Granica nie może paraliżować handlu

Jacek Zalewski
opublikowano: 2008-03-31 00:00

Wyczarterowany od tanich linii Centralwings na piątkową wizytę premiera Donalda Tuska na Ukrainie samolot Boeing 737 okazał się pojemny — między innymi zabrała się nim pokaźna reprezentacja biznesu. W Kijowie została uzupełniona przez kilku menedżerów, którzy dotarli samodzielnie. Obecna była pierwsza liga szefów spółek skarbu państwa z obszaru energetycznego, bankowości i rynku kapitałowego oraz niektóre firmy prowadzące interesy na Ukrainie, w tym na przykład medialny potentat ITI. Polityczny skład delegacji także był niezwyczajny, jako że pierwszy raz z szefem rządu wybrał się za granicę współkoalicjant Waldemar Pawlak — mniej w charakterze wicepremiera, a głównie jako minister gospodarki.

Wieczorem po przylocie, w wigilię wizyty, polska grupa biznesowa odbyła w kijowskiej rezydencji (w której w poniedziałek stanie na nocleg prezydent George W. Bush) robocze spotkanie z oboma premierami — do czego w kraju okazja się nie trafia. Nawet na styczniowym kongresie pracodawców byli i Tusk, i Pawlak, ale minęli się w czasie. W Kijowie przedsiębiorcy otwarcie przedstawili bolączki prowadzenia interesów z Ukrainą. Dla ich powodzenia absolutnie niezbędny jest obustronny parasol polityczny. Wśród uczestników polsko-ukraińskich forów biznesowych — takie odbyło się również na zakończenie wizyty, z udziałem premierów — po naszej stronie zauważalna jest postępująca zmiana składu (nadal przeważają spółki skarbu państwa, ale coraz więcej bywa mniejszych firm prywatnych), za to po tamtej wciąż dominuje absolutnie sektor państwowy oraz rozbudowana administracja gospodarcza.

Ciekawostką biznesowego forum było przekazanie przez Donalda Tuska bezpośrednio Julii Tymoszenko napisanej na gorąco oferty pilnej dostawy półtusz wieprzowych, którą pani premier natychmiast się zainteresowała. Taki publiczny deal, zawierany przez osoby na takich stanowiskach, ma wymiar głównie propagandowy, ale dla biznesu jest czytelnym sygnałem intencyjnym. Tym ważniejszym, że po naszym wejściu do strefy Schengen polsko-ukraińska granica stała się kordonem, paraliżującym obrót towarowy, zwłaszcza w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw.

Na szczęście w piątek oboje premierzy wreszcie podpisali tak oczekiwaną umowę o małym ruchu granicznym. Środowiska polskie z ogromnym zawodem przyjęły pominięcie w niej Lwowa — niestety, miasto leży za daleko, a unijne przepisy są rygorystyczne. Bezwizowy pas wyłączony z Schengen sięga po obu stronach tylko 30 km, z wyjątkowym poszerzeniem do 50 km w miejscach, gdzie tak się układają granice jednostek administracyjnych (po stronie ukraińskiej rejonów, po naszej gmin). A zatem lwowiacy po staremu będą się tłoczyć po wizy w patologicznych kolejkach do konsulatu. Natomiast można spodziewać się ogromnej biznesowej aktywizacji nadgranicznego pasa — przynajmniej na papierze, jako miejsca rejestracji firm oraz formalnego zamieszkiwania przedsiębiorców.

Jacek Zalewski