IDM: na rynku futures nareszcie wzrosty

Marek Druś
opublikowano: 2002-07-17 17:40

Chyba nikt, a przynajmniej bardzo niewielu inwestorów, przewidywało taki przebieg sesji. Notowania rozpoczęły się poniżej ostatniej wczorajszej transakcji, a zamknięcie przewyższyło o ponad 40 punktów otwarcie. Takich rozmiarów białej świecy nie widziano na kontraktach indeksowych notowanych na GPW od dwóch miesięcy. Ale czy można już mówić o odwróceniu trendu? Wszystko jest uzależnione od tego, kto kupuje polskie akcje. Jeżeli chodzi o TPSA, to na pewno nie były to „polskie ręce”. Wydaje się, że bez pomocy sił z zewnątrz, nie bylibyśmy w stanie „wyciągnąć” jej o 8%. A skoro ktoś się naszą giełdą zainteresował, to może wzrosty jeszcze potrwają. O tym fakcie świadczą również obroty, które na spocie przekroczyły 230 mln.

Początek sesji był jednak mizerny. Otwarcie wyniosło 1151 pkt., w parę minut rynek urósł do 1156 pkt., by po krótkiej korekcie do 1152 pkt. wystrzelić na 1173 pkt. W zasadzie ten lokalny szczyt został ustanowiony w przeciągu pół godziny od rozpoczęcia obrotu akcjami. Potem rynek oddał kilka punktów i dalszą część sesji mozolnie odrabiał. Większy impuls przyszedł tuż przed 15.00. W przeciągu ostatniej godziny rynek zyskał dwadzieścia punktów, ostatecznie zamykając się kursem maksymalnym – 1192 pkt. Cała sesja przebiegała na dość dużym wolumenie obrotu – ponad 17 tys. sztuk.

Podobnie jak na wczorajszej sesji, również i dzisiaj, GPW była silnie powiązana z giełdami zachodnimi. Jedyny wyjątek, to jak zwykle skala wzrostów u nas i tam. Ostatnie minuty, to „gonienie” za Ameryką i zamykanie zawczasu krótkich pozycji. W końcu jutro może być znacznie gorzej (dla niedźwiedzi), a wszystkie znaki na niebie zapowiadają, że dzisiejsze maksimum zostanie jutro poprawione. Ci, co dzisiaj kupowali, robili to z myślą żeby sprzedać, ale niekoniecznie już jutro. Ci, co mają coś do sprzedania, poczekają jeszcze chwilę licząc na kolejny napływ kupujących i dalszych wzrostów indeksów i kontraktów. Taka sytuacja na pewno będzie sprzyjać zwyżce na warszawskim parkiecie.

Paweł Gołębowski