Halo, tu koniec świata

Karol Jedliński
opublikowano: 18-07-2007, 00:00

SP9MRO wyprawił się, nie sam, na 3B6. Osiem osób, kilkaset kilo sprzętu i kilka dni podróży. Wakacje krótkofalowców na zagubionej na Oceanie Indyjskim wyspie.

Na co dzień Witold Onaczyszyn jest poważanym biznesmenem z branży nowoczesnych technologii. Piastował wysokie funkcje w wielu firmach informatycznych, od kilku lat prezes NTI, integratora systemów informatycznych. Kiedy powiesi krawat w szafie, lubi pojechać na działkę na Podkarpaciu. Nie po to, by złapać opaleniznę, kopiąc ziemniaczki czy pieląc grządki. Jedzie tam, żeby połączyć się ze światem, uprzednio z pasją grzebiąc w elektronice i poprawiając anteny. A słońce najlepiej łapać gdzieś w tropikalnych klimatach.

— Zwiedziłem ponad 120 krajów. Łączyłem się już pewnie ze 200 tysięcy razy — wylicza Witold Onaczyszyn.

Łączy się od kilkudziesięciu lat za pomocą sprzętu krótkofalarskiego. SP9MRO to jego znak, jakby radiowy podpis. 3B6 to oznaczenie celu na Oceanie Indyjskim, maleńkiej wyspy Agalega, znanej z żyjących tylko tam jaszczurek gecko Phelsuma borbonica agalegae.

Podkarpacie na oceanie

Bite 935 km słonej wody od Mauritiusa. Połączenia radiowe z tym rejonem świata to rzadkość i gratka. Słowem — świetne miejsce na wyprawę krótkofalarską.

— Takie ekspedycje organizuje się na całym świecie, szczególnie w USA, Rosji czy w Niemczech — tłumaczy prezes NTI, prywatnie właściciel jednej z największych stacji krótkofalarskich w Polsce.

Polacy z antenami też bywają w świecie. W dwie, trzy osoby byli na przykład na pustyni Atakama w Chile i na Wyspie Wielkanocnej.

— Wyprawa na Agalegę była jednak rekordowa pod względem liczby uczestników, zaangażowania środków oraz sprzętu, a także liczby pasm i emisji — tłumaczy Wiesław SP4Z, członek klubu SP DX zrzeszającego polskich miłośników dalekosiężnej łączności radiowej.

Po co pchać się na koniec świata z kupą żelastwa, skoro można pogadać z całym światem z domku na Podkarpaciu? Krótkofalowcy nie mówią tego wprost, ale chodzi zapewne o element rywalizacji. To wielka frajda móc nawiązać i zapisać tysiące połączeń z różnymi osobami z wyspy na oceanie. Podobno to gratka dla tych, którzy ze swoich altanek zetkną się z ludźmi z odległych zakątków globu.

— Kilka lat temu sensacją było, gdy Gruzin dostał na krótko pozwolenie na pracę z radiem w Korei Północnej. Zdążyłem go „zaliczyć” — opowiada prezes NTI.

Ponadto wyprawa daje możliwość sprawdzenia sprzętu i umiejętności w nowych warunkach.

Rosjanie w akcji

Nieszkodliwe maniactwo, można pomyśleć.

— Za pośrednictwem człowieka z Mauritiusa staraliśmy się z kolegą o licencję przez kilkanaście miesięcy — wspomina Witold Onaczyszyn.

Władze Republiki Mauritiusu kochają turystów, ale niezbyt chętnie wydają pozwolenia krótkofalowcom. Jest ich tam aktywnych ponoć tylko sześciu.

— Miejscowi, lubujący się w urzędniczym ping-pongu, nie mieli przetrenowanej ścieżki. Bo co zrobić z gościem z Europy, któremu odbija i chce na wyspy radio wieźć — uważa Witold Onaczyszyn.

Żeby zmieścić się w kosztach, których ważnym składnikiem było lotnicze cargo i wynajem jachtu na rejs na wyspy, wyprawa musiała liczyć więcej osób. Kiedy budżet został prawie zapięty, ekipa zebrana, okazało się, że koszty wynajmu katamaranu z Mauritiusa wynoszą nie 20, lecz 35 tys. euro.

— Odwołaliśmy wyprawę. Powiadomiliśmy krótkofalowców ze świata, że nie jedziemy. Zaczęliśmy oddawać pieniądze, które ludzie wpłacali na fundusz wyjazdu. Wtedy do akcji wkroczyli Rosjanie — opowiada szef NTI, jednocześnie kierownik wyprawy.

Z Rosjanami, jako że etykieta krótkofalarska zabrania m.in. rozmów na tematy polityczne, polska brać się lubi. Rosjanie zebrali brakujące fundusze i znów trzeba było wszystko odkręcać.

Kronikarz choruje

Pojechali w połowie czerwca, ze wsparciem „PC World Komputer”, National Geographic Channel i Canal Plus. Mieli własną stronę WWW, koszulki, banery i znaczek wyprawy: wysepka z anteną obok palmy.

— Zaczęło się nieźle, jak za dawnych czasów. Orkiestry wprawdzie nie było, ale wypływaliśmy katamaranem w asyście dziennikarzy stłoczonych na eskortującym nas do wyjścia z portu kutrze — relacjonował z wyprawy Wojciech Jedliczka, SP5BFX.

Potem zaczęły się schody. Pozwolenie okazało się niekompletne. Wreszcie, po wypłynięciu w morze, wiatr rozbujał łódkę do kilkunastu węzłów. Fale sięgały sześciu metrów z racji aktywności wulkanu na pobliskiej wyspie Reunion.

— Połowa z czterech członków załogi i większość naszej ekipy dostała w kość. Choroba morska wzięła ich na całego, nasz kronikarz też rzadko wychodził na pokład — śmieje się Witold Onaczyszyn.

Sam nie czuł się najgorzej, ale o spaniu nie było mowy. „Josephine” wspinała się na falę pod kątem 45 stopni, by po chwili z impetem runąć w dół, wydając odgłos jak po uderzeniu młotem.

— Wraz z żoną, zapalonym krótkofalowcem, lataliśmy po całej kabinie — relacjonuje kierownik wyprawy.

Szczury po kurach

Oceaniczne balety miały swoją kontynuację. Następnego dnia zgasł silnik zasilający generator, padła elektronika. Potem katamaran stracił główny żagiel. Kilka godzin później zniszczeniu uległ fok.

— Nie mamy już żagli — obwieścił Wojciech Jedliczka.

Prędkość spadła do dwóch węzłów, a wiatr ciągle niekorzystny, ile dni jeszcze tego bujania?

— Wzięliśmy się do roboty. Uruchomiliśmy swoje radio, zmontowaliśmy własną antenę i odpaliliśmy nasze generatory. Gdyby nas tam nie było, to nie wiem, czy załoga by uszła z tej przygody z życiem — uważa Witold Onaczyszyn.

Udało się nawiązać kontakt ze strażą przybrzeżną. Zapadła decyzja o skierowaniu się na bliższe od Agalegi wyspy St. Brandon. Samolot zwiadowczy zlokalizował „Josephine” i jako holownik podpłynęła malutka łódź rybacka „Quo vadis 1”.

— W doskonałych humorach wyglądaliśmy lądu — pisał Wojciech Jedliczka.

Udało się ekspresowo załatwić pozwolenia na nadawanie z St. Brandon, ponoć interweniował premier Republiki Mauritiusu. Wreszcie ląd, malutki i piaszczysty, ale zawsze. Główna z 22 wysp, Raphael, eksploatowana przez kompanię rybacką, nie zachwycała.

— Mieszkanie w barakach, woda tylko deszczówka, tysiące atakujących rano białych i czarnych ptaków. Jak u Hitchcocka — porównuje szef NTI.

Trochę też jak w „Lost”. Gdzieniegdzie pozostałości po przetwórni ryb, betonowe bunkry. W nocy wyłaziły tysiące szczurów. Na wyspę ponoć przyniósł je cyklon, zabierając kury.

— Początkowo żona trochę popiskiwała, ale w końcu nawet jednego, co się ciągle w kuchni pojawiał, rozpoznawała. Wołała na niego Fredziu — opowiada kierownik wyprawy.

Sąsiednie wysepki to już małe bezludne raje otoczone rafami koralowymi. W tych pięknych okolicznościach przyrody rozstawili cztery komplety sprzętu nadawczego i przez kilkanaście dni szaleli na falach. Rezultat? Opalone twarze, ponad 45 tys. połączeń i plany kolejnych wypraw. Byleby tylko pozwolenie dali. n

Jaszczurki z olejem

Agalega składa się z dwóch podłużnych wysp (935 km na północny zachód od Mauritiusa), znanych od wieków przez ludy z rejonów Malezji i przez Arabów. Skolonizowali je Portugalczycy. W 1512 r. Don Pedro de Masceranhas nadał im nazwę Agalega na cześć jednego ze swoich statków. Druga wersja mówi o pochodzącym z Hiszpanii Jeanie Gallego, marynarzu pływającym pod portugalską banderą. Wyspy wchodzą w skład Republiki Mauritiusu. Zamieszkuje je na stałe 300 osób. Wystarczy ich na całe dwie osady, wśród kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych piasku. Na miejscu jest szkoła i posterunek policji. Hit eksportowy to olej kokosowy, hit przyrodniczy to unikatowe kilkunastocentymetrowe jaszczurki z rodziny gekonów.

Długie i mikro

Krótkofalarstwo polega na nawiązywaniu łączności radiowych na wielu pasmach radiowych — od fal długich, przez średnie, krótkie i ultrakrótkie, aż do mikrofal. Odbywają się też zawody. Polegają na nawiązaniu jak największej liczby połączeń. Żeby zostać krótkofalowcem, należy zdać egzamin potwierdzający m.in. znajomość alfabetu Morse’a.

45

tys. zł Tyle kosztuje najdroższa seryjna radiostacja.

30

tys. zł Tyle potrafi kosztować najlepsza antena.

1

tys. zł Tyle wystarczy, by zacząć krótkofalarską zabawę.

Gniazda na oceanie

Wyspy Saint Brandon, zwane są z hiszpańska Cargados Carajos, co przetłumaczyć można jako „zatłoczone gniazda bocianie”. Tworzą niewielki atol w archipelagu Maskarenów. Otaczają je rafy koralowe. Zajmują 1,3 km kwadratowego. Przy odpływie baraszkują w rafie małe rekiny, żółwie i płaszczki. Ląd porasta głównie trawa i palmy kokosowe. Sezonowo mieszka na nich (Albatross, Coco, Raphael) nawet kilkaset osób, głównie rybaków i meteorologów. Kiedyś na niektórych z 22 wysp wydobywano fosforany, jeszcze wcześniej dawały one schronienie piratom.

Odkryli je Portugalczycy podczas wyprawy do Indii. Wyspy przechodziły przez wieki w ręce Holendrów, Francuzów i Brytyjczyków, by w końcu stać się częścią Republiki Mauritiusu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu