Historyczne ścieżki Wojciecha Kruka

WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK
07-12-2012, 00:00

Mówi, że zwiedza przy okazji podróży służbowych. Jeździ samochodem, ciągle coś wiezie, kupuje, sprowadza... A kiedy wybiera się na targi, podróż trwa kilka dni — po drodze zawsze jest coś do zobaczenia.

Jesteśmy z żoną 33 lata po ślubie i mamy własne nawyki. Mam też swoje lata i paru rzeczy już mi się nie chce. Pogodziłem się z myślą, że do Tybetu już nie pojadę... A może pojadę? Ale chociaż się ruszam po świecie, nie mam już takiego szalonego pragnienia podróżowania. Dobrze się czuję, kiedy wypoczywam aktywnie. Gram w golfa i często urządzamy z przyjaciółmi weekendowe, a nawet tygodniowe wyjazdy golfowe. No i stale jeździmy na narty. Kiedyś nierozważnie stwierdziłem, że póki nie zdziadzieję, będę jeździł na nartach. Teraz muszę się tego trzymać — sam na siebie zastawiłem pułapkę. Zbliża się sylwester i — ponieważ specjalnie nie lubię spędzać tego wieczoru w smokingu na sali balowej — też pojedziemy na golfa. Noworoczny toast wypijemy na plaży gdzieś na Wyspach Kanaryjskich.

Przy okazji. Jestem poznaniakiem. A poznaniak to sknera. I tak sobie kombinuję — na przykład: kiedy jadę na Bijorhcę do Paryża (Bijorhca — targi wyrobów jubilerskich), wsiadamy z żoną do samochodu i jedziemy trzy dni. Biorę przewodnik i mówię sobie: jeszcze nie byliśmy tu i nie widzieliśmy tego zamku. To się zatrzymajmy! Uroczy hotelik, kolacja z dobrym winem i rano dalej w drogę. Cała nasza rodzina to pasjonaci historii. Powiem szczerze: podróżą, która najbardziej zapadła mi w pamięć, był wyjazd z synem i z katedrą historii naszego uniwersytetu na Ukrainę. Jechaliśmy autokarem, spaliśmy w bardzo biednych warunkach, często u osób polskiego pochodzenia. To chłonięcie historii polskich Kresów opowiadanej przez dwóch niesamowitych profesorów, którzy są znani z wiedzy, elokwencji i talentu do opowieści, anegdot — to była uczta. Wróciliśmy z synem podekscytowani.

Odurzeni historią i nową wiedzą... Potem był drugi raz. Gdy weszliśmy do Unii, ogłosiłem, że jedziemy szlakiem Radziwiłłów i Sienkiewiczowskiego Kmicica. I objechaliśmy Litwę, Łotwę, Estonię. Wyszukiwaliśmy, co możemy zobaczyć po drodze. Byliśmy w Połądze Tyszkiewiczów, w Birżach i Kiejdanach Radziwiłłów, w Zułowie, gdzie urodził się Marszałek Józef Piłsudski, w Piekliszkach i Druskiennikach — o Wilnie i Trokach nie wspominając.

Zderzenie z rzeczywistością. Takie podróże tropem historycznym są dla nas bardzo wartościowe i przyjemne. Choć nie zawsze — czasem trafiamy na ruiny ogrodzone płotem albo po prostu niszczejące bez dozoru — i wtedy jest nam przykro. Na przykład wjeżdżamy do Ołyki na Ukrainie, Ołyki — stolicy wielkiej ordynacji Radziwiłłów, a tam w starym zamku szpital psychiatryczny. Zaniedbane, zrujnowane dziedzictwo. Przytłaczające wrażenie — po zabytkowym parku snują się chorzy... Dwór w Wierzchowni, gdzie Hańska mieszkała z Balzakiem, pomalowany farbą olejną, a w nim uniwersytet ludowy. Toalety w parku na świeżym powietrzu, niezbyt miły zapach — usiąść i płakać... Ale to nasza historia. Wyobraźnia podpowiada, jak to było, jak wyglądało. I to jest wielka frajda.

Po drodze. Ostatnio jechaliśmy do Wenecji. I doszedłem do wniosku, że nigdy nie byliśmy w Czechach na Morawach Południowych. Zatrzymaliśmy się w Sławkowie na polu bitwy pod Austerlitz. Tam jest taka interaktywna prezentacja, gdzie które wojsko się znajdowało, jak przebiegała bitwa i ilu ludzi zginęło zakłutych bagnetami. Zwiedziliśmy też Jaskinie Punkvy na terenie Morawskiego Krasu, gdzie płynie się łódkami podziemną rzeką i można podziwiać przepaść Macocha, która sięga prawie półtora kilometra w głąb Ziemi. Takiej jaskini jeszcze nie widziałem. Te miejsca są znane, piszą o nich przewodniki, ale, niestety, mamy zakodowane w głowach, że niżej Luwru nie wchodzimy. Wiadomo, są miejsca, które stanowią lekturę obowiązkową zwiedzania.

Ale już je widziałem i wolę poszukać czegoś dla siebie, pod swoje zainteresowania. My, Kruki, wyszukujemy smaczki, miejsca, które budzą sentyment. I wszędzie wypatrujemy polskich śladów. Historii…

Szukając poloników. W Belgii zaskoczyły nas w muzeum wojskowym informacje o ogromnej roli Polaków w tworzeniu armii belgijskiej. Po upadku powstania listopadowego zaangażowano około stu oficerów polskich jako instruktorów i wykładowców. Pomagali Belgom tworzyć ich pierwszą armię między innymi generał Jan Zygmunt Skrzynecki, który w 1839 r. otrzymał nominację na generała armii belgijskiej, Ignacy Marceli Kruszewski, również generał belgijski. Twórcą i dowódcą kawalerii belgijskiej był Ignacy Skarbek Kruszewski, dowódca brygady ułanów w Malines, a następnie oficer przyboczny Leopolda I, mianowany w Belgii generałem. Wszędzie znajdujemy polskie ślady — a to Potocki, a to Czartoryski… Wielkie wrażenie zrobiło na mnie szwajcarskie Rapperswil. Byliśmy tam bardzo dawno, w 1979 r. — w Polsce komunizm, a tam Narodowe Muzeum Polskie z wielką ekspozycją o Katyniu i polskiej emigracji. To był dla nas szok, przecież wtedy obowiązywała teoria, że Katyń to Niemcy, a rząd londyński to reakcja.

Zwiedzanie pogłębione. Każdy ma swój pomysł na życie. Nie będę mówił, że mój jest najlepszy. Ktoś chce wejść na wysoką górę, ktoś inny leżeć na plaży, a ja chcę jeździć i oglądać. Gdy dzieci podrosły, robiliśmy podróże studyjne, np. sześciotygodniową trasę przez Stany Zjednoczone. Parki narodowe i Zachodnie Wybrzeże, ponad 6 tys. mil. Albo fiordy norweskie aż po koło podbiegunowe. Przy tym nie interesują mnie wielkie miasta. Kiedy byliśmy na Morawach, nie wjechaliśmy do Brna. Nie będę zwiedzał ulic i galerii handlowych. Nawet zamek w mieście mniej mnie interesuje niż zamek na górskim zboczu. Zamki nad Loarą są kapitalne — byliśmy tam trzy razy i mógłbym pojechać jeszcze raz. Zawsze odkrywa się coś nowego. Czy zamki Ludwika Szalonego — to temat sam w sobie. My praktykujemy takie oglądanie pogłębione z racji naszego zainteresowania historią. Kiedy wchodzę do takiego zamku, muszę wiedzieć, kim był ten Ludwik, w jakiej epoce działał, jakie były plusy jego życia, jakie minusy. Do czego doprowadziła jego polityka. Poza tym bardziej lubię, że tak powiem, ludyczny przekaz — gawędy, legendy, stroje z epoki, nawet postać woskową w zamkowej kuchni, pochyloną nad pracą. To daje więcej wiedzy, uruchamia wyobraźnię. Kiedy jedziemy na Bijorhcę, zatrzymujemy się w pobliżu Koblencji w pensjonacie u ujścia Mozeli do Renu. Tam zostajemy na parę dni. W okolicy i dalej na południe piękne widoki — zamki usadowione nad Renem, skała Lorelei, spokój, niepowtarzalna atmosfera. Zawsze wywozimy stamtąd kilka kartonów wina mozelskiego, którego wcześniej oczywiście próbujemy.

Wojciech Kruk

Poznański ekonomista z biznesowymi korzeniami. W latach 70. przejął rodzinny zakład — istniejącą od 1840 r. firmę rzemieślniczo- -jubilerską W. Kruk. — i stworzył potęgę jubilerską o tej samej nazwie. Członek Rady Krajowej Izby Gospodarczej oraz przewodniczący Wielkopolskiej Izby Przemysłowo- -Handlowej, członek Polskiej Rady Biznesu. Senator II, III i IV kadencji z województwa poznańskiego. Po wyjściu z rady nadzorczej Vistula Group bardzo zajęty wspieraniem swoich dzieci Ani i Wojciecha jr. w budowaniu i wprowadzaniu na rynek marki biżuteryjnej Ania Kruk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Historyczne ścieżki Wojciecha Kruka