Gazowe przepisy nabiorą sensu

Magdalena GraniszewskaMagdalena Graniszewska
opublikowano: 2014-12-08 00:00

Jest szansa, że bezsensowne rozporządzenie o dywersyfikacji dostaw gazu zostanie wkrótce zmienione. Ucieszą się PGNiG i jego konkurenci

Bez bata ani rusz. Dopiero zbliżające się uruchomienie terminalu LNG w Świnoujściu zmobilizowało Ministerstwo Gospodarki (MG) do zmiany przepisów o obowiązku dywersyfikacji dostaw gazu. Firmy narzekały na nie od lat, ale jest szansa, że wkrótce lament umilknie. MG już kończy prace.

— Projekt rozporządzenia czeka na wpisanie do wykazu prac Rady Ministrów, a następnie zostanie przekazany do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych — podaje biuro prasowe resortu.

Prawo z kosmosu

Chodzi o rozporządzenie z 2000 r., które importerom gazu nakazuje zachowanie konkretnych proporcji przy doborze kierunków dostaw surowca. Przykładowo, w latach 2010-14 importer mógł kupować maksymalnie 70 proc. gazu z jednego kierunku. Na 2015 r. cel jest już ambitniejszy — maksymalnie 59 proc. Zamysł ustawodawcy był szczytny — chodziło o zmniejszenie uzależnienia kraju od gazu rosyjskiego. Logika przepisów od początku była jednak ułomna. Po pierwsze, Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) — do niedawna jedyny dostawca gazu w Polsce — kupowało i kupuje surowiec niemal wyłącznie od rosyjskiegoGazpromu. Przez lata nie miało zresztą innych możliwości technicznych. Po drugie, nawet kiedy możliwości techniczne się rozwinęły i uruchomiono np. wirtualny rewers na gazociągu jamalskim, przepisy nie mogły być przestrzegane. Wirtualny rewers polega na tym, że importer kupuje gaz od firmy niemieckiej i to jej płaci, ale fizycznie dostaje paliwo ze Wschodu. Wedle przepisów jest to zatem nadal gaz rosyjski. Po trzecie, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej, logika rozporządzenia dywersyfikacyjnego zupełnie wyparowała. Import z Niemiec czy któregokolwiek państwa UE, jako wewnątrzwspólnotowy, przestał być uznawany za import. To oznacza, że importer, chcąc zrównoważyć zakupy z Rosji, musiałby szukać brakujących 30 proc… no właśnie, gdzie? Można by mieć nadzieję, że inwestycja w terminal w Świnoujściu, umożliwiający odbiór skroplonego gazu praktycznie z każdego miejsca na świecie, przywróci przepisom utraconą logikę, ale nie. Wyobraźmy sobie, że terminal rusza w przyszłym roku i firmy kupują tą drogą gaz. Żeby być w zgodzie z przepisami, będą mogły sprowadzać terminalem najwyżej 59 proc. całego swojego importu. Będą więc myśleć, skąd wziąć pozostałe 41 proc. Z UE nie, bo to nie byłby import. No to z Rosji. Paradoksalnie, przepisy mogłyby zwiększyć polski popyt na gaz ze Wschodu. Wreszcie po piąte, nie zapominajmy o rozwijającej się warszawskiej giełdzie gazu, na której surowcem obracają anonimowikontrahenci. Jak tu zastosować dywersyfikację?

Kar się nie uniknie

Brak sensu w rozporządzeniu mógłby bawić, gdyby w grę nie wchodziły kary. Na dodatek grożą już nie tylko PGNiG, ale wszystkim sprzedawcom działającym na liberalizującym się rynku gazu. Monitoruje to Urząd Regulacji Energetyki.

— Obecnie prowadzimy monitoring dotyczący wypełniania obowiązku dywersyfikacji w 2013 r. Badaniem objętych jest 37 koncesjonariuszy, którzy w 2013 r. posiadali koncesje na obrót gazem — podaje Agnieszka Głośniewska, rzeczniczka URE. Monitoring owocuje czasem postępowaniami i karami. Po przejrzeniu danych za 2012 r. URE wszczął cztery postępowania w sprawie wymierzenia kary, dwie decyzje o karach z wcześniejszych lat były natomiast rozpatrywane przez sąd. Obie dotyczyły PGNiG, które raz uzyskało zmniejszenie kary z 2 mln zł do 1,5 mln zł (obroty grupy sięgają 32 mld zł rocznie), a jedną sprawę ma w toku.

— Obecna interpretacja przepisów dotyczących dywersyfikacji dostaw paliw gazowych stanowi barierę w funkcjonowaniu rynku oraz ogranicza jego liberalizację — komentuje biuro prasowe PGNiG. Mniej oględni są konkurenci.

— Rozporządzenie już dawno straciło rację bytu, choć i tak skutecznie nas zniechęciło do jakiegokolwiek importu gazu — mówi Bernard Rudkowski, prezes EWE Energia.

Inni, w nieoficjalnych rozmowach, nie przebierają w słowach, opisując bezsens przepisów. Wśród firm dotkniętych tym bezsensem są też prawdopodobnie chemiczne Azoty, które odpowiadają za jedną piątą całego krajowego zużycia gazu i konsekwentnie starają się zdywersyfikować dostawy importem. Przedstawiciele firmy nie chcieli jednak rozmawiać na ten temat.

Terminal przyblokowany

Lepiej, żeby prace nad zmianą przepisów szły szybko, bo URE grozi schizofrenia. Z jednej strony — ściga i nakłada kary, z drugiej — zdaje sobie sprawę z legislacyjnego bezsensu.

— Na rynku gazu nastąpiły znaczące zmiany. Mając to na uwadze, prezes URE już kilkakrotnie zwracał się do MG [w 2008, 2009, 2011, 2013 i 2014 r. — red.], wskazując na konieczność dostosowania przepisów rozporządzenia do realiów i planowanych zmian na rynku gazu — mówi Agnieszka Głośniewska. Lepiej też, żeby nowe rozporządzenie było gotowe, zanim ruszy terminal w Świnoujściu — jedna z najważniejszych inwestycji energetycznych w kraju. Jego uruchomienie, o ile opóźnienie się nie powiększy, nastąpi w połowie 2015 r.

— Obecna interpretacja rozporządzenia nie uniemożliwia korzystania z terminalu, ale w praktyce może utrudniać jego wykorzystanie. Przecież przedsiębiorca importujący gaz wyłącznie za pośrednictwem terminalu LNG, z jednego kierunku dostaw, traktowany byłby jako podmiot naruszający prawo — podkreśla biuro prasowe PGNiG.