym wynikom. Ale efekt jest bardzo słaby — tłumaczy mniej niż 1 proc. różnic w skuteczności zespołów.
Dlaczego? Bo skład grupy niczego nie załatwia. Odmienne perspektywy mogą pomagać albo przeszkadzać. Wszystko zależy od warunków. Najlepiej działają wtedy, gdy zadania są złożone, potrzebne są nowe pomysły, a odpowiedzialność i wpływ są naprawdę dzielone.
Wniosek jest prosty — zróżnicowany zespół może być wartością, ale nie zastąpi dobrego zarządzania. Najpierw liczą się zaufanie, jasne role, sens pracy, odpowiedzialność i umiejętność dowożenia zadań. Dopiero na takim fundamencie odmienność może stać się przewagą, a nie tylko modnym hasłem.
Kolejny argument: samo mieszanie składników nie tworzy jeszcze wartości. Potrzebne są reguły sensownego łączenia. Weźmy taki kulinarny przykład. Sałatka z pomidorów, mozzarelli i bazylii może być świetna, ale sałatka z pomidorów, mozzarelli i trocin nie stanie się lepsza. Będzie niejadalna.
Przez analogię — zróżnicowanie zespołu ma sens tylko wtedy, gdy różne kompetencje i perspektywy pracują na wspólny cel. Łatwo dostrzec to w piłce nożnej. Drużyna potrzebuje bramkarza, obrońców, pomocników i napastników. Każdy robi coś innego, ale wszyscy grają na jeden wynik. Liczy się rola, jakość gry i zdolność współpracy. Reszta — kolor skóry, pochodzenie czy orientacja seksualna — schodzi na dalszy plan.
Podobnie jest na budowie czy na sali operacyjnej. Sama odmienność ludzi nie tworzy jeszcze wartości. Wartością staje się dopiero wtedy, gdy łączy się z kompetencją, odpowiedzialnością i jasnym kierunkiem.
Cena wolności
Prawdziwa różnorodność jest trudna. Oznacza zgodę na obecność ludzi, których nie lubimy i z którymi się nie zgadzamy. Oznacza ryzyko konfliktu. Chaos. Tarcia. Ale właśnie to jest cena wolności. Świat sterylny ideologicznie — i traktujący diversity jak rodzaj kultu, religii — nie będzie światem różnorodnym. Będzie światem posłusznych ludzi mówiących tym samym językiem i myślących według jednej instrukcji. A to już znamy z historii.

