I wy możecie mieć swoją Nokię

Zbigniew Kazimierczak
opublikowano: 2004-05-05 00:00

W sektorze IT raczej nie będzie już rewolucji. Za kilka lat na rynku pozostanie mniej graczy, ale większych i silniejszych.

„Puls Biznesu”: Zainwestowałby Pan teraz w akcje spółek informatycznych?

Jeff Henley: Gospodarka światowa zaczyna rosnąć. To musi się przełożyć na większe zamówienia usług IT. Wzrost rynkowej wartości spółek z tego sektora jest więc bardzo prawdopodobny.

Inwestorzy giełdowi pamiętają szaleńczą hossę internetową sprzed czterech lat. Czy to się może powtórzyć?

— Takiego jak w 2000 r. szaleństwa już nie będzie. Taka moda zdarza się raz na jakiś czas. Następna przyjdzie nie wcześniej niż za 50-60 lat. Teraz rynek się ustabilizował, a wyceny firm są oparte na wynikach finansowych i rzeczywistym potencjale wzrostowym. To jest rozsądne.

Które, Pana zdaniem, segmenty rynku będą rosły szybciej: tzw. stara gospodarka czy też przedsiębiorstwa oparte na zaawansowanych technologiach?

— Są takie dziedziny w IT, które na pewno będą rosły szybciej. W tej grupie znajdą się firmy, które same wymyślą coś nowego, a ich produkt trafi w gusty klientów. One wyprzedzą wszystkich — i IT, i starą gospodarkę. Nazw tych spółek jeszcze nie znamy. Wiele być może nawet jeszcze nie istnieje. Z drugiej strony sporo spółek informatycznych osiągnęło już taki poziom dojrzałości, że będą sobie rosły równo z gospodarką w ramach cykli koniunkturalnych.

A w ujęciu geograficznym?

— Tu zasada jest podobna. Są ustabilizowane kraje i takie, które rosną szybciej. W tej drugiej grupie jest też Polska, mająca szanse zostać najdynamiczniej rozwijającym się krajem Unii Europejskiej, a nawet jedną z najlepszych gospodarek w skali światowej.

Jaki scenariusz napisałby Pan dla sektora informatycznego na kilka najbliższych lat?

— Nawet tacy fachowcy jak Bill Gates nie przewidzieli oszałamiającej kariery internetu. Dlatego snucie wizji w przypadku IT jest bardzo trudne. Raczej nie przewiduję rewolucji technicznej. Moim zdaniem, rynek będzie się konsolidował. Za kilka lat pozostanie na nim mniej graczy, ale większych i silniejszych.

Czy takie kraje jak Polska mają szansę stać się znaczącym eksporterem oprogramowania, wzorem choćby Indii?

— W Indiach jest kilkaset tysięcy wykwalifikowanych informatyków. Do tego świetnie mówią po angielsku, dzięki czemu mogą swobodnie porozumiewać się ze swoimi szefami w USA. Zauważyłem, że nie tylko Oracle, ale także inne korporacje amerykańskie sporo inwestują obecnie w Europie Środkowej. Relacja między stopniem edukacji a kosztami pracy jest tu interesująca. Wiele zależeć będzie jednak od takich czynników, jak podatki czy regulacje prawne. Może się zdarzyć, że lokalna firma IT nagle stanie się globalnym graczem. Przykładem choćby fińska Nokia. To się może zdarzyć także i w Polsce.

A w jakim kierunku Pan poprowadzi swoją firmę?

— Oracle chce rosnąć szybciej niż cały sektor IT dzięki przejęciu większego obszaru rynku. Sposobem na to jest dotarcie do małych i średnich przedsiębiorstw. W Polsce takie właśnie przeważają. Do tej pory nasza firma była postrzegana jako dostawca usług dla międzynarodowych gigantów. Dostawca dobry, ale drogi. Ruszyliśmy więc ze strategią sprzedaży tańszego produktu dla mniejszych spółek.