Na razie jednak mocne zacieśnienie polityki pieniężnej nie wywołało dużych zaburzeń finansowych. Najważniejsze pytanie, które dziś zadają sobie ekonomiści w tym kontekście, brzmi: czy seria nieprzerwanych podwyżek w tym roku wystarczy, by okiełznać inflację. Jeżeli nie, wtedy amerykańska i światowa gospodarka będą miały problem.

W środę wieczorem polskiego czasu Fed zdecydował, że podniesie stopy o 0,25 pkt proc. — do 0,25 proc. (dolna granica przedziału dla stopy funduszy federalnych, która jest stopą referencyjną banku centralnego). Była to decyzja powszechnie oczekiwana przez rynki, ale był też element zaskoczenia. Członkowie Rady Fedu znacząco podnieśli przewidywania dotyczące przyszłej ścieżki stóp, które publikują raz na trzy miesiące. Jeszcze w grudniu oczekiwali, że na koniec 2022 r. stopa Fedu wyniesie 0,9 proc., a na koniec 2023 r. 1,6 proc. Teraz oczekują 1,9 i 2,8 proc., czyli podnieśli oczekiwania o ponad punkt procentowy. To dość mocna zmiana opinii jak na zaledwie trzy miesiące. Widać, że trwałość inflacji jest dla członków rady oraz ekonomistów pracujących w banku centralnym dużym zaskoczeniem.
W związku z tym można postawić dwa bardzo ważne pytania.
Pytanie pierwsze: czy wzrost gospodarczy to wytrzyma i Stanom Zjednoczonym uda się uniknąć recesji? Jeszcze pół roku temu wydawałoby się, że tak szybkie zacieśnienie polityki pieniężnej może skończyć się recesją. Jednak przy wyższej inflacji realna stopa procentowa wciąż jest niska, mimo podwyżek kosztu pieniądza. Ceny akcji, które są wrażliwe na ryzyko recesji, reagowały w ostatnich tygodniach negatywnie na nadchodzące zacieśnienie polityki pieniężnej, ale bez oznak recesyjnej paniki. W bessie znalazł się NASDAQ 100, czyli indeks grupujący firmy technologiczne, ponieważ wzrost stóp jest dla ich wyceny bardzo negatywny. Firmy technologiczne mają relatywnie niskie zyski i ich wycena opiera się na dyskontowaniu przyszłych zysków — im wyższe stopy, tym przyszłe zyski mniej ważą w dzisiejszej wycenie. Jednak bessa omija ceny akcji na szerokim rynku. Co więcej, na razie nie widać sygnałów, by już mocno rosnące rynkowe stopy procentowe —np. rentowność 10-letnich obligacji, od których zależy koszt wielu kredytów — przekładały się na dużo niższe inwestycje firm lub gospodarstw domowych. Innymi słowy, na razie rynek i gospodarka biorą zacieśnienie polityki pieniężnej na klatę. Pojawia się jednak trudniejsze pytanie.
Pytanie drugie: czy obecnie przewidywane zacieśnienie polityki pieniężnej wystarczy do okiełznania inflacji? To najważniejsze dziś pytanie makroekonomiczne na świecie. Optymiści mogą powiedzieć tak: wyraźne podwyżki stóp procentowych, determinacja banków centralnych do ograniczenia inflacji oraz spowolnienie wynikające z różnych globalnych wstrząsów powinny w końcu wystarczyć do zatrzymania inflacji, bez generowania głębokiej recesji. Pesymiści odpowiedzą: przy tak wysokiej inflacji i wciąż bardzo ujemnych realnych stopach procentowych wzrost cen zaczyna utrzymywać się siłą inercji i nie da się go zatrzymać bez wygenerowania bardzo negatywnego wstrząsu popytowego. Świat więc — w oczach pesymistów — stoi przed dramatycznym wyborem: inflacja czy recesja.
Kto ma rację, optymiści czy pesymiści? Ja zaliczam się pewnie do pierwszego obozu. Okiełznanie inflacji będzie trudne i długie, ale stopniowe podwyżki stóp procentowych w końcu sprawią, że ceny zaczną się stabilizować. Inflacja jeszcze nie zdążyła się porządnie zakorzenić w systemie ekonomicznym — oczekiwania inflacyjne ludności nie są bardzo wysokie, na rynku pracy nie ma mechanizmów indeksujących płace do cen, panuje powszechne i uzasadnione przekonanie, że inflacja w dużej mierze jest po prostu pokłosiem pandemii. Uznaję jednocześnie argumenty pesymistów za jedno z największych zagrożeń ekonomicznych dla koniunktury na świecie. Z taką inflacją świat rozwinięty nie miał do czynienia od lat 70. Wtedy zatrzymał ją w końcu brutalnie przez wygenerowanie głębokiej recesji. To był pewnie błąd, ale nie mamy dobrej, empirycznej wiedzy, czy da się inaczej.