Dawny azjatycki tygrys wychodzi z największej recesji od drugiej wojny światowej. Kosztem wielkich długów
Ekonomiści widzą już sygnały ożywienia. Ale Japonia wzrost PKB kupiła na kredyt, który spłacać będą następne pokolenia.
Japonia — druga pod względem PKB gospodarka świata — wreszcie wygrzebuje się z recesji. Po dwóch latach, kiedy gospodarka skurczyła się o ponad 5 proc., do azjatyckiego podupadłego tygrysa wreszcie wraca wzrost gospodarczy.
— Japonia weszła na ścieżkę ożywienia, choć umiarkowanego. W 2010 r. PKB urośnie o 1,2 proc., a w przyszłym o 1,7 proc. — prognozuje Kazuhiko Yano, główny ekonomista Mizuho, jednego z największych banków w kraju.
Tygrys w potrzasku
Kryzys w Kraju Kwitnącej Wiśni wybuchł znacznie wcześniej niż w reszcie świata. Silne umocnienie jena do dolara pod koniec 2007 r. (obniżające konkurencyjność eksportu) połączone z wyhamowaniem w światowym handlu sprawiły, że gospodarka na początku 2008 r. przeżyła mocne tąpnięcie. W ciągu samego II kwartału 2008 r. PKB skurczył się o 3,7 proc. Trzęsienie ziemi, które dopadło rynki finansowe po upadku Lehman Brothers, dodatkowo pogrążyło gospodarkę. A przecież całe ostatnie dwie dekady były bardzo mizerne.
— To była najgorsza recesja w powojennej historii Japonii, z rekordowo wysokim bezrobociem, obniżeniem wynagrodzeń pracowników, deflacją i spadkiem inwestycji. Na szczęście końcówka ubiegłego roku pozwala mieć nadzieję, że recesja to już przeszłość — uważa Shalabh Kumar Singh, ekonomista Deloitte Research.
Japonię w górę ciągną przede wszystkim odbudowujące się inwestycje — zarówno kapitałowe, jak i mieszkaniowe. Kuleje cały czas konsumpcja. Ekonomiści nie spodziewają się poprawy, mimo że rząd próbuje ją sztucznie nadmuchać.
— Rząd stara się wzmocnić popyt konsumpcyjny programem socjalnym, zakładającym m.in. dodatek na dzieci [1,3 tys. EUR miesięcznie na dziecko — red.]. To jednak zbyt słaby impuls — ocenia Kazuhiko Yano.
Luźno do bólu
Wyprowadzanie gospodarki z recesji będzie drogo kosztować następne pokolenia. Dług publiczny Japonii rośnie w zastraszającym tempie. W przeliczeniu na jednego obywatela zadłużenie wynosi już 67 tys. EUR. Dla porównania — w Polsce to 4,5 tys. EUR. Dług Japonii wyniósł na koniec 2009 r. 219 proc. PKB (choć trzy dekady temu był taki jak w Polsce dzisiaj — 50 proc.) i dalej szybko rośnie. Międzynarodowy Funduszu Walutowy prognozuje, że do 2014 r. zbliży się do 250 proc. I gdzie tu sprawiedliwość? Grecja uznawana jest dziś za kraj stojący na skraju bankructwa, a przecież jej dług publiczny to około 120 proc. PKB.
"Japonia jest jednym z krajów o największym obciążeniu wynikającym z zadłużenia" — pisali w styczniu w komunikacie analitycy Standard Poor’s.
Tłumaczyli tak obniżenie perspektywy ratingu japońskich papierów skarbowych (choć nadal mają niezły rating AA). Permanentny wzrost zadłużenia to skutek pompowania przez japoński rząd pieniędzy w gospodarkę. Mimo słabych dochodów, wydatki budżetowe w 2010 r. będą rekordowe. Rząd chce wydać 92,3 bln JPY (750 mld EUR) — o 5 proc. więcej niż rok wcześniej. Pieniądze w gospodarkę wtłacza też bank centralny. W połowie marca zarząd Banku Japonii podwoił wartość programu pożyczek dla banków komercyjnych do 20 bilionów jenów (163 mld EUR). To jednak nie wystarczyło. Władze banku zastanawiają się nad kolejnym krokiem.
— Jeśli będzie to konieczne, bank centralny wprowadzi aktywną politykę — oświadczył dyplomatycznie w czwartek Hidetoshi Kamezaki, członek zarządu Banku Japonii.
Ta drobna sugestia oczywiście od razu znalazła poklask premiera Yukio Hatoyamy.
— Dopóki będziemy w deflacji, rząd będzie naciskał na bank centralny, by jeszcze mocniej wzmacniał płynność. Następnym krokiem Banku Japonii może być wydłużenie zapadalności pożyczek do sześciu miesięcy z obecnych trzech — komentuje Takahide Kiuchi, główny ekonomista Nomura Securities, w wywiadzie dla Bloomberga.
Konwencjonalna polityka monetarna luźniejsza już być praktycznie nie może. Najważniejsza stopa procentowa Banku Japonii — depozytowa — wynosi od listopada 2008 r. 0,1 proc.
Jacek Kowalczyk