Grecka gospodarka na 24 godziny stanęła w miejscu. Związki zawodowe strajkiem generalnym chcą zablokować forsowany przez rząd Antonisa Samarasa program cięć wydatkowych, uzgodniony wcześniej z Europejskim Bankiem Centralnym, Komisją Europejską i Międzynarodowym Funduszem Walutowym (tzw. trójka).

Zamknięte są szkoły, przychodnie lekarskie (szpitale działają na zasadach wyjątkowych), poczta, ministerstwa, urzędy państwowe, a z dużymi zakłóceniami funkcjonuje transport publiczny. Do strajku przyłączyły się też uzwiązkowione firmy prywatne. Strajkują pracownicy banków, dziennikarze, zamknięta jest większość dużych firm produkcyjnych i sklepów.
Znikające miliardy
— Wysyłamy sygnał do rządu i trójki, że program cięć i tak nie zostanie wprowadzony w życie, nawet jeśli parlament się uprze i przegłosuje go wbrew nam. Strajk dowodzi, że dni tego rządu są policzone — mówił w Atenach do demonstrantów Jorgjos Harisis, jeden z przywódców ADEDY, centrali związków zawodowych sektora publicznego.
Rząd stara się przeprowadzić przez parlament kolejny plan oszczędności w sektorze publicznym. Program zakłada m.in. cięcia wynagrodzeń, emerytur i zasiłków, co miałoby w latach 2013-14 ograniczyć wydatki budżetu o 11,5 mld EUR. Według 90 proc. Greków, planowane zmiany są niesprawiedliwe i uderzają w ubogich — wynika z sondażu instytutu MRB. Jednocześnie jednak 63 proc. opowiada się za tym, żeby Grecja pozostała w strefie euro.
— Ludzie chcą tym strajkiem pokazać premierowi, że czują się już zranieni ciągłymi wyrzeczeniami i że powinien on domagać się od trójki złagodzenia warunków — mówi Dimitris Mawros, dyrektor badań MRB, agencji Reuters.
Strajk generalny nie pomaga jednak kondycji greckiej gospodarki.Gdyby założyć, że cała miniona środa wypadła z greckiego kalendarza, oznaczałoby to ponad 0,8 mld EUR straty — o tyle mniejszy byłby grecki PKB (przy założeniu, że w III kw. 2012 r. PKB Grecji wyniesie 54,4 mld EUR, czyli nominalnie o 5 proc. mniej niż przed rokiem, oraz że w dzień roboczy wytwarzany PKB jest pięciokrotnie większy niż w weekendy i święta). W całym 2012 r. grecki PKB byłby więc o 0,4 proc. mniejszy, niż gdyby w środę gospodarka pracowała normalnie. Nawet przy 6-procentowej recesji to bolesny ubytek.
— Każdy stracony dzień to zła wiadomość, bo oddala Greków od przezwyciężenia kryzysu, w jakim się znaleźli — mówi Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.
Dobrobyt na barykadach
A to nie koniec przestojów w pracy. Na najbliższe kilkanaście dni kolejne strajki zapowiedzieli już m.in. greccy sędziowie, lekarze, nauczyciele i pracownicy sektora energetycznego. Tymczasem w Polsce (przynajmniej w ostatnich 20 latach) sytuacja jest odwrotna — im gorsza jest sytuacja gospodarcza, tym mniej jest strajków.
Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że najwięcej strajków (definiowanych jako przerwanie pracy w zakładzie na przynajmniej godzinę) odnotowuje się wtedy, kiedy gospodarka jest rozgrzana do czerwoności.
W 2008 r. GUS odnotował astronomiczną liczbę 12,8 tys. strajków (w tym głównie falę protestów w szkołach). W kryzysowym 2009 r. było ich już tylko 49. W 2002 r., kiedy bezrobocie dobijało do rekordowych 20 proc., GUS zanotował tylko jeden przypadek strajku.
— Polacy rozumieją, że okres kryzysu to najgorszy czas do podnoszenia roszczeń. Kiedy rośnie bezrobocie, szanse na wywalczenie np. podwyżek płac są bardzo małe. Strajków przybywa natomiast, kiedy koniunktura jest lepsza. Ludzie widzą, że gospodarka rośnie, a sytuacja na rynku pracy się poprawia. Z jednej strony nie boją się już utraty pracy, a z drugiej — chcą w większym stopniu korzystać z dobrodziejstw nasilającego się wzrostu — tłumaczy Jarosław Janecki, główny ekonomista Societe Generale.
W Hiszpanii też gorąco
Coraz bardziej burzliwe zamieszki wybuchają w Madrycie. Od wtorku tysiące osób protestujących przeciwko programowi cięć próbują okrążyć budynek parlamentu. Policja aresztowała wczoraj 35 demonstrantów, 64 osoby zostały ranne. W dodatku coraz głośniej niepodległości domagają się władze Katalonii, bogatego regionu, odpowiadającego za 20 proc. PKB Hiszpanii. Indeks giełdy w Madrycie spadł wczoraj o 4 proc., a rentowność 10-letnich obligacji Hiszpanii wróciła powyżej 10 proc.