Energetycy walczą o Polskę i stanowiska

Agnieszka Berger
02-08-2001, 00:00

Energetycy walczą o Polskę i stanowiska

Nie ma wątpliwości. Obwieszczając nową wizję polskiej energetyki, Marian Miłek, wiceminister skarbu odpowiedzialny za prywatyzację branży, trafił wprost do serc wielu jej przedstawicieli. Przynajmniej tych „nie sprywatyzowanych”.

Zarządy państwowych spółek energetycznych nie od dziś wspominają o potrzebie konsolidacji. Dotychczas jednak menedżerowie — niepewni poparcia właściciela — czynili to dość nieśmiało. Publiczne wystąpienie ministra Miłka, zapowiadającego utworzenie 5-6 silnych krajowych koncernów, dodało im odwagi — „oddolnych inicjatyw” konsolidacyjnych przybywa jak grzybów po deszczu. W zasadzie wszyscy zgadzają się co do jednego: rozdrobnione krajowe firmy energetyczne są zbyt słabe, żeby w przyszłości samodzielnie radzić sobie na otwartym rynku europejskim. Tu jednak kończy się jednomyślność wszystkich zainteresowanych stron.

Liberałowie są zdania, że o wzmocnienie przedsiębiorstw najlepiej zadbają sami inwestorzy. Wystarczy dać im szansę, możliwie szybko prywatyzując energetykę. Zwolennicy takiej polityki przestrzegają również, że budowa terytorialnie zintegrowanych państwowych holdingów, w których skład miałyby wejść elektrownie i spółki dystrybucyjne, oznacza śmierć nie narodzonej jeszcze konkurencji na rynku energii. Natomiast „konserwatyści”, rekrutujący się w dużej mierze spośród zarządów państwowych spółek, uważają, że przekazanie kontroli nad krajową energetyką w ręce zachodnich koncernów branżowych stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju. Za najlepsze rozwiązanie uważają tzw. integrację pionową, „półprywatyzację” ścieżką giełdową i pozostawienie kontroli w rękach państwa. Argumentują, że zagranicznych inwestorów będzie interesował wyłącznie czysty zysk i nie w głowie będzie im dbałość o utrzymanie bezpiecznych rezerw mocy.

Rację mają po trosze obie strony. Rzeczywiście, konsolidacja dystrybutorów i producentów energii, niewątpliwie korzystna dla nich samych, niekoniecznie musi być korzystna dla rynku. Nie zależy to jednak wyłącznie od struktury własnościowej przedsiębiorstw, lecz od skuteczności instytucji powołanych do strzeżenia zasad konkurencji, a więc UOKiK oraz URE. Rzeczywiście jest mało prawdopodobne, aby inwestorzy byli zainteresowani utrzymywaniem stałych nadwyżek mocy produkcyjnych, jeśli miałaby to być działalność „non profit”. Z powodzeniem jednak można sobie wyobrazić mechanizmy ekonomiczne zachęcające ich do prowadzenia bezpiecznej, z punktu widzenia interesów Polski, polityki — jak choćby opłacanie rezerw mocy przez operatora systemu przesyłowego, który prawdopodobnie „na wieki wieków” pozostanie pod kontrolą rządu.

Przesłanki patriotyczne nie powinny być wystarczające dla powstrzymania prawdziwej prywatyzacji, bez której trudno sobie wyobrazić — w dowolnie odległej perspektywie — efektywne funkcjonowanie polskiej energetyki. Oczywiście podnoszenie efektywności przez prywatnych właścicieli będzie oznaczało redukcję przerośniętego zatrudnienia w sektorze. Ten „ludzki” argument chętnie wykorzystują „antyprywatyzatorzy”, strasząc kolejną armią bezrobotnych. Trzeba jednak pamiętać, że utrzymywanie przez konsumentów energii rzeszy nieefektywnych pracowników jest niczym innym, jak tylko zakamuflowaną formą wypłaty zasiłków i to dość pokaźnych.

Warto pamiętać, że zarządy nie sprywatyzowanych spółek walczą o swoją wizję energetyki nie tylko w imię lepiej lub gorzej pojmowanej troski o interes kraju. Na sercu leży im również, co zrozumiałe, ich własna przyszłość — pod rządami prywatnego inwestora niepewna, a na łonie państwa stabilna i dostatnia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Berger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Energetycy walczą o Polskę i stanowiska