Fiskus nie ściga lewych zysków

Jarosław Królak
opublikowano: 2008-05-28 07:40

Skarbówka dwa razy więcej wydaje na ściganie zarabiających na czarno niż odzyskuje pieniędzy z ukrytych źródeł — alarmuje NIK.

Unikający fiskusa ryzykują 75-procentowy karny podatek od ukrytych dochodów. Okazuje się, że to ryzyko minimalne, pod warunkiem jednak, że mają bardzo duże wydatki. Takie wnioski można wyciągnąć z przeprowadzonego przez Najwyższą Izbę Kontroli monitoringu organów skarbowych zajmujących się ujawnianiem ukrywanych dochodów.

— Działania organów skarbowych są nieskuteczne i kosztowne. Przez 2,5 roku skontrolowaliśmy 19 urzędów skarbowych i dziewięć [z 16 — red.] urzędów kontroli skarbowej. Odzyskały one z nieujawnionych źródeł przychodów tylko 21 mln zł. Jednocześnie na wynagrodzenia pracowników zajmujących się wykrywaniem nieopodatkowanych dochodów wydano dwa, trzy razy więcej. Ten system nie działa i kierownictwo resortu finansów powinno go naprawić — informuje Stanisław Jarosz, wiceprezes NIK.

Litania zarzutów

Wykrywanie i zwalczanie nieopodatkowanych dochodów to od lat priorytetowe zadanie kontroli skarbowej. Przy pracujących na czarno 1,2 mln Polaków (dane GUS) fiskus tracić może nawet 20-30 mld zł. To gigantyczna kwota — porównywalna z deficytem budżetowym. Z kwoty tej fiskus odzyskuje okrawki.

Z danych Ministerstwa Finansów (MF) wynika, że w 2007 r. wszystkie urzędy kontroli skarbowej odzyskały tylko 29 mln zł. To i tak lepiej niż w 2006, kiedy ich urobek wyniósł 16 mln zł. NIK pokazuje przyczyny tego stanu rzeczy.

— Zbadane przez nas urzędy nierzetelnie gromadziły informacje o podejrzanych transakcjach. Zbiory były niekompletne. Nie zawierały informacji ze wszystkich źrodeł o wydatkach podatników — wylicza grzechy skarbówki Stanisław Jarosz.

W pierwszej kolejności urzędy brały się do spraw z odległych lat (w celu uniknięcia przedawnienia) oraz o niskich kwotach (dla osiągnięcia wyższej skuteczności).

— Stany faktyczne były ustalane niedbale, materiał dowodowy gromadzony nierzetelnie, postępowania prowadzone opieszale — dodaje wiceszef NIK.

Urząd skarbowy w Słupsku zajmował się sprawami mniej pracochłonnymi. Na 188 zbadanych w 125 nie podjął żadnych działań. W Starachowicach brał pod lupę podejrzane wydatki podatników w wysokości 15 tys., 30 tys. i 45 tys. zł, a omijał przekraczające 100 tys. zł. Podobnie było w Opatowie, gdzie urzędnicy prowadzili żmudne postępowanie w sprawie wydatków za 30 tys. zł, a zostawili w spokoju dziewięć transakcji powyżej 100 tys. zł. Nie lepiej było w urzędach kontroli skarbowej. Szczeciński zlekceważył 421 z 483 informacji o podejrzanych transakcjach powyżej 250 tys. zł. Białostocki nie przeanalizował 372 z 447 informacji o zakupach nieruchomości za blisko 1 mln zł każda.

Z raportu NIK wynika, że w wielu urzędach ściganie lewych dochodów powierzano niedoświadczonym pracownikom.

Zdaniem Stanisława Jarosza, winne jest MF, które źle nadzorowało podległe urzędy. Szef kontroli skarbowej broni swoich podwładnych.

— Zarzuty NIK są nieuprawnione. Wciąż rośnie liczba nowych zadań urzędów, na które nie otrzymują one żadnych funduszy — twierdzi Andrzej Parafianowicz, wiceminister finansów i zwierzchnik urzędów kontroli skarbowej.

Koła ratunkowe

NIK podpowiada fiskusowi, co robić.

— Cały system wymaga naprawy. MF powinno zrewidować wytyczne dla podległych jednostek. W pierwszej kolejności należy badać sprawy dotyczące podejrzanych wydatków na znaczne kwoty, gdy są znacze różnice między nimi a dochodami podatników. Lepiej należy badać transakcje osób z tzw. sfery podwyższonego ryzyka — mówi Stanisław Jarosz.

Więcej na ten temat w środowym Pulsie Biznesu.

Jarosław Królak, [email protected]