Emisje publiczne znaczą coraz więcej

Emil Szweda
opublikowano: 2017-05-07 22:00
zaktualizowano: 2017-05-07 16:18

W kwietniu obroty sesyjne na Catalyst spadły do 148,8 mln zł, a więc o 25 proc. w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku.

Był jednak taki segment rynku, na którym wartość przeprowadzonych transakcji wzrosła. Oczywiście chodzi o obligacje, emitowane na podstawie prospektów emisyjnych, które w ofertach publicznych obejmowali indywidualni inwestorzy. Jest to poniekąd zjawisko naturalne — emisji publicznych jest coraz więcej (33 oferty warte 1,5 mld zł przeprowadzono w całym 2016 r.), więc również obrót nimi rośnie. Dlaczego jednak w tym samym czasie spada obrót na całym Catalyst, którego kapitalizacja wzrosła w tym czasie o 13,2 mld zł?

Emil Szweda
Marek Wiśniewski

Cóż, argumenty są te same co zawsze. Prywatne emisje obligacji, które trafiają do portfeli inwestorów profesjonalnych, rzadko są przedmiotem transakcji. Dominuje strategia „kup i trzymaj” (do dnia wykupu lub upadłości), wcześniejsza sprzedaż obligacji wymagałaby analizy kolejnego celu inwestycyjnego, więc zdarza się rzadko — gdy cena obligacji jest naprawdę atrakcyjna, lub gdy wymaga tego wewnętrzna sytuacja funduszu. Co innego inwestorzy indywidualni.

Oni także w większości kupują obligacje długoterminowo, ale ta grupa jest liczniejsza (emisje publiczne obejmowane są przez 300-2000 inwestorów), więc także strategie bywają bardziej różnorodne. Warto przy tym pamiętać, że wartość notowanych emisji publicznych to 5,2 mld zł, a całego rynku papierów pozaskarbowych obecnych na Catalyst — 84,5 mld zł. 6 proc. rynku (8 proc., jeśli wziąć pod uwagę tylko papiery korporacyjne i bankowe) robi 25 proc. obrotów.

Nie jest to jednak cała prawda o płynności obligacji publicznych na rynku wtórnym. W niektórych przypadkach jest ona zaskakująco wysoka. W ciągu 2,5 roku właściciela zmieniło około 85 proc. dwóch wciąż notowanych emisji publicznych Echa, prawie 80 proc. pierwszej publicznej emisji obligacji Orlenu przez cztery lata jej obecności na Catalyst. Przy takich liczbach nie chodzi przecież o różnorodność strategii inwestorów indywidualnych albo o przypadki losowe, które czasem stoją za skróceniem okresu inwestycji. Tajemnica leży gdzieś głębiej i kiedyś być może wypłynie, ale nie chodzi tu zapewne o przypadki naruszenia przepisów.

Na rynku publicznym to emitenci powinni być odzierani z sekretów, inwestorzy zaś mają pełne prawo zachować je dla siebie. Roboczo możemy przyjąć, że część obligacji przewędrowała z portfeli inwestorów detalicznych do funduszy inwestycyjnych (to z pewnością prawda), a ci, którzy zdecydowali się na taką sprzedaż, składali zapewne co znaczniejsze zapisy w emisjach publicznych. Sprzedaż obligacji o 0,5 pkt. proc. drożej po kilku tygodniach od emisji może wydawać się niewielkim zarobkiem, ale gdy liczony jest on od sumy np. 10 mln zł, wygląda na łatwy zysk w krótkim czasie.