Gorzki koniec prezydentury

opublikowano: 04-08-2015, 22:00

Klasyczna teza ze Stanów Zjednoczonych Ameryki, zapożyczana przez inne państwa z rzeczywiście demokratycznymi wyborami, mówi, że pierwsza kadencja prezydenta podporządkowana jest reelekcji, druga zaś — przejściu do historii.

 W tym kontekście powszechne głosowanie po pierwszej kadencji to nie wybory, lecz plebiscyt, czy lokator Białego Domu, Pałacu Elizejskiego, Pałacu Prezydenckiego etc. zasługuje na przedłużenie mu umowy o pracę. Społeczny werdykt najczęściej jest pozytywny, nieuzyskujący promocji należą do zdecydowanej mniejszości. Na własne życzenie zaliczył się do niej kończący dzisiaj pięcioletnią posługę Bronisław Komorowski. Dołącza do takich towarzyszy niedoli, jak Jimmy Carter i George H. Bush (senior) z USA, Nicolas Sarkozy z Francji oraz oczywiście Lech Wałęsa.

Bronisław Komorowski
Zobacz więcej

Bronisław Komorowski WM, Puls Biznesu

Odchodzący prezydent dokonał samooceny w pożegnalnym orędziu radiowo-telewizyjnym. Podobnie jak wszyscy wymienieni wyżej, wewnętrznie się nie pogodził i nigdy nie pogodzi z niesprawiedliwą oceną dokonaną przez większość głosujących. Tymczasem obiektywne powody porażki — bo przecież 10 i 24 maja to Bronisław Komorowski przegrał, a nie Andrzej Duda wygrał — są wielowątkowe. Przyjmując hierarchię wojskową, wszak chodzi o zwierzchnika sił zbrojnych, da się je wyodrębnić na kilku szczeblach: strategicznym, operacyjnym oraz czysto taktycznym, podczas samej kampanii wyborczej.

Największa strategiczna ułomność prezydentury nie dotyczy jedynie kadencji Bronisława Komorowskiego.

Byli nią skażeni i Aleksander Kwaśniewski, i Lech Kaczyński, a będzie oczywiście także Andrzej Duda. Wyjątkiem okazał się chodzący własnymi ścieżkami Lech Wałęsa, który eksponował inne wady. Owa ułomność to niemożność odpępnienia się głowy państwa od matki partii. Ukształtowany w III RP mechanizm polega na tym, że partia zwyżkująca akurat w okresie wyborów prezydenckich (niekoniecznie w tym momencie rządząca) deleguje swojego lidera lub innego wiernego działacza do Pałacu Prezydenckiego — ale wcale nie do pilnowania żyrandola nad Salą Kolumnową. Absolutnie najważniejszym gadżetem Rzeczypospolitej Polskiej jest prezydenckie pióro służące podpisywaniu ustaw. Delegat oczywiście występuje z macierzystej formacji i deklaruje, że chce być „prezydentem wszystkich Polaków”, ale zew partyjnej krwi to wyklucza.

Na kracie Pałacu Prezydenckiego można byłoby wywiesić stałą tabliczkę „Usługi podpisowe dla …”.

Aktualny lokator wstawiałby nazwę jego partii obecnie rządzącej. Taka tabliczka oczywiście zdejmowana byłaby w okresie przymusowej kohabitacji prezydenta z wrażym mu (i na odwrót) rządem, albowiem wtedy podpisowe okoliczności radykalnie się zmieniają. Ale akurat Bronisław Komorowski całą pięcioletnią kadencję spędził w cieplarnianym otoczeniu rządu swojaków. W rewanżu bezwarunkowo wspierał i akceptował wszelkie dokonania PO, co nie obejmowało już inicjatyw PSL. Na policzenie prezydenckich wet do fatalnych często ustaw wystarcza palców jednej ręki, podobnie jak skierowań ustaw do Trybunału Konstytucyjnego przed podpisaniem (zdecydowanie inne znaczenie prawne ma podpisanie i późniejsze wnioskowanie o zbadanie konkretnych przepisów). Elektorat popierający rząd doceniał taką niezawodność prezydenta, ale w maju stopniał w tempie, które Bronisława Komorowskiego zszokowało…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu