Mocny wyskok notowań amerykańskiej waluty w sierpniu nie był adekwatny do informacji, jakie napływały na rynki. Wygląda na to, że rajd dolara może zakończyć się w perspektywie kilku najbliższych tygodni. Ani Europejski Bank Centralny (ECB), ani Bank Anglii nie dały jasno do zrozumienia, że w najbliższym czasie obniżą stopy procentowe. Informacje z tamtejszych gospodarek są coraz bardziej rozczarowujące, ale jest to wypadkowa rozpoczętych już znacznie wcześniej tendencji.
Na rynkach trwa gra prognoz, które — jak pokazała historia — potrafią się szybko zmieniać. Wcale nie jest pewne, że amerykański bank centralny (Fed) w odpowiedzi na rosnącą presję inflacyjną zdecyduje się na podwyżkę stóp procentowych wcześniej, niż na przełomie roku. Kondycja tamtejszej gospodarki wciąż jest w słaba, a sygnałów wyraźnej poprawy nie widać. Powracający temat problemów sektora finansowego (Fannie Mae i Freddie Mac znów na czołówkach) raczej nie stanie się wsparciem dla dolara.
Fundamentaliści będą czekać na mocne dane, których raczej nie dostaną. Ważnym testem będą informacje z amerykańskiego rynku pracy, które poznamy 5 września. Ich brak sprawi, że dolar znów osłabnie. Może w tym pomóc spodziewane odreagowanie na rynkach surowców. Ceny ropy naftowej nie chcą już spadać. Mogą nawet drożeć w oczekiwaniu na jesienny szczyt zapotrzebowania na ten surowiec.
Spadki dolara powinny przysłużyć się złotemu, który w ostatnim czasie doświadczył bolesnej korekty. Wsparciem dla naszej waluty stanie się spodziewana jesienią podwyżka stóp procentowych, motywowana chęcią zapobieżenia możliwym efektom drugiej rundy inflacji. Być może późną jesienią dolar znów będzie wart 2,05 zł. Dopiero wtedy warto będzie się zastanowić, czy 2009 r. nie przyniesie nam poważniejszej zmiany trendu i wzrostu wartości amerykańskiej waluty.
Marek Rogalski