Gram na boisku, które znam

Zaczynał skromnie — od stanowiska prezesa w jednej z największych firm transportowych w Polsce. Zaraz po studiach. Dziś Grzegorz Bielowicki ma 45 lat i przez grupę swoich funduszy zarządza aktywami o wartości około 1,5 mld zł.

Grzegorz Bielowicki musiał być wściekły. Na Holendrów. Spółka, którą im sprzedał, którą przez siedem lat restrukturyzował i wydobył z mułu finansowych tarapatów, wyraźnie traciła oddech w rękach nowego właściciela. To niby już nie jego sprawa. Naprawił, sprzedał, zarobił. Ale to musiało być frustrujące, bo to w tej spółce się opierzył. Zdobył pierwsze menedżerskie szlify i pierwsze poważne pieniądze. Jednak cudze problemy to czasem świetna okazja inwestycyjna. Odkupił to, co sprzedał. I ponownie zarobił.

Umowa ustna

Warszawa 1996 r. 23-letni zafascynowany polityką student zarządzania na tutejszym uniwersytecie został konsultantem funduszu Polish Investment założonego przez Amerykanów polskiego pochodzenia. Jak to się udało nieopierzonemu żakowi?

— Na tamtym etapie życia jeszcze nie wiedziałem, co chcę robić. Interesowałem się polityką. Byłem aktywny. Trochę przypadkiem poznałem Josefa Blassa, polskiego emigranta z marca 1968 r. — opowiada Grzegorz Bielowicki.

Josef Blass, emigrant, profesor matematyki i biznesmen. Pomagał polskiej opozycji przez cały czas pobytu na emigracji, a po 1989 r. zaczął w Polsce również inwestować i namówił do tego wielu innych Amerykanów. Wcześniej w USA zrobił oszałamiająca karierę — zarówno naukową, jak i prowadząc swój fundusz inwestycyjny. Działał na rzecz Solidarności i aktywizacji biznesu w Polsce, za co został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w 1999 r.

— Sam również inwestował w Polsce. Osobie, która nie była w tym kraju na stałe i od ponad 30 lat żyła w kapitalistycznych realiach, względnie trudno było znaleźć tam biznesowych partnerów. Zaprosił mnie do USA. Studiowałem pod jego kierunkiem zasady funkcjonowania funduszy emerytalnych, poznawałem biznes. Dostałem unikatową wówczas szansę — wspomina Grzegorz Bielowicki.

Kiedy wrócił do Polski, Josef Blass poprosił go, by przyjrzał się finansom jednej ze spółek, w którą zainwestował w Polsce. Firmy Euroad, przewoźnika z flotą 90 samochodów. Egzamin?

— Zbieg okoliczności. Ale w ten sposób zostałem dyrektorem finansowym — mówi Grzegorz Bielowicki.

Wówczas uważano go za zbyt młodego menedżera (miał niespełna 25 lat), dlatego nadal szukano prezesa. Po kilku miesiącach właściciele zmienili zdanie. Grzegorz Bielowicki stał się jednym z najmłodszych szefów w Polsce i najmłodszym w branży transportowej. Wyzwanie. Pierwsza poważna praca, i to od razu na fotelu prezesa. Do tego ten mało prezesowski wiek, 25 lat. Nie przejmował się, co branża o nim sądzi, zajął się restrukturyzacją i rozwojem firmy. Młody prezes dokonał roszad w kierownictwie, zmienił wizerunek firmy, popracował nad zwiększeniem skali działalności przedsiębiorstwa. Pięć lat po objęciu prezesury Euroad stał się drugim po Pekaesie przewoźnikiem w Polsce. Przychody firmy zwiększyły się dziesięciokrotnie, miała flotę 500 aut, rozpoznawalną markę, kontrakty z międzynarodowymi potentatami i zyski. Żeby nie było zbyt łatwo, Grzegorz Bielowicki równolegle studiował. W rezultacie ukończył z wyróżnieniem Graduate School of Business na University of Chicago.

— Do dziś nie wiem, jak to się udało i jak moja rodzina to akceptowała — śmieje się przedsiębiorca. Ważne dla jego późniejszych losów było to, że kiedy zasiadał w miękkim fotelu szefa, wynegocjował z właścicielami spółki, inwestorami funduszu Polish Investment, że jeżeli uda mu się wyprowadzić firmę na prostą, dostanie 10 procent udziałów.

— To była ustna umowa. Ot, obiecano mi 10 proc. — wspomina Grzegorz Bielowicki. Świetnie funkcjonujący i nowocześnie zarządzany wówczas Euroad szybko przyciągnął zainteresowanych. Transportowa rola Polski rosła, byliśmy w przeddzień wstąpienia do Unii Europejskiej. Potencjał ogromny. Dostrzegła go holenderska grupa logistyczna VOS.

— Zaproponowała tak dobre warunki zakupu Euroadu, że nie mogliśmy nie skorzystać. Sprzedaliśmy firmę z dużym zyskiem, a ja dostałem swoje 10 procent. Pierwsze poważne pieniądze — mówi Grzegorz Bielowicki.

Przedsiębiorca, a nie bankier

Zgodnie z kontraktem zobowiązał się jeszcze przez jakiś czas zarządzać Euroadem. Ale dostał od nowych właścicieli zgodę na prywatne inwestycje.

— Już wtedy wiedziałem, że nie chcę być korporacyjnym prezesem. Inwestowanie, restrukturyzacja, bycie blisko biznesu — to mnie interesowało. Tym bardziej że udało mi się to z Euroadem — twierdzi Grzegorz Bielowicki. Założył Tar Heel Capital i za pomocą kapitału własnegooraz inwestorów z Północnej Karoliny zaczął szukać firm, których potencjał można było uwolnić. Zaczęli się rozglądać. Przeprowadzili kilka inwestycji. Co ciekawe, jedną z nich (w 2007 r.) był… Euroad (któremu Holendrzy po przejęciu zmienili nazwę na Vos Logistics Polska). W niespełna pięć lat od sprzedaży. Po świetnie funkcjonującej spółce nie było śladu. Firma straciła zaufanie klientów. Stała się de facto bazą tanich kierowców. Grzegorz Bielowicki dowiedział się od swoich byłych pracowników, że VOS chce zamknąć spedycyjną część biznesu.

— Zaproponowałem, żeby biznesu nie zamykali, i go kupiliśmy. Znaliśmy branżę i zdiagnozowaliśmy problemy do rozwiązania. Nie bez znaczenia był zespół, który znałem i mogłem na nim polegać — wspomina i z tryumfalnym uśmiechem dodaje, że zapłacił wielokrotnie mniej niż onegdaj Holendrzy jemu.

W ten sposób w portfelu Tar Heel Capital pojawiła się spółka Apreo, czyli część dawnego Euroadu. Grzegorz Bielowicki po raz kolejny zrobił to, co potrafi najlepiej. Zrestrukturyzował, poprawił, wzmocnił (m.in. przejmując i włączając do Apreo operatora logistycznego Equus) i odsprzedał z zyskiem. Apreo zostało przejęte przez CH Robinson, który w ten sposób wszedł na rynek Europy Środkowej. Przedsiębiorca nie kryje zadowolenia i dumy, zwłaszcza że to była dobra transakcja dla niego, dla kupującego i dla pracowników. CH Robinson jest nadal zadowolony z przeprowadzonej transakcji, a pracownicy firmy robią kariery w globalnej korporacji. CH Robinson w Polsce wciąż kieruje Arkadiusz Glinka — były prezes Apreo. Tę sztukę udało się powtórzyć w innej branży. Kupioną wraz z zarządem w 2006 r. cynkownię ogniową w Obornikach po szybkiej restrukturyzacji na fali giełdowego entuzjazmu sprzedał z kilkunastokrotnym zyskiem do Grupy Kapitałowej FAM. Po kilku latach obciążony długiem holding FAM podupadł i w drodze giełdowego wezwania Tar Heel Capital Bielowickiego przejął już nie jedną, lecz trzy cynkownie i dzięki udanym akwizycjom zarządza dziś największą grupą cynkowniczą w Polsce. Tar Heel Capital zrealizował w Polsce ponad 20 inwestycji. Trudno znaleźć dla nich wspólny branżowy mianownik.

— Szukamy firm z dużym potencjałem wzrostu i unikalnym produktem lub modelem biznesowym. Brzmi to trywialnie, ale to nie są łatwe inwestycje. Najczęściej polski mały i średni biznes i jego właściciel to jeden organizm. To jego siła i przekleństwo. Trzeba wiedzy, cierpliwości i chirurgicznej precyzji, by te byty rozdzielić i uwolnić potencjał rozwoju — zaznacza Grzegorz Bielowicki.

W jego portfelu znajdziemy obok cynkowni ogniowych producenta robotów przemysłowych, urządzeń dla energetyki, sieć centrów medycznej diagnostyki obrazowej czy producenta maszyn vendingowych. Fundusz chce być większościowym udziałowcem, ale nie zarządza na co dzień firmami, w które inwestuje.

— Angażujemy się w nasze inwestycje. Pracujemy z zarządami i robimy wszystko, żeby zrealizować strategiczne założenia, które mają sprawić, by inwestorzy branżowi zabijali się o spółkę w momencie jej sprzedaży. Musimy jednak pamiętać, że o atrakcyjności przedsiębiorstwa świadczy jego niezależność od właściciela — twierdzi biznesmen.

Sekret THC

Grzegorz Bielowicki powołał do życia Tar Heel Capital (THC) przy wsparciu inwestorów z Północnej Karoliny. Założył go, gdy się zorientował, że koleżeńskie dotychczas inwestycje noszą znamiona funduszu.

— Dziś ponad połowa naszych środków pochodzi od zespołu, który nimi zarządza. Drugą połowę powierzają nam zagraniczne instytucje finansowe — wyjaśnia biznesmen.

Dziś THC to ponad 1,5 mld zł aktywów, kilkanaście spółek i trzy fundusze. Poza funduszem private equity, skupionym na średnich transakcjach, gdzie według Grzegorza Bielowickiego kreowanie wartości jest dużo łatwiejsze, jest też Tar Heel Capital Globalnej Innowacji FIZ i fundusz venture — Tar Heel Capital Pathfinder, który sam tworzy technologie, kompletuje zespoły i buduje start-upy.

— Nasze fundusze łączy inwestowanie w miejscach, w których jesteśmy w stanie zapewnić znacznie więcej niż tylko pieniądze. Fundusz Private Equity pomaga polskim firmom budować sprzedaż zagraniczną i profesjonalizować zarządzanie. W Pathfinderze, w bardzo trudnym inwestycyjnie środowisku venture capital, budujemy firmy i rozwiązujemy problemy technologiczne. W funduszu Globalnej Innowacjacji FIZ jeździmy po świecie, szukając firm, lokalnych liderów, które wchodzą do świata wielkiego kapitału — wylicza Grzegorz Bielowicki.

Portfel THC udowadnia, że wcale nie trzeba robić wielkich biznesów, by trafić do grupy najbardziej rozpoznawalnych polskich menedżerów. Sposób zarządzania firmą to kolejny dowód na to, że umiejętne łączenie sentymentów z biznesem to dobra droga.

— Z moich życiowych doświadczeń wyciągnąłem kilka lekcji, które teraz pilnie odrabiam. Pierwsza to przestrzeganie ustnych zobowiązań. Drugą jest słuchanie mądrzejszych, bo to pozwala zaoszczędzić. Trzecią jest to, że warto stawiać na młodych — wykłada Grzegorz Bielowicki.

Rzeczywiście, niemal cały zespół THC to młodzi ludzie, dla których Fundusz Bielowickiego ma być miejscem zawodowego rozwoju i realizacji profesjonalnych ambicji w koleżeńskiej atmosferze.

— Najlepszy przykład? Mój obecny wspólnik Andrzej Różycki. Przyszedł do nas na staż — mówi Grzegorz Bielowicki.

Zespół jest dla niego bardzo ważny, co często podkreśla. To, czego nie mówi, widać. To niezwykle przyjacielski facet. Taki biznesowy podmiot liryczny. Z tym że szczęśliwy. W umiejętny sposób łączy sentyment z twardą kalkulacją. Potrafi postawić na swoim, ale nie jest przy tym obcesowy. Do bycia sentymentalnym nie przyznaje się chętnie. Na ścianie w jego biurze wisi plakat — słynne „w samo południe”, zachęcające do udziału w czerwcowych wyborach w 1989 r., z autografem Lecha Wałęsy. Z szacunku dla byłego prezydenta, ale nie tylko.

— Zgoda, jestem sentymentalny. W 1989 r. wspólnie z kolegami z liceum rozwieszałem takie plakaty w Krośnie, gdzie mieszkałem. Sentymenty są. Nawet jeśli się o tym nie mówi. A zupełnie poważnie: przestrzegam zasad i historyczne doświadczenia oraz wartości i stare przyjaźnie są dla mnie ważne, lubię wspominać. Ale nie pozwalam, by sentymenty przesłoniły rozsądek. To pewnie dlatego raczej już nie zainwestuję w branżę transportową, choć dobrze ją wspominam. Dziś to wyjątkowo trudna część rynku. Zbyt wiele się zmieniło, by sentymenty wystarczyły. Biznes na kształt tego z Apreo jest w tej branży obecnie bardzo trudny do powtórzenia — twierdzi przedsiębiorca.

Najlepsze miejsce

Grzegorz Bielowicki nie upaja się sukcesem. Nie szasta pieniędzmi. Wyjątek? Lotnictwo. Twierdzi, że je kocha, ponieważ rozszerza perspektywę — uczy szacunku dla przyrody i wymaga rygorystycznego przestrzegania zasad, a zarazem pozwala panować nad maszyną. W życiu trzeba mieć odskocznię. Kilkanaście lat temu został pilotem zawodowym. Ma samolot. Trudno się do niego dodzwonić, kiedy siedzi za sterami.

— Latam od 17 lat. Najpierw małą turystyczną Cessną, którą kupiłem z kolegami. Wtedy było to tylko hobby i sposób na oderwanie się od przyziemnych spraw. Z czasem zmieniłem samolot na taki, który można wykorzystać także w biznesie, który jest szybszy i niezawodny — opowiada Grzegorz Bielowicki. A licencja zawodowa? Cóż, nie dopuszczał myśli, że najlepsze miejsce w jego samolocie będzie zajmował facet, któremu on będzie za to płacił.

— Gdy nie używam samolotu, wynajmuję go innym. Za sterami siada wtedy liniowy pilot. To doskonałe połączenie biznesowej potrzeby, hobby i finansowej roztropności — twierdzi Grzegorz Bielowicki. Kilka lat temu jego amerykańscy mentorzy, w tym Josef Blass, przeszli na biznesową emeryturę. A Grzegorz Bielowicki? 45-letni emeryt rentier z samolotem? To pachnie nieustającymi wakacjami w tropikach...

— Nie. To jak z lataniem. Kocham swoją pracę i jeszcze minie trochę czasu, zanim oddam stery, choć wiem, że mamy w Tar Heel Capital zespół, który potrafi pracować beze mnie. Poza tym mam trójkę dzieci, w tym dwoje maluchów, które muszą widzieć, że ojciec wychodzi do pracy — konkluduje Grzegorz Bielowicki. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Gram na boisku, które znam