Fatum wyborczego Konwentu Świętej Katarzyny

opublikowano: 11-07-2019, 22:00

Przywołany w tytule byt polityczny błysnął i szybko się wypalił ćwierć wieku temu, zatem wypada odkurzyć jego losy.

Pod koniec kadencji prezydenckiej Lecha Wałęsy 1990-95 środowiska prawicowe, obradujące w parafii św. Katarzyny na warszawskim Służewie (a potem w klasztorze w Sulejówku), usiłowały wynegocjować wspólnego kandydata, który miałby szanse zmierzenia się zarówno z prezydentem walczącym o reelekcję, jak też rosnącym w siłę Aleksandrem Kwaśniewskim. Prawybory skończyły się kłótnią, spośród udziałowców konwentu wystartowała w 1995 r. zantagonizowana para, która w stawce 13 kandydatów odpadła w pierwszej turze z rezultatami: 4. Jan Olszewski — 6,86 proc. głosów; 7. Hanna Gronkiewicz-Waltz — 2,76 proc. Wyniki dowiodły, że nawet gdyby wystawiony został wtedy kandydat kompromisowy, to i tak nie miałby jakichkolwiek szans z wymienionym wcześniej dominującym duetem. Doświadczenia konwentu pozostały jednak punktem odniesienia dla wszelkich inicjatyw koncyliacyjnych, nie tylko w spersonalizowanych wyborach prezydenckich, lecz także parlamentarnych. Przez ćwierć wieku co najmniej trzy razy negatywny syndrom św. Katarzyny udało się zwycięsko przełamać. W 1997 r. uczyniła to Akcja Wyborcza Solidarność, zmontowana z rozproszonych partyjek przez Mariana Krzaklewskiego, w 2001 r. — Sojusz Lewicy Demokratycznej (SLD) pod wodzą Leszka Millera, wreszcie w 2015 r. — Prawo i Sprawiedliwość prezesa Jarosława Kaczyńskiego (komitet wyborczy przyjął nazwę tylko tej partii, mimo dołączenia przystawek Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina).

Grzegorz Schetyna i Władysław Kosiniak-Kamysz politycznie
mają się ku sobie, ale zarazem wzajemnie się boczą.
Zobacz więcej

Grzegorz Schetyna i Władysław Kosiniak-Kamysz politycznie mają się ku sobie, ale zarazem wzajemnie się boczą. Fot. Michał Dyjuk

Do wyborów (najbardziej realny ich termin to 20 października) pozostało nieco ponad trzy miesiące. Sytuacja po obu stronach frontu jest jednak diametralnie różna. Rządząca ekipa tzw. dobrej zmiany nie ma żadnego organizacyjnego czy programowego problemu — powtórzy zwycięską konstrukcję komitetu z 2015 r. Opozycja natomiast stoi na rozdrożu, nie mogąc uzgodnić, kto zawiąże koalicję z kim i pod jaką nazwą. Na pewno nie będzie to powtórka szerokiej Koalicji Europejskiej z 26 maja, z której największą korzyść odniósł SLD. Jeszcze dwa, trzy miesiące wcześniej zdobycie aż pięciu euromandatów wydawało się nieosiągalne nawet jego liderom…

Najbliższy weekend powinien rozstrzygnąć o kształcie komitetów wyborczych po stronie opozycyjnej. Najbardziej prawdopodobne wydają się jednak dwa bloki — jeden oparty na dawnej koalicji rządowej PO-PSL z dodatkiem Nowoczesnej, drugi zaś pod przewodem SLD. Czysto arytmetycznie korzystniejsza dla opozycji byłaby oczywiście wspólna lista, ponieważ metoda D’Hondta, zgodnie z którą głosy w urnach przeliczane są na mandaty do Sejmu, preferuje największych. Z drugiej jednak strony — jednolity blok kilku partii otrzymuje per saldo jednak ciut mniej głosów niż np. dwa. A zatem ścierają się przeciwstawne tendencje arytmetyczne. Politycy doskonale umieją liczyć, ale bez względu na kalkulacje i ostateczne decyzje partii — wypada im życzyć przełamania fatum przywołanego w tytule…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu