Można było tego oczekiwać — emisja akcji Energoaparatury zakończyła się fiaskiem. Choć ofertę przeprowadzono z zachowaniem prawa poboru, to instrumenty te stały się bezwartościowe w momencie, w którym kurs walorów na rynku wtórnym spadł poniżej relatywnie wysoko ustalonej ceny emisyjnej (1,95 zł). Wczoraj akcje katowickiej firmy, świadczącej specjalistyczne usługi budowlano-montażowe, kosztowały 1,28 zł, po spadku o 5,2 proc.
Brak wpływów z emisji (szacowano je na 60 mln zł) może podciąć skrzydła
spółce, która jeszcze niedawno była w stanie upadłości. Co prawda zarząd
zapewnia, że będzie wykorzystywał inne źródła kapitału niż giełda, jak kredyty
bankowe, kupieckie czy leasing. Marne to jednak pocieszenie dla akcjonariuszy.
Po pierwsze — ze względu na zaszłości spółki i jej obecną, nadal mizerną
kondycję będzie miała niewielkie atuty w rozmowach z bankami. Po drugie —
możliwe, alternatywne finansowanie nie zaspokoi jej potrzeb. Dopiero kwota
kilkunastu milionów złotych pozwoliłaby szerzej rozwinąć skrzydła. Tymczasem ze
względu na niedostatek kapitału obrotowego firma nadal skazana będzie na
wykonywanie zleceń o wartości nieprzekraczającej 2-3 mln zł. Nawet jeśli uda się
podpisać większe umowy, warunki ich rozliczenia mogę być relatywnie mniej
korzystne, niż gdyby firma miała więcej gotówki.
Niepowodzenie oferty jest oczywiście w pierwszej kolejności konsekwencją
ogólnej sytuacji na rynkach finansowych. Ale kadra menedżerska też nie może mieć
czystego sumienia. Prawo poboru odjęto pod koniec lipca 2007 r. Pisanie
prospektu zajęło prawie trzy miesiące. Kolejne trzy trwała procedura
zatwierdzenia dokumentu przez Komisję Nadzoru Finansowego. Jej przedstawiciele
zawsze podkreślają, że wina za takie opóźnienia leży po stronie spółki. Cenę
emisyjną nowych walorów ustalono na 1,95 zł. Okazało się, że to zdecydowanie za
wysoko. Ten zbieg niefortunnych okoliczności nie przeszkodził, by Mariusz
Jabłoński, były prezes Energoaparatury, otrzymał sowite wynagrodzenie za ubiegły
rok — aż 673 tys. zł (część mogła stanowić odprawa). Na dodatek prezes objął 500
tys. akcji w ramach programu opcji menedżerskiej. Płacił po 0,20 zł za sztukę.
Wczoraj na GPW za akcje płacono 1,28 zł.
Przy okazji emisji akcji wizerunek firmy zepsuła skłonność członków rady
nadzorczej (a traczej brak skłonności) do obejmowania nowych walorów. W momencie
odjęcia prawa poboru Leszek Rejniak miał około 760 tys. akcji spółki, Adam Beza
około 80 tys., a Jacek Zatryb 7,3 tys. Tymczasem w pierwszym terminie zapisów
znaleźli się chętni na zaledwie 230 tys. akcji z 30,8 mln oferowanych. Skoro
insiderzy nie wsparli swojej firmy, dlaczego mieli to robić zwykli inwestorzy?