Fatum wisi nad polskim osoczem

  • Alina Treptow
opublikowano: 27-05-2014, 00:00

Polska krew napsuła krwi inwestorom. Miały być gigantyczne inwestycje i zyski. Są tylko wyroki

Nad polskim osoczem od kilku lat wisi klątwa i nic nie wskazuje, aby udało się jej pozbyć. Nie ma narodowego programu Ministerstwa Zdrowia, milionowych inwestycji czy zapowiadanych zysków.

Zobacz więcej

ANTYKOLEJKOWY PRIORYTET: Ministerstwo Zdrowia, którego szefem jest Bartosz Arłukowicz, nie planuje ogłaszać nowego konkursu na frakcjonatora osocza. Obecnie wszystkie siły urzędników resortu są skupione na reformie onkologicznej, nazywanej potocznie pakietem antykolejkowym. Dopiero po jej wdrożeniu ministerstwo zajmie się pozostałymi reformami. [FOT. WM]

Biomed Lublin, producent leków i szczepionek, jest właścicielem fabryki w Mielcu, która miała frakcjonować osocze i produkować leki krwiopochodne. Plany były ambitne — spółka miała zbić na osoczu miliony. Dwa lata temu informowała, że „za kilka lat” będzie zarabiała na czysto nawet 100 mln zł. Prognozowane przychody z 98,6 mln zł w 2012 r. miały wzrosnąć do 491 mln zł w 2016 r. Optymistyczny scenariusz zakładał, że Biomed Lublin wygra konkurs na narodowego frakcjonatora osocza. Przegrał jednak wyścig ze szwajcarską Octapharmą. Negatywny scenariusz również nie był „zły” — zakładał, że w 2013 r. Biomed Lublin zarobi na czysto 16 mln zł, przy przychodach 126-128 mln zł. Zeszły rok nie był jednak tak udany — spółka zarobiła na czysto 2,3 mln zł, przy przychodach netto 36 mln zł.

— Nie udało się nam zrealizować planów, ponieważ nastąpiły opóźnienia w rejestracji produktów. Z różnych przyczyn [winne było m.in. zmieniające się prawo — red]. O nowych planach poinformuję po publikacji komunikatów giełdowych — mówi Waldemar Sierocki, prezes Biomedu Lublin.

Na dobrej drodze

Spółce udało się zarejestrować dwa preparaty, trzeci — immunoglobulina — jest w trakcie procedury. Dwa inne produkty krwiopochodne, które spółka planuje sprzedawać, są już w Polsce zarejestrowane, a obecnie trwa przenoszenie praw z francuskiego LFB na Biomed Lublin.

— W ciągu najbliższych dwóch lat chcemy wybudować linie dla tych preparatów. Dopiero wtedy cała produkcja będzie odbywała się wyłącznie w Polsce. Już w tym roku natomiast ruszymy ze sprzedażą preparatów wytworzonych częściowo u naszego partnera we Francji i częściowo w naszej fabryce w Mielcu — mówi Waldemar Sierocki. Przyszłe zyski lubelskiej spółki rozbudziły wyobraźnię inwestorów. Kilka lat temu zainwestował w nią Total FIZ, który dzisiaj jest właścicielem 23 proc. akcji.

— W związku z opóźnieniami w rejestracjach jesteśmy trochę zawiedzeni inwestycją — uważa Konrad Łapiński, zarządzający Total FIZ.

Jednak twierdzi, że ewentualne opóźnienia są do przejścia, bo fundusz jest inwestorem długoterminowym. Na pytanie o ewentualną sprzedaż pakietu akcji inwestor nabiera wody w usta.

Zamrożone osocze

Fabryka widmo

Nie tylko Biomed Lublin miał pecha. Szwajcarski koncern Octapharma, który wygrał z polską spółką wyścig na pozycję narodowego frakcjonatora osocza, również musiał obejść się smakiem. Nie dogadał się z resortem zdrowia. Przeszkodą były przepisy dotyczące zamówień publicznych.Szwajcarzy chcieli mieć wyłączność na zakup polskiego osocza. Na to nie zgodził się jednak prezes Urzędu Zamówień Publicznych. Brak konsensu zamknął drogę inwestycji — spółka planowała wybudować na Pomorzu za 100 mln EUR fabrykę, w której miała zatrudnić 400-500 osób. Nowy konkurs nie jest planowany.

— MZ nie prowadzi prac związanych z ogłoszeniem konkursu na tzw. frakcjonatora osocza. Dzisiaj niektóre centra krwiodawstwa i krwiolecznictwa zbywają nadwyżki osocza do firm farmaceutycznych — mówi Krzysztof Bąk, rzecznik MZ.

 

Zamrożone osocze

Pechowa kwestia polskiej krwi sięga połowy lat 90. ubiegłego wieku. Jako pierwsze w kraju miało produkować leki z polskiego osocza Laboratorium Frakcjonowania Osocza (LFO), które zobowiązało się do wybudowania fabryki w Mielcu (tej samej, której właścicielem jest dziś Biomed Lublin). Inwestycja miała być finansowana kredytem w wysokości 32 mln USD, udzielonym przez konsorcjum banków. Zamiast fabryki powstały dwie hale. LFO nie spłaciło pożyczki, a budżet państwa musiał zwrócić bankom aż 61 mln zł, bo w ostatnich dniach urzędowania gwarancji na 60 proc. kredytu udzielił rząd Włodzimierza Cimoszewicza. Prokuratura oskarżyła później Wiesława Kaczmarka, ówczesnego ministra gospodarki, o wydanie nierzetelnej opinii. W marcu 2012 r. został uniewinniony. 16 maja zakończył się proces, który wytoczyli Rzeczypospolitej Polskiej inwestorzy pierwszego LFO — David Minnotte i Robert Lewis. Sąd oddalił ich roszczenia, które opiewały na 105 mln USD. Sędzia stwierdził, że działania polskich organów były zgodne z prawem. Inwestorzy muszą teraz pokryć koszty procesu — 1,2 mln USD, który toczył się od 2010 r.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Alina Treptow

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu