Ferrari za 20 tysięcy pensji

Weronika Kosmala
opublikowano: 25-11-2018, 22:00

Gimnastyka wyobraźni: mając do rozdysponowania 100 mln zł, a do odhaczenia myjnię i wymianę opon, nie lepiej już kupić nowy samochód?

Kiedy bałagan w aucie okrzepnie już do stadium pełnowymiarowej martwej natury, można sobie jeszcze poradzić z fasonem i w krytycznym momencie zmienić samochód — pomyślałaby gnuśna gospodyni, dopasowująca ferrari pod odcień rękawiczek. Zgodnie z dosyć grząską logiką podobnych kryteriów, warto dodać, że na sezon smogu tegoroczne propozycje dla kolekcjonerów mają prawdziwie pawią gamę cen i kolorów: błękit mroźnego nieba z estymacją do 300 tys. USD (1,1 mln zł) albo czerwień świętego Mikołaja z równowartością prawie 100 mln zł. Mimo zasadności niektórych progów, w przypadku tak niecodziennych szacunków wypada podkreślić, że auta za kilkadziesiąt milionów dolarów są dla całego rynku dekoracją jak poziomka na wielopiętrowym torcie — co nie oznacza, że czynniki decydujące o wartości każdego z tych samochodów są jednakowe. Można je wytropić, przeglądając ofertę aukćji, którą RM Sotheby’s przeprowadzi w kosmicznej bryle Petersen Automotive Museum, rozlewającej się srebrnymi fałdami na Miracle Mile za Los Angeles.

O ile ośmiocyfrowe rekordy w dolarach spowszedniały już na rynku dzieł
malarskich, aukcje kolekcjonerskich aut torują sobie szlak — Ferrari 290 MM
reprezentujące w latach 50. Scuderię na rajdach wystawione zostanie z
przewidywaną ceną dochodzącą do 26 mln USD (98,4 mln zł). W połowie lat 50.
Scuderia Ferrari rosła w siłę przy osłabieniu ekipy z logo Mercedes-Benz,
podczas gdy jej najszybszym rywalem pozostawało ówcześnie Maserati.
Zobacz więcej

RÓJ ZER:

O ile ośmiocyfrowe rekordy w dolarach spowszedniały już na rynku dzieł malarskich, aukcje kolekcjonerskich aut torują sobie szlak — Ferrari 290 MM reprezentujące w latach 50. Scuderię na rajdach wystawione zostanie z przewidywaną ceną dochodzącą do 26 mln USD (98,4 mln zł). W połowie lat 50. Scuderia Ferrari rosła w siłę przy osłabieniu ekipy z logo Mercedes-Benz, podczas gdy jej najszybszym rywalem pozostawało ówcześnie Maserati. Fot. ARC

Ferrari w koronie

Snując dalej baśń o nonszalanckim doborze auta do garderoby, stereotyp nakazuje osadzić te grymasy przynajmniej w Monako — i temu sprosta właśnie pierwsze ferrari, czyli kandydat również w kolorze jaskrawoczerwonym, ale wyceniany ostrożniej, bo w przedziale zamykającym się na poziomie 1,6 mln USD (6 mln zł). Lśniący egzemplarz modelu F40 został dostarczony pierwszemu właścicielowi w marcu 1989 r., zyskując tym samym proweniencję z szampańskim połączeniem błękitnejkrwi i złotego biznesu. Ekstrawaganckim, krzykliwym samochodem parkował wtedy przy monakijskich ulicach Stefano Casiraghi, ówczesny mąż księżniczki Karoliny, która podobno nie przepadała za popisami na zakrętach, ale — co ważne dla współczesnego popytu — zasiada w aucie na zachowanych fotografiach.

Wraz ze starannie skompletowaną, oryginalną dokumentacją z fabryki i warsztatów, na rynku kolekcjonerskich pojazdów istotne są właśnie takie pamiątki, nawet jeśli właściciel zasłynął efektownym bandyctwem. W przypadku Casiraghiego kontekst okazuje się niewątpliwie szlachetnie monakijski, mimo że biznesmen o gorącej krwi bardzo szybko odsprzedał wystawione auto, które od tamtych czasów uzbierało dopiero skromne 4 tys. kilometrów przebiegu. Sam zginął w wypadku w następnym roku, ścigając się jednak nie na ulicznym torze, tylko motorówką w okolicznej wodzie.

Niby-bryka

Przybliżając się stopniowo do tematu rajdów, dobrze zapytać przyziemnie, jak na rynku przykurzonych klasyków bywa z rozwijaniem prędkości wbrew przepisom drogowym. Bywa, dlatego że nie każdy z licytowanych na aukcjach modeli roztacza w ogóle taką fantazję, strasząc rdzewiejącymi szczerbami w karoserii albo brakiem siedzeń — w obiegu są samochody, które najlepiej prezentują się statycznie, i takie, które aż proszą się o mandat. Dobrym przykładem może być wyceniane do 300 tys. USD (1,1 mln zł) Ferrari 575M Maranello o wspomnianym mroźnym błękicie lakieru, które kontynuuje linię modelu z lat 90., ale przy silniku z obecnego milenium. Z uwagi na niską podaż wersji, która zamknęła się na 246 fabrycznych egzemplarzach, auto zasługiwałoby więc na uliczne określenie bryki, gdyby tylko prawowita bryka nie czekała w katalogu kilka pozycji dalej.

Wystawione z ponad dwukrotnie wyższą estymacją ferrariz 1965 r. leniwą gospodynię odstręczyłoby na wstępie aż dwa razy, dlatego że już barwa karoserii nie jest łatwa do opisania, a nazwa w katalogu starszy komplikacjami: 330 GT 2+2 Shooting Brake by Vignale. Jak wynika z noty, egzemplarz opuścił fabrykę w Maranello w połowie lat 60. jako dzieło osławionej Pininfariny, żeby niebawem znów trafić do warsztatu, ale turyńskich specjalistów z Carozzeria Alfredo Vignale. Samochód przerobiono przy współpracy z Bobem Peakiem — amerykańskim artystą znanym chociażby z plakatów do filmów z Supermenem — na tzw. „shooting brake”, a więc wersję wyraźnie przestronniejszą. Określenie mylone niekiedy z terminem kombi wywodzi się z czasów zaprzęgów, którymi myśliwi przewozić musieli bezwładne hałdy łupów — dotyczy więc przedłużenia, które w przypadku modelu 330 GT pozwoliłoby kapryśnej gospodyni na stosowny rozmach w piętrzeniu bagaży. Metaliczny kolor z pogranicza srebra i jasnego stołówkowego kakao trafił na przerobiony egzemplarz jako zwieńczenie blisko rok temu, pozostając w surowym dystansie względem popularnej czerwieni z rajdów.

Tej karoserii — w kolorze truskawek i z estymacją do 26 mln USD (98,4 mln zł) — można, wbrew pozorom, poświęcić najwięcej czasu, ale niemniej uwagi, dlatego że opis katalogowy rozwija w niezliczonych linijkach wartką historię z wyścigów. Model 290 MM z 1956 r. zapierał dech publiczności na trzech kontynentach, goszcząc za kierownicą najbardziej utytułowanych rajdowców — i tym katalog jest w stanie zadziałać bezwzględnie na ego, podsuwając inwestorowi wątłą wizję dołączenia do grona kilkadziesiąt lat po Alfonsie de Portago czy Peterze Collinsie. Przy cenie bliskiej 20 tysiącom średnich krajowych wynagrodzeń, perspektywa oszczędzania co roku rozprasza się w końcu gdzieś w baśniach tysiąca i jednej nocy. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Ferrari za 20 tysięcy pensji