Energoaparatura płaci za błędy kadry

Kamil Zatoński
opublikowano: 2008-06-10 07:56

Brak wpływów z emisji akcji może podciąć firmie skrzydła, którą kieruje Tomasz Michalik.

Można było tego oczekiwać — emisja akcji Energoaparatury zakończyła się fiaskiem. Choć ofertę przeprowadzono z zachowaniem prawa poboru, to instrumenty te stały się bezwartościowe w momencie, w którym kurs walorów na rynku wtórnym spadł poniżej relatywnie wysoko ustalonej ceny emisyjnej (1,95 zł). Wczoraj akcje katowickiej firmy, świadczącej specjalistyczne usługi budowlano-montażowe, kosztowały 1,28 zł, po spadku o 5,2 proc.


Brak wpływów z emisji (szacowano je na 60 mln zł) może podciąć skrzydła spółce, która jeszcze niedawno była w stanie upadłości. Co prawda zarząd zapewnia, że będzie wykorzystywał inne źródła kapitału niż giełda, jak kredyty bankowe, kupieckie czy leasing. Marne to jednak pocieszenie dla akcjonariuszy. Po pierwsze — ze względu na zaszłości spółki i jej obecną, nadal mizerną kondycję będzie miała niewielkie atuty w rozmowach z bankami. Po drugie — możliwe, alternatywne finansowanie nie zaspokoi jej potrzeb. Dopiero kwota kilkunastu milionów złotych pozwoliłaby szerzej rozwinąć skrzydła. Tymczasem ze względu na niedostatek kapitału obrotowego firma nadal skazana będzie na wykonywanie zleceń o wartości nieprzekraczającej 2-3 mln zł. Nawet jeśli uda się podpisać większe umowy, warunki ich rozliczenia mogę być relatywnie mniej korzystne, niż gdyby firma miała więcej gotówki.


Niepowodzenie oferty jest oczywiście w pierwszej kolejności konsekwencją ogólnej sytuacji na rynkach finansowych. Ale kadra menedżerska też nie może mieć czystego sumienia. Prawo poboru odjęto pod koniec lipca 2007 r. Pisanie prospektu zajęło prawie trzy miesiące. Kolejne trzy trwała procedura zatwierdzenia dokumentu przez Komisję Nadzoru Finansowego. Jej przedstawiciele zawsze podkreślają, że wina za takie opóźnienia leży po stronie spółki. Cenę emisyjną nowych walorów ustalono na 1,95 zł. Okazało się, że to zdecydowanie za wysoko. Ten zbieg niefortunnych okoliczności nie przeszkodził, by Mariusz Jabłoński, były prezes Energoaparatury, otrzymał sowite wynagrodzenie za ubiegły rok — aż 673 tys. zł (część mogła stanowić odprawa). Na dodatek prezes objął 500 tys. akcji w ramach programu opcji menedżerskiej. Płacił po 0,20 zł za sztukę. Wczoraj na GPW za akcje płacono 1,28 zł.


Przy okazji emisji akcji wizerunek firmy zepsuła skłonność członków rady nadzorczej (a traczej brak skłonności) do obejmowania nowych walorów. W momencie odjęcia prawa poboru Leszek Rejniak miał około 760 tys. akcji spółki, Adam Beza około 80 tys., a Jacek Zatryb 7,3 tys. Tymczasem w pierwszym terminie zapisów znaleźli się chętni na zaledwie 230 tys. akcji z 30,8 mln oferowanych. Skoro insiderzy nie wsparli swojej firmy, dlaczego mieli to robić zwykli inwestorzy?