Hutnicy ostrzegają przed blackoutem

Przedsiębiorcy prognozują dynamiczny wzrost zapotrzebowania na energię. Bez szybkiej rozbudowy mocy za pięć lat zabraknie prądu

Firmy energochłonne szykują się do energetycznej transformacji. Czekają na budowę elektrowni atomowej czy morskich farm wiatrowych oraz przetestowanie i wdrożenie do użytkowania instalacji tzw. małego atomu. Realizacja tych projektów jest czasochłonna, a firmom zależy na szybkiej realizacji inwestycji w odnawialne źródła, by zabezpieczyć rosnące zapotrzebowanie na energię. Hutnicy przestrzegają, że wkrótce jej zabraknie, bo elektryfikacja i dekarbonizacja znacznie zwiększą zapotrzebowanie.

- Dla hutnictwa i innych gałęzi przemysłu energochłonnego kluczowa jest elektryfikacja związana z dekarbonizacją oraz wdrożenie zasad gospodarki obiegu zamkniętego. Zmiana technologii na niskoemisyjną czy bezemisyjną spowoduje jednak znaczące zwiększenie zapotrzebowania na energię. W ciągu 12-15 lat zużycie energii elektrycznej w przemyśle wzrośnie o jedną trzecią, a może nawet o połowę – szacuje Jerzy Kozicz, prezes CMC Poland i przewodniczący Komitetu Środowiska Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Marek Kowalski, przewodniczący FPP szacuje, że samo zapotrzebowanie energetyczne polskich producentów stali wynosi obecnie 6 TWh rocznie.

- Elektryfikacja hut spowoduje, że wartość ta ulegnie ponad dwukrotnemu zwiększeniu. W przypadku zaś całkowitej dekarbonizacji zapotrzebowanie przekroczy 42 TWh, a więc ilość energii elektrycznej, jaką w 2019 roku zużyły wspólnie województwa mazowieckie, łódzkie oraz podlaskie. Będzie to jednocześnie więcej niż jedna czwarta obecnego całkowitego zapotrzebowania na energię elektryczną netto w Polsce, które wynosi 160 TWh. W tej sytuacji nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym ryzyko niewystarczającej podaży mogłoby zmaterializować się w postaci poważnych niedoborów i kryzysu całego systemu elektroenergetycznego – mówi Marek Kowalski.

Przed brakiem zasilania przestrzegają także sami hutnicy.

- Problemem jest to, że w Polityce Energetycznej Polski (PEP) nie uwzględniono prognozy wzrostu zapotrzebowania na energię. Zaplanowano jedynie odejście od węgla na rzecz gazu, atomu i energetyki wiatrowej na morzu. Dwa ostatnie z wymienionych źródeł zasilania będą jednak w dużej skali dostępne dopiero za kilka czy nawet kilkanaście lat. Tymczasem inwestycje w nisko czy zeroemisyjne źródła potrzebne są już teraz, bo w przeciwnym razie grozi nam za pięć lat blackout. Znowu będzie konieczność ograniczeń poboru – prognozuje Jerzy Kozicz.

Zrezygnujemy nie tylko z węgla, ale także z gazu

Jego zdaniem planowane przez rząd zastąpienie znacznej części źródeł węglowych zasilaniem gazowym, nie jest perspektywicznym rozwiązaniem, ponieważ wiele państw UE planuje ograniczyć na nie zapotrzebowanie. Przykładem jest nowa niemiecka koalicja, która zapowiedziała nie tylko przyśpieszenie odejścia od węgla, ale także od gazu. Jerzy Kozicz uważa więc, że instytucje finansowe, które dziś nie chcą finansować inwestycji w węglowe źródła energetyczne, za kilka lat nie będą też kredytować projektów z zasilaniem gazowym. Resort klimatu uznaje je jednak za bardziej efektywne niż zasilanie słoneczne czy przez lądowy wiatr. Promuje także morską energetykę wiatrową, która ma zacząć działać w latach 2027-28.

Wiatr od lądu
Wiatr od lądu
Wysokie koszty zakupu energii i praw do emisji CO2 motywują huty do dekarbonizacji. Przedsiębiorcy boją się jednak, że zanim doczekają się energii z morskiego wiatru czy atomu, zabraknie na rynku prądu. Fotowoltaika nie zaspokoi ich ogromnego zapotrzebowania, więc liczą na lądową energetykę wiatrową.
fot. Alex Kraus/Bloomberg

Firmom z branży hutniczej zależy na szybszych rozwiązaniach, by ustrzec się przed niedoborem w dostawach energii. Stawiają więc np. na rozwój w Polsce lądowej energetyki wiatrowej. Tymczasem rząd zakłada, że udział tego typu zasilania w miksie energetycznym w 2025 r. sięgnie 15 proc. a w 2040 r. spadnie do 11 proc.

Wystarczy zmienić przepisy, by zwiększyć zasilanie

Przedsiębiorcy liczą, że rząd wdroży zapowiadaną kilka miesięcy temu zmianę przepisów określających odległość lokowania lądowych farm, potocznie zwanych 10H. Dzięki temu możliwa byłaby liberalizacja zasad realizacji inwestycji w lądowe farmy wiatrowe. Resort rozwoju nie odpowiedział jednak na pytania “PB” dotyczące możliwości zmian prawnych.

Przedsiębiorcy apelują o zmiany, by odblokować inwestycje oraz przyśpieszyć procesy biurokratyczne.

- Zgodnie z obowiązującym prawem realizacja procesu uzyskania pozwoleń administracyjnych, niezbędnych do budowy elektrowni wiatrowej, licząc od rozpoczęcia starań do momentu rozpoczęcia budowy może trwać niemal pięć lat. I to bez uwzględnienia czasu potrzebnego na uzyskanie dofinansowania czy realizację przetargów – szacuje Marek Kowalski.

FPP apeluje o obniżenie kosztów wsparcia OZE. Szacuje, że przy obecnych cenach certyfikatów, koszty wsparcia systemu przekraczają 5 mld zł rocznie, z czego aż 95 proc. stanowią koszty systemu wsparcia opartego o certyfikaty. Przedstawiciele organizacji twierdzą, że system wsparcia OZE oparty o zielone certyfikaty, potwierdzający wytworzenie energii z odnawialnych źródeł, nie promuje nowych mocy, zapewniając jedynie zysk dla instalacji wytwórczych powstałych przed 2016 r, czyli przed okresem zaostrzenia przepisów utrudniających budowę lądowych wiatraków. Federacja zabiega też o obniżenie wliczanej do taryfy energetycznej opłaty jakościowej z 10,18 zł za MW/h do 6 zł oraz o zmianę przepisów dotyczących tzw. linii bezpośredniej między źródłem i odbiorcą prądu, by korzystający z niej przedsiębiorca nie musiał uzależniać się od jednego źródła.

Specjaliści z rynku OZE przekonują, że zmiana przepisów zwiększy dostępność zasilania, nawet bez dużych inwestycji.

- Konieczne są dwie zmiany o charakterze deregulacyjnym, dające możliwość przyłączenia instalacji OZE producenta, prywatną linią elektroenergetyczną, czyli tzw. linią bezpośrednią, do instalacji odbiorcy. Kolejna potrzebna zmiana dotyczy wprowadzenia możliwości współdzielenia infrastruktury przyłączeniowej przez więcej niż jedno źródło, np. wiatrowe i fotowoltaiczne, czyli tak zwany pooling – mówi Szymon Witoszek, dyrektor ds. rozwoju Onde z grupy Erbud.

Linie bezpośrednie dotychczas w Polsce nie powstawały, bo proces blokowała konieczność pozyskania decyzji z Urzędu Regulacji Energetyki. Dyrektywa 2019/944 wymaga jednak od krajów członkowskich liberalizacji przepisów dotyczących linii bezpośrednich, co znalazło odzwierciedlenie w projekcie nowelizacji prawa energetycznego.

Pooling natomiast nie jest w Polsce możliwy ze względu na wprowadzenie wadliwej definicji instalacji odnawialnego źródła energii do prawa energetycznego.

- Definicja ta wiąże bezpośrednio obiekt, jakim jest zakład wytwarzania energii z typem i charakterystyką techniczną urządzeń wytwórczych. Dochodzi do absurdalnych sytuacji, w których moce urządzeń korzystających z różnego rodzaju energii pierwotnej, np. wiatru i słońca, są ze sobą sumowane. Gdyby prawo energetyczne i zakłady energetyczne odnosiły się do rzeczywistych możliwości elektrowni jako całości, wówczas bez kosztownych ingerencji w istniejącą infrastrukturę, możliwe byłoby wprowadzenie do sieci około 30-40 proc. więcej energii z OZE w ciągu najbliższych pięciu lat – uważa Szymon Witoszek.

Podkreśla, że obecnie rośnie zainteresowanie zakupem energii z OZE.

- Energia odnawialna stanowi w całkowitym krajowym zużyciu około 13 proc., można zakładać, że popyt będzie w długiej perspektywie przewyższał podaż – twierdzi menedżer z Onde.

Cementownie też liczą na przyjazne prawo

Nie tylko huty apelują o poprawę przepisów, by usprawnić inwestycje w odnawialne źródła. Podobne postulaty mają cementownie.

"Potrzeba większej przewidywalności i stabilności legislacji. Złagodzenie tzw. ustawy odległościowej (10H red.) oraz uproszczenie zasad bilansowania miksu energetycznego dla producentów OZE sprzyjałoby rozwojowi sektora zielonej energii dla branży i przemysłu. Warto również rozważyć zwiększenie wsparcia dla magazynów energii. Niezbędne są również ułatwienia w uzyskiwaniu zgody na linie bezpośrednie, co pozwoliłoby przyłączyć źródła OZE bezpośrednio do sieci wewnętrznych zakładów z pominięciem Krajowego Systemu Elektroenergetycznego“ – twierdzi Dawid Robak, dyrektor finansowy i zakupów w Lafarge w Polsce.

W obecnych warunkach spółka też sobie jednak nieźle radzi, realizując Strategię zrównoważonego rozwoju do 2030 roku.

Przykładem dotychczas realizowanych inwestycji jest budowa farmy fotowoltaicznej o mocy 30MW na terenie byłej cementowni w Wierzbicy, która stanowi 10 proc. zapotrzebowania energii do produkcji cementu. Obecnie poszukujemy partnerów do budowy farm oraz w ramach formułach PPA. Na budynkach biurowych we wszystkich zakładach Lafarge zainstalujemy na początku 2022 r. panele fotowoltaiczne – dodaje Dawid Robak.

W cementowniach Kujawy i Małogoszcz wdrażane będą rozwiązania pozwalające na odzysk ciepła z pieca cementowego, co pozwoli na produkcję własnej energii do wykorzystania w procesie produkcji. Pozwoli to zaspokoić 10 proc. potrzeb energetycznych obydwu cementowni. Lafarge analizuje też projekty dotyczące produkcji energii w kogeneracji.

Szymon Witoszek, dyrektor ds. rozwoju Onde zapewnia, że coraz więcej podmiotów energochłonnych angażuje się w inwestycje OZE.

"Co ciekawe, branża handlowa, np. spożywcza, podjęła działania inwestycyjne szybciej niż duże przedsiębiorstwa przemysłowe z sektora chemicznego, paliwowego czy metalurgicznego. Najpopularniejsze obecnie rodzaje OZE to te, które są dostępne i najtańsze, czyli nowo budowane instalacje fotowoltaiczne i istniejące wiatrowe“ – wylicza Szymon Witoszek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.
Zieloną gospodarkę wspierają

Organizator

Puls Biznesu

Patroni honorowi

Ministerstwo infrastruktury Ministerstwo Klimatu i Środowiska Ministerstwo Rozwoju i Technologii

Polecane