Dzisiaj rynki będą budzić się z letargu

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2003-01-02 00:00

Dzisiejszy komentarz pisany jest z powodów technicznych o 16.00 w Sylwestra, więc nie obejmuje tego, co działo się w USA, ale nie spodziewam się przełomu mimo fatalnych danych makro. Rynki rozpoczęły tydzień niewielkim „ząbkiem”, a wolumen był bardziej sensowny, ale nadal niewielki. Przy małym wzroście, tuż nad ważnym wsparciem technicznym, to nie jest dobry znak dla byków. Podaż pojawia się już na tym, niskim, poziomie i nie pozwalała na większe wzrosty. Ciężko znaleźć przyczyny inne niż technika i końcówka roku, dla których rynek wzrastał w poniedziałek. Dane makro rozczarowały, bo sprzedaż używanych domów spadła po raz pierwszy od trzech miesięcy, a gospodarka w rejonie Chicago wykazuje ożywienie, ale dużo mniejsze niż oczekiwano — na granicy stagnacji. World Semiconductor Trade Statistics poinformował, że co prawda sprzedaż układów scalonych na świecie wzrosła w porównaniu z październikiem o 1,3 proc., ale od 1990 roku średni wzrost w tym okresie wynosił dwa razy więcej. We wtorek zaś indeks zaufania konsumentów amerykańskich zamiast wzrosnąć (święta i koniec roku) spadł, i to bardzo wyraźnie. Fakt, że powodów do poprawy nastroju konsumenci nie mieli.

W geopolityce nie pojawiło się nic pocieszającego. Północna Korea ostrzegła USA, żeby nie wtrącały się do jej polityki, szczególnie jeśli chodzi o program nuklearny i stosunki z Koreą Południową. Irak oświadczył, że nie zezwoli swoim naukowcom na wyjazd z kraju w związku z przesłuchaniami przez inspektorów ONZ — to może podobno zostać potraktowane jako naruszenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa.

Lepiej wyglądał rynek towarowy, bo znacznie spadła cena ropy i złota. Jeśli chodzi o złoto, była to po prostu korekta, a ropa spadała po kolejnych zapewnieniach OPEC, że jest gotów zapełnić niedobory występujące na skutek strajku w Wenezueli. Zresztą rząd tego kraju również zapowiada zwiększenie wydobycia. Za to na rynku walutowym nadal spadała wartość dolara — inwestorzy opuszczają USA, a jak wiemy, potrzeba wpływu z zagranicy prawie 1,5 mld USD dziennie, żeby sfinansować potrzeby tego kraju.

Jest szansa, żeby dzisiaj rynki zaczęły normalny handel, ale najbardziej prawdopodobne jest, że nastąpi to dopiero w poniedziałek, a przy małych obrotach gwałtowne zmiany indeksów są niezwykle trudne do przewidzenia. Rzadziej wspomina się o efekcie stycznia, ale to nie znaczy, że szczątkowy wzrost nie wystąpi. W tej chwili moment do wywołania dwudniowych wzrostów jest bardzo dobry, ale fatalne dane makro czy nowe informacje geopolityczne mogą to powstrzymać. Jako zapowiedź wzrostu nie można jednak traktować faktu, że w poniedziałek i wtorek rynki Eurolandu (bez Niemiec we wtorek) wzrosły — za mały obrót.

Dzisiaj o 14.30 dowiemy się, jaka była ilość noworejestrowanych bezrobotnych w ostatnim tygodniu w USA. Z pewnością będą to dobre dane — tydzień świąteczny. O 16.00 rynek dostanie najważniejszy raport - o aktywności w sektorze produkcyjnym w USA w grudniu. Prognoza mówi o wzroście ISM do 50 (granica między rozwojem, a cofaniem się gospodarki). Reakcje mogą być gwałtowne. Już po naszej sesji (18.00) rynki otrzymają dane o sprzedaży samochodów w USA w grudniu. Prognoza mówi o wzroście z 5,6 mln do 5,8 mln. Gorsze dane będą przyjęte bardzo źle, bo mogą oznaczać, że PKB w czwartym kwartale było słabe.

O naszym rynku między świętami nawet nie ma co mówić. Obroty były bardzo małe — nikt na poważnie nie kupował, ale i nikt na serio nie sprzedawał. Należałoby rozpatrzyć pomysł, żeby w ogóle sesje w okresie między Bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem nie odbywały się. OFE dostały w poniedziałek i wtorek ponad 500 mln zł, wiec mają amunicję, żeby rynku bronić i mogą z nim zrobić co chcą. Najrozsądniejszy byłby dzisiaj jakiś wzrost dający inwestorom nadzieję, że będziemy mieli „efekt stycznia”. Ja na ten efekt, w poważnym wymiarze, nie liczę.