Pojęcie koszyka świadczeń gwarantowanych pojawiło się w Polsce kilkanaście lat temu przy pierwszych przymiarkach do reformy systemu ochrony zdrowia. Przez te kilkanaście lat koszyk nie wyszedł ze sfery dość ogólnej dyskusji. Z reguły temat ucinali politycy, wskazując, że konstytucja przewiduje powszechny dostęp do opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Na samo hasło „współpłacenie przez pacjentów” politycy dostają gęsiej skórki, i to nie dlatego że jest to językowy potworek, tylko dlatego że wymagałoby to powiedzenia elektoratowi rzeczy niepopularnych. Skutek? Przez te kilkanaście lat mimo nieustannego reformowania służby zdrowia pacjenci narzekają na obsługę i kolejki, lekarze na niskie płace, minister zdrowia na skromne środki, a część szpitali jak się zadłużała, tak się zadłuża i liczy — niebezpodstawnie — na kolejne oddłużenie.
Po niedawnych zapowiedziach ministra Zbigniewa Religi temat koszyka odżył na nowo. Przykładem wczorajsza debata z udziałem przedstawicieli Naczelnej Rady Lekarskiej i Narodowego Funduszu Zdrowia oraz organizacji skupiających pacjentów. Nie różniła się ona — jeśli wierzyć PAP — od wielu innych debat na ten temat w ostatnich kilkunastu latach. Przedstawiciele środowiska medycznego są za, bo dla nich oznacza to więcej pieniędzy. Pacjenci są wystraszeni, że nie stać ich będzie na lekarza. Resort zdrowia w debacie nie uczestniczył, co można uznać za wymowne milczenie, zwłaszcza po tym, jak premier Jarosław Kaczyński krytycznie odniósł się do koncepcji współpłacenia.
Jeżeli ministrowi Relidze nie uda się przekonać premiera do tej koncepcji, nadal będziemy skazani na utrzymywanie wygodnej politycznie fikcji bezpłatnej służby zdrowia (fikcji już założenia, bo składki na NFZ co roku rosną). Trudno oczywiście uznawać zdrowie i życie za taki sam towar, jak proszek do prania, ale odrobina zasad rynkowych wcale by służbie zdrowia nie zaszkodziła. Cóż złego byłoby w tym, gdyby dobrzy lekarze zarabiali więcej, a dobre szpitale nie byłyby skazane na wiązanie końca z końcem, ale mogłyby się pokusić nawet o inwestycje. Jeden argument wydaje się jednak nie do przecenienia — wprowadzenie dodatkowych komercyjnych ubezpieczeń zdrowotnych zmusiłoby służbę zdrowia do kontrolowania swoich kosztów — już komercyjni ubezpieczyciele zmusiliby do tego nawet najbardziej rozrzutnych dyrektorów szpitali. Takie postawienie sprawy wymaga jednak odwagi. Trzeba chociażby przyznać, że ów koszyk świadczeń gwarantowanych, aczkolwiek według konstytucji powinien zawierać wszystkie usługi medyczne, w praktyce pustoszeje z roku na rok.
Adam Sofuł