Wczorajszy dzień obfitował w polityczne spotkania, konferencje prasowe, oświadczenia, kontroświadczenia — ale nie przyniósł żadnej poprawy sytuacji wokół budżetu państwa na rok 2006. Jedno wiadomo już nie na 99, lecz na 100 procent — 31 stycznia do północy ustawa budżetowa nie znajdzie się na biurku głowy państwa i tylko od łaski lub niełaski Lecha Kaczyńskiego — a nie od realnego zaawansowania prac nad budżetem — zależy los parlamentu. Niczym cezar w rzymskim cyrku, do 14 lutego prezydent skieruje kciuk w górę albo w dół — a po wyborze kierunku zamelduje bratu Jarosławowi wykonanie zadania. Wszystko zależy od tego, czy PiS zbierze wokół swojego tzw. planu stabilizacyjnego sejmową koalicję strachu — tak jak w ubiegłej kadencji udawało się to w decydujących głosowaniach premierowi Markowi Belce.
Największy paradoks polega na tym, iż perspektywy samego budżetu są zdecydowanie bardziej optymistyczne niż rokowania dla Sejmu i Senatu. Nawet po zarządzeniu przez prezydenta skrócenia kadencji, parlament może normalnie pracować aż do dnia poprzedzającego inauguracyjne posiedzenie następnego składu Sejmu. A zatem ustawa budżetowa tak czy owak zostanie raczej uchwalona — dopiero w lutym, ale zostanie. Z punktu widzenia interesów państwa to konieczne, albowiem funkcjonowanie sektora finansów publicznych przez cały rok 2006 na podstawie rządowego projektu jest możliwe tylko teoretycznie. W praktyce wystąpiłyby ogromne perturbacje, o których najlepiej wie resort finansów.
Wszystkie siły polityczne — łącznie z PiS — oficjalnie podkreślają, że skrócenie ledwie rozpoczętej kadencji byłoby ostatecznością i wyborem mniejszego zła. Bracia Kaczyńscy są pewni, że akcje ich partii zwyżkują i opłaci się je właśnie teraz sprzedać, żeby zrealizować zyski —czyli zdobyć w przedterminowych wyborach większość bezwzględną w Sejmie (w Senacie wydaje się to oczywistością). Wtedy ustawy tworzące IV RP byłyby uchwalane na posiedzeniach klubu, a potem tylko formalnie zatwierdzane w głosowaniach na salach obrad plenarnych Sejmu i Senatu. Prezesi PiS (Lech honorowy, Jarosław urzędujący) są wytrawnymi graczami politycznymi, ale zasady rządzące parkietem GPW są im raczej obce. Tymczasem historia notowań wielu spółek potwierdza, że odwrócenie trendu zaskoczyło już niejednego inwestora. A niektóre „wraże” wobec PiS sondaże wyborcze już wskazują, że skład nowego Sejmu niewiele różniłby się od obecnego...
Jeśli już jesteśmy przy wątku giełdowym, to wypada mi się podzielić z inwestorami rewelacjami, które usłyszałem z ust Kazimierza Marcinkiewicza trzy dni temu. Było to wypowiedziane za granicą i na pytania tamtejszych dziennikarzy, ale premier nie pozostawił wątpliwości. Otóż za dowód świetności swego gabinetu uznał nie tylko kurs złotego, ale i boom na giełdzie! W tym kontekście wypada pogratulować warszawskiemu parkietowi fantastycznej zdolności przewidywania. Wychodzi na to, że inwestorzy już mniej więcej od dwóch lat grali „pod” premiera Marcinkiewicza...