Genetyk ascezy klonuje miliony

Kocha oszczędnych prezesów, nienawidzi pakować się w kłopoty. Zatem z ryzykiem obchodzi się jak z jajkiem, trendy i mody inwestycyjne traktuje z przymrużeniem oka. Piotr Osiecki udowadnia, że najlepiej zarabia się wtedy, gdy na giełdzie budzą się niedźwiedzie.

— Czekałem na bessę. Na tę konkretną po upadku Lehman Brothers. Hossa to nie jest woda, w której najbardziej lubię pływać. W naszej firmie mamy inne DNA, strategie wymykające się rynkowym modom — twierdzi Piotr Osiecki, największy akcjonariusz i prezes Altus TFI, tłumacząc, dlaczego kilka lat temu płynnie odszedł z wielkiego funduszu PZU na swoje.

Wyświetl galerię [1/2]

Marek Wiśniewski

Siedzimy na czwartym piętrze leciwej kamienicy w centrum Warszawy, jakiś kilometr od roztrzęsionych negatywną zmiennością notowań warszawskiej giełdy. To tu ekipa Altusa przeżywa swoją długą hossę. DNA narzucone przez Osieckiego wyziera z każdej strony, na elewacji genetyczny ascetyzm wręcz odpada płatami.

Siedziba jednego z najrentowniejszych przedsięwzięć na rynku finansowym w Polsce w ostatnich latach odarta jest z kosztowego szaleństwa. Tak wygląda średnio prosperujące biuro księgowe. Na parkingu? Żadnych maserati, bentleyów w krzykliwych kolorach i skórach. A przecież w Altusie najlepsi zarządzający dzięki kilkumilionowym bonusom zarabiają rocznie więcej niż prezesi największych banków.

— To jest właśnie nasz gen. Stonowany styl, bez zbytków. Nie cierpię rozrzutności, przepalania pieniędzy. My tu nie jesteśmy od kąpania się w złocie. My tu jesteśmy od zarabiania na rynku — wykłada wprost Piotr Osiecki, którego majątek giełda wycenia prostym mnożnikiem: 40 proc. z wartego 800 mln zł Altusa.

Nakręcony koń

Na rzutkim 43-latku wielkie liczby zdają się nie robić wrażenia. Nawał milionów nazywa „papierową wartością”, na cytowany z „Forbesa” tytuł o „nowej gwieździe rynku finansowego” tylko przewraca oczami. Oto zarządzający, jakiego kochają inwestorzy: tu nie ma jachtów, wodotrysków czy kokainowych sesji. Jest klasyczny garnitur, teczka w dłoni i wynagrodzenie proporcjonalne do zysków osiąganych z zarządzania powierzonym kapitałem. W czwartym kwartale 2015 r. biznes Osieckiego był w stanie wycisnąć niemal 30 mln zł zysku z mniej niż 10 mld zł zarządzanych aktywów. Nic dziwnego, że konkurencja zgrzyta zębami.

Choć jest i taka, która się cieszy. Dla Sebastiana Buczka, prezesa Quercus TFI i wieloletniego przyjaciela Piotra Osieckiego, te niemal 6 proc. akcji Altusa, jakie ma Quercus, to jedna z lepszych inwestycji w historii. Bo choć tradycja ich wspólnych piłkarskich meczów już upadła (kontuzja Buczka), to pozostały różne odcienie pojedynku na procenty i miliony. — Rynek jest duży, wystarczy miejsca dla niego i dla nas. Altus ma inną strategię inwestycyjną, dającą na razie świetne efekty. Są skuteczni, pokażą zapewne bardzo dobre wyniki za miniony kwartał. Piotr osiągnął duży sukces, a nas nakręca ta pozytywna rywalizacja — twierdzi Sebastian Buczek, również znany z umiłowania umiaru. Nieco później Buczek wysyła jeszcze SMS-a: „Altus to nasz czarny koń AD 2016”.

Piotrze, przystopujmy!

W realiach polskiego rynku giełdowego czarny koń ciągnący pełną furę zysków w krótkim czasie staje się dla majętnych ludzi i firm pewniakiem, któremu warto podrzucić najlepszego siana. Hurraoptymistycznie koncypują również właściciele i menedżerowie giełdowych spółek. Ci pielgrzymują do Altusa jako potencjalnego inwestora i zdyszani (nie ma windy), ale pełni nadziei meldują się w recepcji. Tu jednak zaczynają się schody, bo Piotr Osiecki często podkreśla, że nie ma ochoty zostać zakładnikiem własnego sukcesu i brać wszystkiego, jak leci. A Excel pokazuje czarno na białym, że rok do roku Altus poprawia wyniki, zostawiając peleton w tyle. Jak długo można być lepszym w tej grze? Przecież kiedyś musi nadejść czas, kiedy karta się odwróci... — Nie myślę o tym w ten sposób. To nie jest gra hazardowa. Wierzę, że tu można być długodystansowcem i wygrywać, nie myśląc wyłącznie o pieniądzach, ale przede wszystkim o istocie rozgrywki — mówi biznesmen.

A jeśli nadejdzie tak nielubiana hossa? — Wtedy znów przypomnę sobie słowa Einsteina o potędze procentu składanego. W Altusie premiujemy nie wysokość kapitału, jakim zarządzają nasi menedżerowie, lecz rośnięcie wraz z aktywami, podtrzymanie dynamiki zysków. Nieraz jest więc tak, że sami współpracownicy przychodzą i mówią: „Piotrze, nie przyjmujmy już więcej kapitału, bo na nim i tak nie zarobimy”. Choć presja jest, bo przecież, jeśli my nie weźmiemy jakichś funduszy, to trafią do konkurencji — opowiada Piotr Osiecki.

Miłość do łyżeczki

W branży Altus jest postrzegany jako grupa najlepszych specjalistów, którzy w imię wyższych zysków zgodzili się porzucić sporą część dotychczasowych nawyków. Zasada pierwsza: bliskość dworca, dystans do mód. Altusowcy to stali klienci PKP, których nie przeraża np. wycieczka do Żar w Lubuskiem, gdzie ma siedzibę giełdowy Relpol (30 proc. wzrostu notowań w ostatnim roku). Inni analitycy nie zaglądali tam ponad dwa lata, zainteresowani kupowaniem bardziej trendy przedsięwzięć z wielkich miast. Po drugie: zmieniamy chochle na łyżeczki.

Piotr Osiecki zarzeka się, że mimo rosnącej ekspozycji Altusa nie zamierza przesuwać żadnej części swojego zespołu w rejony podwyższonego ryzyka. Stąd decyzja o wyjściu poza polskie bajoro (gra na spadki za Oceanem) oraz opłaty za zarządzanie w dolnych widełkach rynkowych. Za to przy podziale zysku do głosu bardziej dochodzą ci, którzy na niego zapracowali.

— Zgodnie z ideą, że jak klient zarabia, to i my zarabiamy. Gdy traci, nie wyciskamy go jak cytryny — opisuje przedsiębiorca. Wreszcie po trzecie: miłość. Czasem zawiedziona, jak wówczas, gdy nie doszła do skutku transakcja przejęcia BPH TFI („Koniec końców to był palec boży, bo okazało się, że to byłaby trudniejsza transakcja, niż przewidywaliśmy”), często zaś wystawiana na próbę.

— Kocham oszczędnych prezesów, takich jak ja, miłośników kontroli kosztów. Dlatego jestem wielkim orędownikiem programów menedżerskich i sytuacji, gdy zarządy są współwłaścicielami firm. Wtedy inaczej się patrzy na każdą wydawaną złotówkę — twierdzi Piotr Osiecki.

Sam nie wyobraża sobie, że miałby np. zatrudnić osobistego kierowcę. Jacht? Większy dom? To zbytki obciążające głowę. Wolne bilety z logo NBP woli inwestować w fundusze Altusa. To jest plan na lata. Rafał Bauer, prezes Próchnika, który z szefem Altusa współpracuje od lat, twierdzi, że w tym przypadku nie ma mowy o giełdowym meteorze.

— Piotr to jedna z najbardziej spektakularnych karier na rynku finansowym, potwierdzona kompetencjami. Nie mówmy o nim jako o sezonowej gwieździe — uważa Rafał Bauer.

Chciwość składana

Właściwie trudno znaleźć osobę, która — nawet anonimowo — powiedziałaby coś kąśliwego o głównym rozgrywającym w Altusie. Wbrew utartym opiniom na temat finansjery Piotr Osiecki to otwarty umysł, dobry, lubiany rozmówca i facet, którego horyzont nie kończy się na cyfrach. Dba o relacje z ludźmi i lubi ich towarzystwo. Dość powiedzieć, że należy do tej elitarnej grupy, która na wilanowskim orliku kilka razy w miesiącu spotyka się, by pograć w piłkę i pogadać. Na sztucznej trawie pojedynkują się m.in. były premier, najbogatsi przemysłowcyi wpływowi doradcy. Osiecki w tym zestawie czuje się jak ryba w wodzie. Widać, słychać i czuć, że miał taki czas w życiu, gdy niejedno przemyślał i to nie od strony procentu składanego. — Chciwość jest dobra — rzuca znienacka.

— Nie, nie taka filmowa, związana z kupowaniem nowego odrzutowca. Ta rozumiana jako ambicja, chęć sprawdzenia się w najwyższej lidze w zespole świetnych ludzi. Sukcesy, pieniądze są jak stopnie w szkole. Na koniec roku chcę mieć świadectwo z czerwonym paskiem i srebrną tarczę na koniec liceum. Miał taką? — Miałem.

Myśli nowoczesnego Polaka

— Piotr zawsze się wyróżniał charyzmą i klarownymi poglądami. W liceum wszem wobec deklarował, że chce zostać premierem — wspomina kolega z żoliborskiego liceum. Temperament polityczny przyszłego finansisty nie ograniczał się do rozklejania plakatów Lecha Wałęsy i krytyki grubej kreski. Początkowo sympatyzował z nurtem narodowościowym, czytał Dmowskiego, wplatał biało-czerwone sznurówki w glany i zielony flek. Matura z historii na najwyższą notę.

Pielgrzymki do Częstochowy z warszawskimi Dominikanami zaliczone 11 razy pod rząd. Zero alkoholu, fajek. Kibicowanie na „Żylecie” Legii — owszem, ale bez rozrób, w końcu to nie przystoi nowoczesnemu Polakowi. Buzował w nim temperament społecznika, ideowca i polityka. Nauczycielka historii mawiała, że na prawo od nowa pasja: wielkie prywatyzacje przez giełdę wciągnęły go bez reszty. — Nachodziły mnie refleksje, czy dobrze robimy, sprzedając np. banki obcemu kapitałowi. Wiem, że za pakiet TP SA MSP uzyskało rewelacyjną cenę. Całą prywatyzację oceniam — mimo wszystko — na lekki plus. Skoro państwowymi spółkami mieliby rządzić politrucy, to lepiej już oddać je w prywatne ręce — komentuje.

Piotrka jest już tylko ściana i przestrzegała, by jednak nie szedł na historię na Uniwerek. — Udusisz się tam ze swoim temperamentem. Bierz SGH — namawiała. No to on — przeciwnik Unii Wolności, zagranicznego kapitału — poszedł za jej radą. Trafił m.in. pod skrzydła prof. Leszka Balcerowicza. — SGH szybko mnie ustawiło do pionu, choć jeszcze na pierwszym roku nosiłem glany. Byłem prawicowym skrajnym liberałem, zafascynowanym Unią Polityki Realnej, ale profesor Balcerowicz odcisnął na mnie silne piętno. To wybitny Polak, intelektualista i ogromy patriota, niezrozumiany przez część środowisk politycznych, także z racji niełatwego charakteru — uważa prezes Altusa.

W golfie i szelkach

Dawni koledzy z SGH przypominają, że jeszcze na początku studiów Piotr Osiecki wciąż celował w premierostwo („Już dawno się z tego wyleczyłem, na szczęście”), ale kolorowe sznurówki zamienił na czerwone szelki. Jakub Karnowski, były prezes PKP i jeden z wychowanków i bliskich współpracowników prof. Balcerowicza, zapamiętał, że Osiecki trzymał sztamę z Piotrem Dubną.

— Wołaliśmy na nich „maklerzy”, bo jako jedni z pierwszych na SGH zdobyli takie licencje. Byli wówczas ważniakami, biegali po korytarzach z telefonami komórkowymi o rozmiarze walizki. Piotr był z Warszawy, jeździł golfem, co w początkach lat 90. robiło wrażenie w studenckim światku — przyznaje Jakub Karnowski. Niewiele brakowało, by losy Karnowskiego i Osieckiego splotły się mocniej. Pierwszy organizował młody zaciąg do Ministerstwa Finansów pod wodzą prof. Balcerowicza. Osiecki był tam murowanym kandydatem, podobnie jak inni koledzy z uczelni, m.in. Ryszard Petru.

— Akurat jako jedyny z SGH wygrałem stypendium na London School of Economics. Przez kilka dni byłem w rozterce. Za namową przyszłej żony wyjechałem za marzeniami — tłumaczy prezes Altus TFI. LSE otworzyło mu oczy i nie zamknęło drzwi przed wpływami Balcerowicza. Po powrocie do Polski trafił na orbitę Alicji Kornasiewicz, wiceminister skarbu. To wówczas narodziła się plotka, że Kornasiewicz to jego ciotka. W tym czasie też wykuwała się jego

Skrzypce bez strun

Z MSP wyskoczył w stronę biznesu, zostając wiceszefem domu maklerskiego PKO. Stamtąd przeszedł do PZU, gdzie — za kadencji Cezarego Stypułkowskiego — został głównodowodzącym inwestycyjnej gałęzi spółki. Przeżył dziewięciu prezesów, zbudował wehikuł, grający pierwsze skrzypce na warszawskiej giełdzie i w akcjonariacie wielu znanych spółek. Odchodząc na początku 2008 r., udowodnił siłę swojego przepisu na chciwość. — W strategii inwestycyjnej rekomendowaliśmy radykalne zmniejszenie ekspozycji na akcjach. Z 8 mld zł zeszliśmy do 2 mld zł, co pozwoliło uniknąć olbrzymich wpadek po krachu — opisuje Piotr Osiecki.

Potem było już tylko lepiej — pękł Lehman Brothers i Polacy we własnych portfelach zobaczyli, że wielkie marki w nazwach funduszy inwestycyjnych nie chronią przed dotkliwymi stratami. Otworzyło się okno dla Osieckiego i kilku zaprzyjaźnionych z nim finansistów. Łączyło ich przekonanie, że w Altusie sztuką nie będzie przeciąganie struny przy stole z gotówką.

Chadek w napadzie

Pytany o dawny zapał ideologiczny i ekonomiczny przyznaje, że wydatnie stępił ostrość sądów. Plasuje siebie jako chrześcijańskiego demokratę, mieszczącego się w uchu igielnym. Okropnego, świadomego grzesznika, starającego się pomnożyć otrzymane talenty. — Nie robimy akcji poza granicami przepisów. Chyba najsilniejszym bodźcem nie jest tylko etyka, lecz pragmatyka. Nienawidzę pakować się w kłopoty — przyznaje Piotr Osiecki. I odwołuje się do rodzinnej bezpiecznej przystani, kontrastującej z klimatem świata wielkich finansów. Jedna żona od zawsze to w tej branży ewenement. Podobnie jak mało ekstremalne sposoby na pozbycie się złej adrenaliny: ferie w górach z rodziną, wspólne wypady do domku na Mazurach. No i sport.

— Kiedyś na pierwszym planie było judo, tłumaczone jako droga do zwinności. Potem tenis. Teraz piłka nożna pochłonęła niemal wszystkie moje wolne wieczory — śmieje się oddany fan Arsenalu Londyn, Realu Madryt i oczywiście Legii. W amatorskich rozgrywkach jego drużyna MTK Warszawa właśnie awansowała do najwyższej ligi. Na boisku Piotr Osiecki — napastnik — nie cofa nogi. Gryzie trawę, braki w technice nadrabia walecznością i sprytem. W ośmiu ligowych meczach poprzedniej rundy strzelił siedem bramek i miał pięć asyst. Cel postawił sobie taki jak w Altusie — mistrzostwo.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Genetyk ascezy klonuje miliony