Filmowy interes zaczyna się kręcić

Wojciech Surmacz
opublikowano: 08-09-2000, 00:00

Filmowy interes zaczyna się kręcić

Z Filipem Bajonem i Dariuszem Jabłońskim, twórcami filmu „Przedwiośnie”, rozmawia Wojciech Surmacz

Dariusz Jabłoński, producent wykonawczy filmu „Przedwiośnie”, i jego reżyser Filip Bajon, twierdzą, że w naszym kraju wreszcie rusza wielka machina filmowa. Instytucje finansowe spoza branży powoli przekonują się bowiem do inwestycji w rodzimą kinematografię. Wszystko za sprawą kasowych sukcesów „Ogniem i mieczem” i „Pana Tadeusza”.

„Puls Bizensu”: Dlaczego Panowie robią film na podstawie powieści Stefana Żeromskiego, a nie Henryka Sienkiewicza?

Filip Bajon: Bo jest trudniejszy do zrobienia.

Dariusz Jabłoński: Poza tym z Sienkiewicza już chyba nic nie zostało.

— Dlaczego Pan tak sądzi?

DJ: Dobre materiały na film tego autora zostały już po prostu wykorzystane. Ale „Przedwiośnie” produkujemy też z wielu innych powodów. Po pierwsze dlatego, że istnieje bardzo wiele analogii między realiami tej książki a czasami, w których obecnie żyjemy.

— Mogę liczyć na bardziej producencką wypowiedź?

DJ: Bardzo proszę. Robimy film za 5 mln USD. Jego biznesplan jest bardzo obiecujący. Wszystko jest policzone, wiemy co i jak chcemy osiągnąć i wszystko stoi tak mocno na nogach jak budowa biurowca w centrum Warszawy. Kredytu udzielił nam Kredyt Bank. Zaciągnęła go spółka Message, założona specjalnie na tę okoliczność przez Filipa Bajona i przeze mnie.

— Na jakich zasadach przyznano Panom tę pożyczkę?

DJ: Stanowi ona największą część budżetu produkcyjnego „Przedwiośnia”. Oprócz tego do filmu dołożyli się m.in. TVP, która wniosła ponad 38 procent udziałów, Canal+ Polska, Komitet Kinematografii i dystrybutor Syrena Entertainment.

— Jaką rolę w zaciągnięciu tego kredytu odegrali Żeromski, Bajon i Jabłoński?

FB: Dość istotną. Tym bardziej że w naszym kraju przekroczenie progu banku przy produkcji filmu można porównać z przekroczeniem Rubikonu.

DJ: Szczególnie pomógł nam Stefan Żeromski. W trakcie rozmów z prezesami instytucji takich jak bank czy firma ubezpieczeniowa wszyscy mówili: „A, Baryka, szklane domy — tak, tak, pamiętamy”. Myślę, że żadna pozafilmowa instytucja, finansująca „Przedwiośnie”, nie byłaby na tyle odważna, żeby postawić na jakikolwiek inny scenariusz nie oparty na lekturze czy powieści, którą wszyscy w Polsce znają. Nasz świat ekonomiczny oparty na pieniądzu nie jest pewien, jak podchodzić do filmu, jak obliczać jego koszty i potencjalne zyski. Mariaż między polską gospodarką a filmem to jeszcze okres narzeczeństwa.

— Czy to oznacza początek wciągnięcia gospodarki w normalny biznes filmowy?

FB: Mamy nadzieję, że tak.

DJ: Już dwa duże w pełni polskie filmy przyniosły znaczny zysk. Jeżeli jeszcze 2-3 następne również odniosą taki sukces, to myślę, że w Polsce powstanie wielki przemysł filmowy.

— A może w naszym kraju zapanowała po prostu moda na filmy lektury i kilku filmowców, korzystając z okazji, chce na tym zarobić?

DJ: Nie. Instytucje finansowe w naszym kraju mają pieniądze, które chcą lokować w dobrych przedsięwzięciach. Po sukcesach kasowych „Ogniem i mieczem” i „Pana Tadeusza”, w naszym kraju ruszyło koło zamachowe wielkiej, filmowej machiny, która skutecznie funkcjonuje w Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemczech. Polega to na tym, że na 10 przypadków zaangażowania finansowego w produkcję filmową, 4-5 zwraca się bez zysku, na 2-3 się traci, a 2-3 przynoszą potężne zyski. W ten sposób co roku znajduje się kolejnych 10 inwestorów, którzy chcą wydać pieniądze na dobre kino. Tak było w przypadku brytyjskich tytułów „Cztery wesela i pogrzeb” czy „Gra pozorów”. Te produkcje kosztowały blisko 2 mln USD każda, a przyniosły po około 80 mln USD wpływów.

— Czy polski reżyser dzisiaj dobrze zarabia?

FB: Z tym bywa różnie.

— A Pan?

FB: Żyję tak, jak lubię. Nie mam wielkich wymagań. Dwa razy do roku chcę wyjechać. Zimą na narty, latem nad ciepłe morze. Mogę jeździć dobrym używanym samochodem, najlepiej szwedzkim. Chcę mieć trochę pieniędzy na utrzymanie mieszkania i kupno dobrego malarstwa. Utrzymuję się ze swojego zawodu i jestem zadowolony.

— Pierwszy raz zaciągnął Pan kredyt na film?

FB: Tak.

— I jakie to uczucie?

FB: Normalne.

— Jak często w trakcie pracy na planie filmowym myśli Pan o pieniądzach?

FB: W ogóle o nich nie myślę. Jestem reżyserem, który nie przekracza budżetów.

— Kto wymyślił film „Przedwiośnie”: Dariusz Jabłoński czy Filip Bajon?

DJ: To było tak, że na ankietę tygodnika „Polityka” pt. „Co by tu jeszcze nakręcić” Filip odpowiedział, że „Przedwiośnie”. Kiedyś rozmawialiśmy już o tym przy kolacji, ale wówczas trochę się żachnąłem, bo przez lata tytuł ten był zastrzeżony dla Andrzeja Wajdy. Później się okazało, że pan Wajda nie chce go realizować. W bardzo fachowy sposób myśl Filipa podchwycił Sławek Rogowski z Agencji Filmowej TVP, obaj panowie zaprosili mnie do współpracy i projekt ruszył.

— A gdyby się okazało że Wajda, chce zrobić ten film?

DJ: Ale nie chciał. To było pytanie natury moralnej czy ekonomicznej?

— Moralnej i ekonomicznej.

DJ: Myślę, że to nie jest jedynie sprawa chęci. To także kwestia zebrania środków finansowych na produkcję. Projekt Filipa Bajona uzyskał pieniądze i powstaje.

— Jaki poziom widowni w przypadku „Przedwiośnia” jest zadowalający?

DJ: Badania OBOP-u wykazały, że „Przedwiośnie” chciałoby obejrzeć 58 proc. dorosłej populacji Polaków. To jest wynik porównywalny z „Ogniem i mieczem” i „Panem Tadeuszem”.

— Dobry film i dużo ludzi w kinach to konkretne pieniądze...

FB: Pewien szef Metro Goldwyn Meyer, który odchodził z pracy po siedmioletnim urzędowaniu, powiedział, że gdyby te filmy, których produkcję wstrzymał, puścił i odwrotnie, to wynik finansowy byłby mniej więcej taki sam. Film jest rzeczą nieprzewidywalną, ale są pewne stałe wektory, które można wyznaczyć, dane, które można przewidzieć. Zawsze trzeba jednak pamiętać, że film należy zrobić tak, żeby zrozumiał go przysłowiowy Amerykanin z Iowa.

— Co by tu jeszcze nakręcić po „Przedwiośniu”?

FB: Jakiś czas temu napisałem scenariusz na duży film o Bronisławie Piłsudskim pt. „Message”. Chciałbym, żeby to było moje następne przedsięwzięcie. Sytuacja związana z jego realizacją jest jednak nieco anegdotyczna. Pieniądze na produkcję starałem się zorganizować w Rosji. Udało mi się je zdobyć. Ale na znacznie większe kwoty liczyłem w Japonii. Tam miałem dobry namiar na decydentów filmowych z japońskiej telewizji NHK. Wysłałem do nich projekt i po miesiącu dostałem faks z informacją, że oni mi dofinansują film... jeżeli Rosja odda Japonii Kuryle.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Filmowy interes zaczyna się kręcić