Gin chce powtórzyć karierę whisky

Michalina SzczepańskaMichalina Szczepańska
opublikowano: 2015-08-16 22:00

Bursztynowy trunek przyjął się w Polsce fenomenalnie. Z ginem łatwo nie będzie — uważa branża

Brytyjczycy dwoją się i troją, by gin został hitem eksportowym na miarę szkockiej. W ubiegłym roku sprzedali jej poza Wyspami za 4 mld GBP, a polscy importerzy i handlowcy przyzwyczaili się przez lata do dwucyfrowego wzrostu. Polska jest też jednym z 20 największych odbiorców szkockiej — w zeszłorocznym zestawieniu plasujemy się na 16. miejscu. Czy podobnie może być z ginem? Brytyjczycy sprzedali go w 2014 r. za 390 mln GBP i dotarli do 139 krajów. Rewolucję na rynku wywołują małe destylarnie. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat powstało ich 56, zaś w ciągu pięciu lat podwoiła się liczba marek ginu dostępnych na brytyjskim rynku — jak podaje tamtejszy resort środowiska i żywności. W tym roku producentów ginu dopieszczono dodatkowo obniżką podatku.

Oczywiście do masowości na miarę whisky tej kategorii jeszcze daleko, jednak pierwsze oznaki wskazują, że gin z tonikiem może być hitem przyszłego lata" - mówi Łukasz Piwowarczyk, senior brand manager w Diageo Polska
FOTOLIA

— Nie ma powodu, by handel ginem nie święcił triumfów na miarę whisky — mówi Elisabeth Truss, brytyjska sekretarz ds. środowiska. Wtóruje jej Miles Beale, szef Wine and Spirit Trade Association.

— To bardzo ekscytujący czas dla branży. Produkcja wystrzeliła, a renesans ginu jest coraz wyraźniejszy — twierdzi Miles Beale.

Praca na dziesiątki lat

Na razie Polaków trudno uznać za wielbicieli tego trunku. W zeszłym roku, jak wynika z danych GUS, kupiliśmy go z Wysp za zaledwie 3,7 mln zł. Za import whisky z wielkiej Brytanii zapłaciliśmy w tym czasie 209 mln zł. Czy producenci ginu mają u nas czego szukać?

— Być może tak — jeśli będą mieli tyle wytrwałości, ile mieli w przypadku szkockiej. To nie kilka, ale kilkadziesiąt lat pracy. Whisky była od dawna widoczna w naszej kulturze, a gin niekoniecznie. Do tego mamy własną produkcję. Większe szanse na dużą karierę wróżyłbym raczej koniakowi i brandy — mówi Leszek Wiwała, prezes Związku Pracodawców Polskiego Przemysłu Spirytusowego.

Sprzedaż detaliczna ginu w Polsce to około 120 mln zł rocznie i rośnie. Jeszcze w 2004 r. było to 70 mln zł. Dla porównania — za brandy i koniak płacimy rocznie około 600 mln zł, a za whisky 1,8 mld zł, wynika z raportu KPMG.

Moda i podatki

— Kategoria ma szansę się rozwinąć, ale trudno jej dzisiaj wróżyć taką karierę, jaką zrobiła whisky. Wszystko zależy od światowych trendów konsumpcji i strategii światowych liderów rynku. Whisky w dużej mierze wyparła brandy, która okazała się trunkiem starszego pokolenia. Młodsze poszukiwało nowych smaków i stylu. Tak nastała era whisky. Gin też może dostać taką szansę — uważa Anna Kalinowska, członek zarządu firmy Henkell Vinpol Polska, która ma w swoim portfelu krajowy gin. Jej zdaniem, to bardzo ograniczony rynek i przebicie się na nim nie będzie łatwe.

— Nasz gin obecny jest tu od 1987 r. z niezmienioną recepturą, a lojalność konsumentów jest wysoka — dodaje Anna Kalinowska.

— Kategoria ginów ma jeszcze duży potencjał wzrostu, ale potrzebuje czasu. Z doświadczenia wiemy, że to, co dzieje się w Europie Zachodniej, dociera również do nas. Gin obecnie wraca do łask, szczególnie w najdroższych odsłonach w najlepszych koktajlbarach. Podobne zjawisko widzimy w Polsce. Oczywiście do masowości na miarę whisky tej kategorii jeszcze daleko, jednak pierwsze oznaki wskazują, że gin z tonikiem może być hitem przyszłego lata — twierdzi Łukasz Piwowarczyk, senior brand manager z Diageo Polska.

Leszek Wiwała uważa, że barierą dla ginu może być cena, będąca efektem wysokości akcyzy.

— Najczęściej w Wielkiej Brytanii spożywa się gin wymieszany z tonikiem. Ta forma spożycia powinna też być rozpropagowana przez importerów i producentów w Polsce. Niestety, na 0,5 litra 5-procentowego piwa przypada 0,49 zł akcyzy, a 5-procentowy drink to już 1,50 zł tego podatku — mówi Leszek Wiwała.