Ewa zmienia lokal

Marcin Bołtryk
opublikowano: 2011-03-01 15:42

Ewa ma dość punkowych imprez, a może nie jest już na nie zapraszana? Teraz ją kręcą inne rytmy. Kim jest Ewa?

Ewa pogowała przy punk rocku. Targała irokezem i nękała okolicę grubiańskim stylem bycia. Widocznie już się tym znudziła, bo przestała.  Poszła do fryzjera, wyskoczyła z glanów, a skórzaną katanę odwiesiła do szafy. Wciąż lubi poszaleć, ale w innym towarzystwie.

Zmiany, zmiany
Ewa to oczywiście EVO, a konkretnie Evolution, Mitsubishi Lancer Evolution. Zawsze był boski. Nie inaczej teraz, chociaż Evolution A.D. 2008 to zupełnie inna boskość. 
Najnowsza zabawka Mitsubishi spod znaku Evolution jest szybka. Niektórzy twierdzą, że odwiecznego rywala - Subaru Imprezę - połyka na śniadanie, jak modliszka nieostrożnego zalotnika. Moim zdaniem tak nie jest. Nie chcę przez to powiedzieć, że Subaru jest lepsze. Wydaje mi się, że  Ewa zmieniła kulinarne upodobania. Chce pieścić podniebienie BMW M3, Mercedesami AMG  i Audi RS.
Wystarczy nieco się przyjrzeć 16-letniej historii ewolucji Lancera EVO, jego kolejnym odsłonom od pierwszej do dziewiątej, by stwierdzić, że najnowsza to zupełnie inna bajka. Dlaczego piszę „najnowsza” a nie „dziesiąta”?  Ano właśnie. Evolution nie ma już numeru – przynajmniej w Europie. A to poważna zmiana. Sugeruje, że Ewa chce zerwać z dotychczasowym towarzystwem. Z wiecznymi porównaniami z Imprezą. Zadać kłam swemu wizerunkowi „rally racera”. Coś mi się zdaje, że Ewa zapatrzyła się w Niemców. Wyruszyła w drogę na bulwary. Tam, gdzie prężą muskuły BMW M3 czy Audi RS4.
Do rzeczy.

Szczerząc kły
Mam szwagra. Fajnego. Szwagier ma Evolution, też fajne. A fajny szwagier i fajne Evolution równa się… niezobowiązujące upalanie. No to upalamy.
Lancer Evolution prezentuje się nadzwyczajnie. Agresywnie. Budzi respekt. Postawa lamparta zrywającego się do skoku, a do tego ogromna atrapa chłodnicy budząca skojarzenia lotnicze. Doskonała, mocno sportowa linia boczna, nieco skośne reflektory z przodu i lampy z tyłu. Design na najwyższym poziomie. Do tego sportowe detale. Wszystko to sprawia, że nowy Lancer jest… mniej ciekawy od poprzednika. Dlaczego? Bo niemal tak samo wygląda jego odmiana „cywilna”.
Przez kilka ostatnich ewolucji Mitsubishi przyzwyczajało wielbicieli swych aut do tego, że Lancer i Lancer Evolution to dwa różne pojazdy. Przyzwyczajali, przyzwyczajali i zmienili. Teraz dumny właściciel Evolution, wyszczerzając zęby zza kierownicy swojej Ewuni, wygląda identycznie jak kolega z pasa obok, który - może z nieco mniejszym uśmiechem -  wciska palce w kierownicę Lancera 1,5. Fajnie? Raczej nie.
Dlaczego? Bo skoro nie chcemy już być „rajdowcami”, a wolimy „lancerami”, to musi być nas widać. Pora sprawdzić, jak te marketingowe pomysły zaszkodziły konstrukcji.

Nie pali
Wygląda na to, że Ewa rzuciła palenie… sprzęgła. Najnowsza ewolucja może być wyposażona w nową mechaniczną, zautomatyzowaną skrzynię biegów TC SST (Twin Clutch Sport Shift Transmission). W środku możemy znaleźć nie tylko rozbudowany sprzęt audio Rockford Fosgate z nawigacją i 7-calowym ekranem dotykowym LCD, ale również Bluetooth, Cruise Control i system Keyless Go. I to w aucie, któremu z natury tak blisko do wyczynu. Na szczęście oprócz MR-a do salonów trafi również wersja z pięciobiegową ręczną skrzynką (GSR), która do setki rozpędza się w 5,4 s, czyli niemal o sekundę szybciej. I taką właśnie ruszam.
Uruchamiam silnik grafitowego Evo. Pod maską pracuje oczywiście rzędowa czterocylindrowa dwulitrówka ze zmiennymi fazami rozrządu i turbosprężarką o mocy 295 KM. Na papierze wypada nieco lepiej od poprzednika. Ma o 10 Nm większy moment obrotowy (366 Nm), o 12 kg niższą masę (aluminiowy blok) i centymetr bliżej do ziemi (efekt przeprojektowania kolektora wydechowego). Jest też ponoć bardziej ekologiczna i oszczędna, ale kogo to obchodzi.
Miękko wciskam sprzęgło, miękko wkładam pierwszy bieg. Nie ma szarpania, nie muszę się siłować z nerwowo pracującym sprzęgłem. Nawet zawieszenie, choć twarde, nie poniewiera już tak bardzo. Dźwięk silnika przy spokojnej jeździe nie świdruje w mózgu i nie zagłusza myśli. Gdzie jest oszołomienie towarzyszące poprzednim Ewolucjom?
Bez wątpienia jest dużo spokojniejsze i wygodniejsze. A do tego chroni kierowcę przed skutkami braku wyobraźni. Stąd ESP i możliwość wyposażenia w zautomatyzowaną skrzynię. Najwyraźniej dilerzy Mitsubishi chcą się uwolnić od żółtodziobów wracających do serwisu ze spalonym sprzęgłem po kilku dniach od zakupu auta.
Wciskam gaz do oporu. Lekki uślizg czterech kół (ależ to przyjemne!), Evo startuje zdecydowanie, ale nie brutalnie. Nie uświadczysz szarpania czy zapierającego dech wciskania w fotel. Przyspiesza bardzo szybko, lecz … bez efektów specjalnych. I do tego mało przystający do charakteru auta dźwięk silnika. A może tak właśnie miało być?

Dynamiczny spokój
Czy to na autostradzie, czy w korku, czy wreszcie na drogach pokręconych bardziej niż przewody pod maską tego potwora, w kabinie panuje niespotykany dla Evo spokój. Jest bardzo szybko i bardzo dynamicznie, ale… nie tak, jak z poprzednikiem. To źle? Nie. Bo Ewa wciąż ma wigor. Do znanych już rozwiązań (inteligentnego rozdziału momentu obrotowego między kołami i możliwości dostosowania trybu pracy centralnego mechanizmu różnicowego do nawierzchni) dołączyło jeszcze ASC (czyli ESP), czyniąc całość trochę mniej kąśliwą, ale nie mniej zwariowaną. Nawet z wyłączoną elektroniczną asekuracją i ze zbliżaniem się do granicy przyczepności wciąż robi piorunujące wrażenie. Samochód trzyma się asfaltu tak mocno, że trzeba się chwilę przyzwyczajać nim zaczną piszczeć opony i uda się przełamać podsterowność. Fotele ściskają, że aż boli. Ewa postawiła na komfort rezygnując z dostarczania użytkownikowi surowych doznań. Czy więcej komfortu może pocieszyć? Chyba nie wszystkich. Na szczęście Mitsubishi zostawił zagorzałym  fanom ascetycznego RS-a. Obdarte z dodatków i lżejsze o jakieś 100 kg stanowi idealną bazę dla samochodu N-grupowego. Dobre i to, bo szkoda zatracić charakter tak niepowtarzalnych aut.

Kto się czubi…
I jeszcze jedno – tak a propos zrywania z Subaru. Ewa nie rozstaje się z Imprezą. Na naszym rynku nie ma auta, które byłoby bliżej EVO niż Impreza STI.
A co do zastrzeżeń Mitsubishi, że Lancer nie chce mieć nic wspólnego z Imprezą, to uspokajam: wciąż ma, i to wiele. Wszak nowa Impreza też spoważniała i możną ją równie bogato wyposażyć.
Ewa wciąż zerka na Subaru. Czy to dobrze? Mam wrażenie, że tak. Bo równie wytrwałego, a jednocześnie burzliwego i oryginalnego związku, który dostarcza tylu emocji, próżno dziś szukać w świecie motoryzacji.

None
None

Możesz zainteresować się również: