Ciągle jeszcze wyznacznikiem informatycznej nowoczesności firmy jest system klasy ERP. Tyle że już za kilka lat jego posiadanie może świadczyć o... zacofaniu.
Przez lata producenci oprogramowania biznesowego utwierdzali swych klientów, że nie ma nic lepszego niż zintegrowany pakiet wspomagający zarządzanie. Aplikacje tego typu nazwano MRP, a z czasem przemianowano na ERP i wzbogacano o coraz to nowe moduły: finansowo-księgowe, do zarządzania kadrami, produkcją, magazynem, sprzedażą itp. Coraz częściej jednak producenci software’u po opracowaniu nowego modułu nie włączają go w skład tego, co nazywają ERP, a tworzą na jego bazie nowy system z odrębną nazwą.
SOA kiełkuje powoli
Użytkownicy końcowi mogą więc budować firmowe systemy IT na podstawie produktów kilku domów software’owych. Dyskusja na temat tego, czy kupować monolityczny system u jednego producenta, czy wybierać to, co najlepsze u różnych, i łączyć następnie w całość trwała na rynku IT właściwie zawsze. Ze względów finansowych były to jednak najczęściej rozważania czysto teoretyczne.
— W latach 80. czy 90. XX wieku integracja aplikacji różnych producentów była rzeczywistym problemem — mówi Jacek Chwalisz kierujący grupą rozwiązań dla biznesu w polskim oddziale Microsoftu.
Obecnie coraz częściej firma kupująca oprogramowanie biznesowe ma rzeczywistą możliwość sklejenia swojego systemu IT z kilku najlepszych dla niej podsystemów pochodzących od kilku konkurujących ze sobą domów software’owych. Staje się tak za sprawą upowszechniania idei SOA (Services Oriented Architecture). Sprowadza się ona do tego, że wszelkie aplikacje powinny mieć możliwość komunikowania się ze światem zewnętrznym w uniwersalnym formacie.
Idea SOA zakłada możliwość integracji software’u różnych producentów, nawet na poziomie procesów biznesowych. Oznacza to, że tradycyjnie rozumiany moduł systemu ERP o jakiejkolwiek funkcjonalności mógłby być budowany na bazie wyodrębnienia dowolnych funkcji zawartych w mikrokomponentach, z których zbudowane są moduły pochodzące od różnych producentów.
— To pewna wizja, ale według mnie trudno będzie kiedykolwiek osiągnąć taki poziom integracji. Na razie doszliśmy tylko do takiego etapu, że istotnym problemem przestaje być rezygnacja z jednego, całego modułu i zastąpienie go innym od innego producenta — zaznacza Paweł Jędrusik, dyrektor regionalny Epicor Software Poland.
— Monolityczne systemy pochodzące od jednego dostawcy powoli odchodzą w przeszłość. Wydaje się jednak, że najbardziej tradycyjne elementy, czyli moduły finansowo-księgowe lub kadrowe, nadal będą kupowane w stosunkowo dużych pakietach. Ich rozczłonkowywanie nie ma uzasadnienia. Nie mają one styczności z otoczeniem zewnętrznym firmy i w związku z tym nie wymagają dużej elastyczności — konkluduje Grzegorz Kot, dyrektor konsultingu usług profesjonalnych w Comarchu.
A sukces nie jest pewny
Poza tym walka o ustanowienie standardu wymiany informacji pomiędzy aplikacjami nie jest zakończona.
— Użytkownik aplikacji sam jest najlepszym specjalistą w swojej branży. Powinien więc umieć dobrze zdefiniować swoje potrzeby. Jeśli zrobi to dobrze, to właściwie wybierze ofertę software’ową. Jeśli nie, to jego wybór wcale nie będzie lepszy od kupna kompleksowego systemu u jednego dostawcy, ale jego negatywne konsekwencje będą łatwiejsze do zaakceptowania, bo łatwiej będzie podmienić feralny moduł — wyjaśnia Jacek Chwalisz.



